Wyolbrzymiony incydent

Zapiski polityczne

Dziennikarze uwielbiający widowiskowe wydarzenia mieli istny bal, nawet mnie z tej okazji zaprosili do telewizji, choć wiele wskazuje na to, że jestem tam wyklęty i pogrzebany. Oglądaliśmy na ekranach – a my, posłowie, na początku afery widzieliśmy ją na żywo – zjawiska o podłożu psychiatrycznym. Pytanie zadawane często w ostatnich dniach pod adresem marszałka Borowskiego, na jakiej podstawie prawnej zarządził wyprowadzenie siłą posła Janowskiego z sali obrad, miałoby sens, gdyby nie owa warstwa czysto psychiatryczna tego konfliktu. Niewątpliwie mieliśmy do czynienia z przypadkiem zasługującym na interwencję siłową, tyle że właściwsze byłyby poczynania pielęgniarskie, zwykle w takich przypadkach mające zastosowanie. Kłopot z tym, że prawo przewiduje wyposażenie Sejmu RP w straż marszałkowską, ale jeśli to, co widzieliśmy, zacznie się powtarzać, konieczne będzie otoczenie obrad także opieką pielęgniarzy psychiatrycznych.
Inna sprawa zdarzyła się wraz… z agresją grupy posłów Samoobrony, którzy wbrew swej nazwie atakowali wyraźnie ministra Kaczmarka i nie pozwolili mu przemawiać, choć i to można by zaliczyć do aktów obłędu, tyle że nie psychiatrycznego, lecz politycznego. Cóż. Pozostaje mi tylko powtórzyć tytuł poprzedniego felietonu: „Takie mamy śledzie, jakie nam przywieźli”. Takich mamy posłów, jakich nam społeczeństwo wybrało. Kiedy słucham propagandy wyborczej uprawianej przez ludzi z Unii Polityki Realnej czy z Ligi Polskich Rodzin, to szaleństwo kochanego pana Gabryjela wydaje mi się sympatyczniejsze, gdyż on na serio zaniepokoił się o los kraju, podczas gdy ci inni politycy uprawiają zwyczajne szalbierstwo polityczne i kłamią na potęgę, mamiąc wyborców i wbijając im w głowy zwyczajne brednie wypowiadane w domniemanej trosce o losy Polaków.
Myślę także, że na panu marszałku Borowskim mści się teraz z całą siłą błąd polegający na niepozbyciu się zaraz na samym początku kadencji zdecydowanie nieuczciwych fragmentów regulaminu obrad sejmowych, ułożonych przez upadłą koalicję AWS-UW w celu twardego trzymania za mordę lewicowej opozycji. Swego czasu na jednym ze spotkań przedwyborczych mówiłem o konieczności zmiany tej fatalnej i pełnej nieprawości kombinacji regulaminowej, pozwalającej panu marszałkowi Płażyńskiemu na sprzeczne z dobrymi obyczajami postępowanie, jak np. chowanie do szuflady prezydenckich projektów ustaw. Za tę wypowiedź dostałem po uszach od koalicjanta, przeto zamilkłem i czekałem, kiedy wybuchnie bomba podłożona nam przez z pozoru pokonaną politycznie poprzednią koalicję rządzącą.
To nie jest tak, że jakaś nieuczciwość naszych przeciwników może nam się przydać, gdy my zdobędziemy władzę. Nieuczciwość w czyje ręce trafi, zawsze będzie tylko zwykłą nieuczciwością. Trzeba teraz, gdy już najedliśmy się nieco wstydu, doprowadzić ten regulamin sejmowy do tych rozwiązań, jakie obowiązywały za marszałka Zycha. Potępiam to zjawisko przejmowania nagannych moralnie norm regulaminowych po poprzednikach i jako prawnik, i z powodów ściśle osobistych. W tym samym nieuczciwym celu odbierania prawa głosu przeciwnikom politycznym przyjęto zasadę, iż w Komisji Etyki obowiązuje przepis pozwalający jednemu tylko posłowi zgłosić sprzeciw wobec skierowania do komisji osoby z jakichś powodów źle widzianej przez sprzeciwiającego się. Było jasne, że znowu chodziło tu koalicji AWS-UW o możność eliminowania z tej komisji przeciwników politycznych. Jedna pani z Ligi Polskich Rodzin, nazwiska nie pamiętam, zablokowała moją kandydaturę pod zarzutem, że toczy się przeciw mnie postępowanie karne o obrazę Sądu Lustracyjnego w związku z wadliwym wyrokiem na Mariana Jurczyka. Mój macierzysty klub Unii Pracy długo nie przyjmował do wiadomości faktu usunięcia mnie z owej komisji i nie zgłaszał nikogo na moje miejsce, ale w końcu ustąpił, a nawet poparł dosyć oportunistyczne wobec prawa rozwiązanie dylematu i wreszcie komisja została skompletowana, zaś ja będę tej pani, co mnie wyrzuciła, dozgonnie wdzięczny za tę agresję, gdyż babranie się w cudzych winach byłoby dla mnie trudne do polubienia. Powinienem tej pani z owej Ligi zanieść kwiaty, tylko do dzisiaj nie umiem jej zidentyfikować. Podobno jest adwokatką, co by wiele tłumaczyło. Na koniec przypomnę, że Sąd Najwyższy oczyścił Mariana Jurczyka z błota, jakim chcieli go upaprać sędziowie lustracyjni, i w uzasadnieniu wyroku wypowiedział opinie dużo surowsze od moich zarzutów, na dobrą sprawę dyskwalifikujące tych sędziów zawodowo i moralnie.
Wróćmy jednak do wydarzeń sejmowych, bardzo – moim zdaniem – wyolbrzymionych. Powiedziałem to w programie telewizyjnym, ale bardzo jest ulotne, co się tam mówi – przeto powtórzę na piśmie. Wszędobylska telewizja pokazała nam w ostatnich latach dziejące się w parlamentach europejskich awantury o wiele bardziej agresywne niż to, czego my doświadczyliśmy, siedząc na sali sejmowej. Nasze oszołomstwo sprowadzało się do gestów i głupich słów, gdy w innych parlamentach wybrańcy narodów bili się, zwyczajnie, jak u nas pod budkami z piwem. Nadawanie absurdalnego rozgłosu naszym wydarzeniom było też cząstką kampanii prowadzonej świadomie przeciw marszałkowi Borowskiemu, którego – gdybym ja miał stawiać zarzuty – oskarżałbym o zbytnią układność i nadmierną cierpliwość wobec zdarzającego się raz po raz rozrabiactwa. Mam w tej mierze swoje własne doświadczenia. Z czasów mego prowadzenia obrad sejmowych pamiętam, że stanowczość przynosi lepsze rezultaty niż nadmierna elegancja i wyrozumiała uprzejmość charakteryzująca sposób prowadzenia obrad przez Marka Borowskiego. Jedno, co mnie w tej sprawie zadziwiło, to fakt, iż do nagonki na obecnego marszałka przyłączył się poseł Płażyński, poprzednik Borowskiego na tym trudnym stanowisku. Ktoś go potem ocucił z tego amoku, w jaki popadł, i platforma pod jego przewodem ma ponoś wstrzymać się od głosowania, ale sam fakt, iż marszałek Płażyński był gotów odwoływać swego następcę, był – póki trwał zamiar – dyskwalifikujący moralnie.

23 października 2002 r.

 

Wydanie: 43/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy