Wystawieni do wiatru

Wystawieni do wiatru

Robotnicy strajkujący w sierpniu 1980 r. nie domagali się oddania fabryk kapitalistom, ziemi obszarnikom, a kamienic kamienicznikom

W 2010 r. – w związku ze zbliżającą się 30. rocznicą powstania „Solidarności” – Sejm jedną ustawą wprowadził dwa nowe odznaczenia: Order Krzyża Niepodległości oraz Krzyż Wolności i Solidarności. Pierwsze przysługuje walczącym o niepodległość od 1939 do 1956 r., drugie zaś – działaczom opozycji w okresie od 1 stycznia 1956 r. do 4 czerwca 1989 r. Wrzucenie do jednego worka żołnierzy Września, powstańców warszawskich, powojennego zbrojnego podziemia, uczestników Poznańskiego Czerwca, Grudnia ’70 i działaczy „Solidarności” Sejm uzasadnił tym, że wszyscy są bohaterami wspólnej sprawy: „trwającej pół wieku walki o odzyskanie niepodległości i suwerenności Państwa Polskiego”.
Ta wykładnia jest zgodna z wizją Donalda Tuska, że II wojna światowa zakończyła się w 1989 r., oraz z teorią trzech konspiracji (okupacyjnej, zbrojnej powojennej i opozycyjnej w latach 1956-1989) przedstawioną w czasie prezydentury przez Lecha Kaczyńskiego. Jego następca ma podobną ocenę. Wręczając w tym roku Order Krzyża Niepodległości tzw. żołnierzom wyklętym, Bronisław Komorowski nazwał ich „ostatnimi żołnierzami II RP”.

Dzieci PRL

Strajkujący w sierpniu 1980 r. nie byli przebranymi w robocze kombinezony powstańcami styczniowymi, legionistami Piłsudskiego ani partyzantami „Ognia”, lecz robotnikami – w większości, jak Lech Wałęsa, w pierwszym pokoleniu, urodzonymi na wsi, wykształconymi w PRL i ukształtowanymi przez powojenną rzeczywistość. Oni nie walczyli – jak żołnierze wyklęci – o powrót do Polski w jej przedwojennym kształcie terytorialnym i ustrojowym. Wilno i Lwów – podobnie jak folwarki, prywatne fabryki i masowe bezrobocie – znali co najwyżej z opowieści przodków.
Przedwojenna Polska nie była dla powojennych robotników z chłopskiego zaciągu atrakcyjnym punktem odniesienia. Jako typowe dzieci PRL wykarmione ówczesną propagandą żyli w przeświadczeniu, że państwo musi zapewnić każdemu robotnikowi godziwe i godne życie, że każdy ma jednakowe potrzeby i żołądki, że nie powinno być uprzywilejowanych. Dlatego w 21 postulatach Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego wywieszonych na bramie Stoczni im. Lenina zażądali, by każdemu pracownikowi podnieść zarobki o 2 tys., a potem zagwarantować „automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza”. Aby mogli za te pieniądze kupić w sklepach mięso, władze powinny „realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki”.
Przez myśl im nie przeszło równoważenie popytu i podaży poprzez ceny, woleli kartki niż rynek. Dali temu wyraz w postulatach: „Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (…). Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym”. Robotnikom nie mieściło się w głowach, by mieszkanie – jak przed wojną – mogło być towarem, dlatego zapisali, żeby skrócić czas oczekiwania na nie.
Chcieli więcej pieniędzy, mieszkań i innych dóbr za mniej pracy – zapisali w postulatach, że należy skrócić tygodniowy czas pracy i obniżyć wiek emerytalny (dla kobiet do 50 lat, dla mężczyzn do 55). Odpowiedź na pytanie, ile to wszystko kosztuje i skąd wziąć pieniądze na spełnienie żądań, nie interesowała ich, bo postrzegali świat w sposób typowy w PRL – od tego jest państwo. Ale takie jego postrzeganie przestało być aktualne w nowej rzeczywistości. Siły, które – powołując się na dziedzictwo „Solidarności” – przejęły władzę w 1989 r., tłumaczyły, że zobowiązania społeczne dotyczyły jedynie PRL, a nie niepodległej Polski. Ci, którzy tego nie rozumieją, są populistami, roszczeniowcami, etatystami, sierotami po PRL. Ks. Józef Tischner, który w 1980 r. nauczał, że „solidarność to jeden drugiego ciężary noście”, w 1990 r. przejął od Aleksandra Zinowiewa pojęcie homo sovieticus i użył go w stosunku do tych, którzy w III RP okazali się niezdolni do samodzielnego noszenia własnych ciężarów, domagając się, by ich część przejęło państwo, zapewniając pracę i podstawy bytu. Dla kapłana byli oni godnymi ubolewania reliktami dawnego porządku.

Cała władza w ręce…

Główny, a zarazem pierwszy z 21 postulatów nie odnosił się do roszczeń materialnych, lecz dotyczył uznania przez władze „niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych”. To żądanie pojawiło się już wcześniej. Latem 1979 r. działacze nielegalnych Wolnych Związków Zawodowych i KSS KOR zamieścili w „Robotniku” – piśmie wychodzącym poza cenzurą, tytułem nawiązującym do organu Polskiej Partii Socjalistycznej – „Kartę Praw Robotniczych” zawierającą m.in. zapis: „Tylko niezależne związki zawodowe mające oparcie w robotnikach, których reprezentują, mają szansę przeciwstawić się władzy; tylko one stanowić będą siłę, z którą władza musi się liczyć i z którą będzie pertraktować jak równy z równym”.
Koncepcja niezależnych związków łączyła się z dążeniem do ukształtowania struktur, które przejęłyby władzę – najpierw ekonomiczną, a potem polityczną. Nie po to jednak, by przywrócić kapitalizm, lecz wprost przeciwnie, by wprowadzić sprawiedliwszy niż w PRL ustrój oparty na społecznych środkach produkcji i systemie rad robotniczych zarządzających przedsiębiorstwem, którym podlegają dyrektorzy. „Aby móc zarządzać przedsiębiorstwami przez swoje Rady Robotnicze, klasa robotnicza musi (…) usamodzielnić przedsiębiorstwo”, pisali Kuroń i Modzelewski w 1965 r. Marzyli także o zastąpieniu parlamentaryzmu systemem rad, wytykając mankamenty tego pierwszego: „W systemie parlamentarnym partie rywalizują o głosy wyborców: z chwilą gdy kartki wyborcze zostaną wrzucone do urny, programy wyborcze zostają wrzucone do kosza. Posłowie w partii czują się związani tylko z kierownictwem partii, która wysunęła ich kandydaturę. Wyborcy są zorganizowani w okręgi na zasadzie czysto formalnej; są więc zatomizowani, a prawo odwoływania posłów jest fikcją. Udział obywatela w życiu politycznym sprowadza się do tego, że czyta on wypowiedzi przywódców w prasie, słucha ich przez radio i ogląda przez telewizję, a raz na cztery lub pięć lat udaje się do urny, by zadecydować, przedstawiciele jakiej partii mają nim zarządzać. Reszta dzieje się z jego mandatu, lecz bez jego udziału”.
Te – jak dziś się je określa – utopijne wizje znalazły podatny grunt w szeregach pierwszej „Solidarności”. Rady robotnicze działały niemal od początku PRL, elementy samorządności przetrwały, choć w latach 70. rządzący – powtarzający tak chętnie, że władzę w Polsce sprawuje klasa robotnicza – okroili i tak skromne uprawnienia samorządów, stawiając na „nowoczesne zarządzanie” i „socjalistycznych menedżerów”.
Prof. Leszek Gilejko w dekadzie Edwarda Gierka dostrzegł sojusz między „biurokratyzmem i menedżeryzmem” – aparatem politycznym i gospodarczym, który zablokował „możliwości artykulacji i reprezentowania interesów robotników”.

Reaganomika nad Wisłą

W okresie pierwszej „Solidarności” tematem tysięcy spotkań we wszystkich zakątkach kraju był program Polski Samorządnej. W uchwale I Zjazdu „Solidarności” w 1981 r. zapisano: „Należy zbudować nową strukturę organizacyjną gospodarki. Podstawową jednostką gospodarki powinno stać się przedsiębiorstwo społeczne, którym zarządza załoga reprezentowana przez radę pracowniczą, a operatywnie kieruje dyrektor, powoływany drogą konkursu przez radę i przez nią też odwoływany. Przedsiębiorstwo społeczne będzie dysponować powierzonym mu mieniem ogólnonarodowym w interesie społeczeństwa i własnej załogi. Prowadzić będzie samodzielną działalność na zasadach rachunku ekonomicznego”.
Pod naciskiem związku Sejm uchwalił nową ustawę o samorządzie załogi przedsiębiorstwa państwowego. Choć po ogłoszeniu stanu wojennego uprawnienia samorządów ograniczono, to na przełomie 1986 i 1987 r. działały one w 6400 przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 6 mln pracowników. W skład rad pracowniczych wchodziło ponad 137 tys. osób. Połowę stanowili robotnicy, w tym działacze zdelegalizowanej „Solidarności”.
Szczególną rolę odgrywały samorządy tzw. Sieci – największych, kluczowych przedsiębiorstw przemysłowych stanowiących zarazem bastion „Solidarności”.
Kwestie samorządu pracowniczego wróciły w czasie obrad Okrągłego Stołu. „Solidarność” wywalczyła obietnicę władz, że rozszerzona zostanie rola rad pracowniczych w obsadzaniu stanowisk dyrektorów i zarządzaniu przedsiębiorstwem. W programie wyborczym Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” – „Solidarności” politycznej, a nie ruchu ludzi pracy – samorządom wyznaczono głównie rolę strażnika, który ma nie dopuścić do „uwłaszczenia nomenklatury” – wydzielania części majątku przedsiębiorstw i tworzenia na ich bazie spółek przez przedstawicieli kadry zarządzającej.
Po utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego idea bezpośredniego udziału pracowników, w tym robotników, w zarządzaniu znalazła się poza sferą zainteresowania politycznej „Solidarności”. Jej wzorem była władza nie robotników, lecz kapitalistów, i to w jej skrajnej formie – reaganomice, neoliberalizmie. Leszek Balcerowicz, przygotowując pakiet ustaw zmieniających ustrój kraju, zignorował nie tylko postulaty Sieci, lecz także przesłanie towarzyszące „Solidarności” od samego powstania: „Nic o nas bez nas”.
W postulatach sierpniowych robotnicy domagali się umożliwienia „wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Ten motyw jest obecny jeszcze w programie wyborczym Komitetu Obywatelskiego: „Chcemy tworzyć warunki do powstania różnych programów, swobodnej nad nimi dyskusji i demokratycznego wyboru tego z nich, który będzie się cieszył największym poparciem społecznym”, „Polityka gospodarcza i proces realizacji reform muszą być poddane skutecznej kontroli społecznej”. Nic takiego nie miało miejsca po zdobyciu władzy przez polityczną „Solidarność”. Związkowi zawodowemu powierzono zapewnienie osłony dla reform, choć robotnicy ich nie znali i nie mieli pojęcia o skutkach, jakie będą miały dla nich samych.
Gdy Teresa Torańska w rozmowie z Leszkiem Balcerowiczem oburzała się, że wbrew „Solidarności” i większości społeczeństwa wprowadził on kapitalizm, były wicepremier odparł: „Wiesz, to takie upraszczające, a więc błędne dziennikarskie stwierdzenie, bo co to jest społeczeństwo? (…) Jedni chcieli, inni nie chcieli, jeszcze inni nie wiedzieli, czego chcieć”. Balcerowicz wiedział. Jerzy Baczyński – z pełną aprobatą – pisał w „Polityce”: „…kilku ludzi (główny sztab wicepremiera liczył nie więcej niż sześć osób) przeprowadziło Polaków z socjalizmu do kapitalizmu. Nie pytając nikogo o zdanie”.

Byliśmy wielcy, jesteśmy mali

Jacek Kuroń słono zapłacił za iluzję, że najlepszą drogą wyjścia z chaosu gospodarczego jest „szybka budowa kapitalizmu, w czystej, leseferystycznej formie”. Nowy ustrój odarł z godności, sprowadził do roli sierot po PRL wielu uczestników protestów 1980 r., które były też rewolucją w imię poszanowania godności człowieka pracy. W Sierpniu ’80 robol stał się panem robotnikiem, a robotnik – jak w teorii Marksa – podmiotem dziejów.
W 1990 r., gdy m.in. wraz Tadeuszem Mazowieckim Kuroń wychodził ze spotkania z członkami „Solidarności” Stoczni Gdańskiej, usłyszał krzyk kobiety: „Idźcie, odejdźcie, zeszmaciliście nas tymi zupkami!”. W napisanej pod koniec życia niewielkiej książce „Działanie” gorzko konstatował: „Dziś mamy różne partie polityczne – każda powiązana ze sferami nowego biznesu i głosząca taki sam program, z drobnymi różnicami. (…) Cóż, władza w państwie należy do biurokracji partyjnych. Ludzie patrzą na nas w zdumieniu i pytają: co się z wami stało? Tacy byliście dzielni i uczciwi. Wynieśliśmy was do władzy na własnych plecach. I co zrobiliście? (…) takie pytania mają prawo stawiać i ludzie idei – przeciwnicy kapitalizmu, i ludzie żyjący w biedzie – bezrobotni, pracownicy upadłych państwowych gospodarstw rolnych, kopalń, hut, fabryk, spora część emerytów, rodziny wielodzietne. Ci ludzie stanowią połowę mieszkańców kraju. Biedni nie angażują się w życie społeczne i polityczne, w sporej części nie korzystają nawet z praw wyborczych, żyją w poczuciu wykluczenia i marginalizacji. Dla nich, jeśli coś się zmieniło – to na gorsze”. Choć kapitalizm buduje się już prawie ćwierć wieku, to nie rozwiązał on podstawowych problemów sporej części społeczeństwa: pracy i godnego życia. Są tak na czasie, że wnuk Kuronia postanowił reaktywować gotowanie kuroniówki.
Karol Modzelewski oparł się Balcerowiczowi, głosował przeciwko jego reformie w Senacie. W czasie rocznicowej dyskusji w sali BHP Stoczni Gdańskiej powiedział: „…za kapitalizm nie siedziałbym ani ośmiu lat, ani nawet miesiąca w więzieniu – po prostu uważałbym, że nie warto”.

Etos i patos

Wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn na wniosek Platformy Obywatelskiej podniesiono do 67. roku, nie gwarantując przy tym młodszym, że będą mieli etatową pracę, a więc odprowadzane składki do ZUS („…popieramy politykę pełnego zatrudnienia”, zapewniał Komitet Obywatelski „Solidarność” wiosną 1989 r. w programie wyborczym). Reforma solidarnościowej koalicji z 1999 r. sprawiła, że emerytury będą coraz niższe w stosunku do płac („Nie zgadzamy się, aby najniższa emerytura wynosiła mniej niż połowa średniego wynagrodzenia w kraju” – to też wyborcza obietnica Komitetu). Nawet niektóre postulaty ze Stoczni im. Lenina („Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących”, „Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka”) są na czasie. Masowe bezrobocie, umowy śmieciowe, elastyczny czas pracy, eksmisje na bruk – tych zjawisk protestujący w 1980 r. robotnicy nie byliby w stanie sobie wyobrazić.
Społeczna treść robotniczej rebelii jest nadal groźna, bo aktualna. Dlatego wypaczono jej sens, ustawiając strajkujących robotników w długiej kolejce bojowników o wolność i niepodległość. Zrobiono to zresztą przy udziale lewicy. Za jej rządów, w 1995 r., w rocznicowej uchwale Sejmu sprowadzono protesty sierpniowe do oporu „przeciwko państwu totalitarnemu” i początku „budowy społeczeństwa obywatelskiego i niepodległego państwa”. W żadnym z dokumentów nie ma sformułowań opisujących tożsamość „Solidarności” tak, jak robiła ona sama: „…jesteśmy autentyczną, 10-milionową organizacją pracowników, powstałą w wyniku robotniczych strajków. Naszym celem jest walka o poprawę warunków bytu wszystkich ludzi pracy”. Pięć lat później, gdy rządził antypracowniczy gabinet Jerzego Buzka, posłowie w opisie „Solidarności” dali wyraz jeszcze bardziej patriotycznemu uniesieniu: „…wielomilionowy, pokojowy ruch oparty na doświadczeniach społecznego oporu przeciw totalitaryzmowi, ruchów niepodległościowych i demokratycznych oraz niezależnych inicjatyw obywatelskich. Ten wielki ruch robotników, rolników, inteligencji i młodzieży – silny wspólnotą wartości i umocniony przesłaniem Ojca Świętego – Papieża Jana Pawła II – zmienił losy naszej Ojczyzny i wpłynął na współczesną historię świata. Przyniósł Polsce niepodległość, przyczynił się do upadku komunizmu i do podjęcia dzieła jednoczenia całej Europy”.
Autorytet państwa, kolejne mutacje Muzeum Niepodległości i nieprzebrane miliony na propagandę wypranego z treści patosu – to wszystko ma wymazać wydarzenia sprzed 33 lat. Kazimierz Dłuski w artykule „Patriotyzm i socjalizm” z 1879 r., odnosząc się do klęsk powstań narodowych, związanych z biernością uboższej większości Polaków, tłumaczył i przewidywał: „Patriotyzm polski nic dla niej nie zrobił i nic by jej nie dał wtedy, gdyby powstania nasze pomyślnym skutkiem uwieńczone zostały. Wtedy byłoby jeszcze łatwiej i wygodniej zapomnieć o chłopie i robotniku miejskim. Odzyskana wolność, w razie zupełnie szczęśliwego powodzenia, stałaby się udziałem tych niewielu, którzy mając uprzywilejowane, oparte na ekonomicznym wyzyskiwaniu stanowisko w społeczeństwie, szukali potrzebnej im swobody politycznej. Klasy zaś pracujące, pozbawione środków do niezależnej pracy, po odzyskaniu wolności politycznej zostałyby tym samym proletariatem z zamianą zewnętrznych dekoracji, tj. z zamianą obcego rządu na swój własny”.
Społeczne dziedzictwo protestów z 1980 r. leży na ulicy. Liderzy wszystkich partii parlamentarnych omijają je z daleka, spiesząc na niepodległościową celebrę.

Dlaczego protesty robotnicze z 1980 r. sprowadza się dziś jedynie do walki o wolność?

Bogdan Lis, działacz „S”, uczestnik Okrągłego Stołu
Nie sprowadzam ideałów roku 1980 tylko do walki o wolność. Wtedy biliśmy się o inną jakość życia politycznego, społecznego, gospodarczego, także o wolność słowa. 21 postulatów jest tego symbolem i sądzę, że główny cel walki został osiągnięty – obalenie komunizmu. Teraz jest walka o pamięć, bo wielu uważa, że wszystko zaczęło się od obalenia muru berlińskiego, a nie od „Solidarności”. Nasza walka o 21 postulatów była walką o nową, wolną Polskę. Te postulaty jednak pasują jak pięść do nosa do obecnej rzeczywistości, bo państwo nie jest już pracodawcą, nie decyduje o wszystkim w naszym życiu. Nie można więc rozpatrywać tych 21 postulatów z obecnej perspektywy, zresztą większość z nich została już zrealizowana, choć nie wszystkie nasze marzenia się spełniły. Inna sprawa, czy dziś ludzie potrafią to wykorzystać. Szansa jednak była. Powszechnego dobrobytu nie wypracowaliśmy, nie wszystkie mechanizmy funkcjonują dobrze i nie jestem zadowolony ze wszystkiego, co się dziś dzieje, zwłaszcza ze sposobu rozwiązywania ważnych problemów społecznych, z ogarniającej nas biurokracji. Ale to wszystko są elementy nowego państwa, coś, co można zmienić, a za samą chęć zmiany nikt już nikogo nie pakuje do więzienia. I o tym też warto pamiętać, bo dla takiej zmiany warto było podjąć walkę.

Andrzej Celiński, przewodniczący Partii Demokratycznej
Dlatego, że wolność była najważniejsza. Liczyliśmy na to, że wolność otworzy nam bramy do innych wartości, a dziś wstydzimy się, że jednak do tego nie doszło. Okazuje się, że dla Polski i Polaków po ponad 30 latach istotniejsza od systemu politycznego jest kultura polityczna. Tak adaptowaliśmy nasz system polityczny, że dominują u nas czynniki kulturowe, a polskie społeczeństwo wcale nie jest sprawne w samorządzeniu się. Trafniej opisuje nasze społeczeństwo folwarczność niż obywatelskość.

Prof. Maria Szyszkowska, filozofia prawa
To prawda. Głównym postulatem 1980 r. była poprawa bytu materialnego, a nie uzyskanie wolności. Postulaty zmierzały nie do tego, aby stworzyć w Polsce kapitalizm, ale by poprawić socjalizm. To była też zasadnicza idea KOR, który w gruncie rzeczy był lewicowy, choć w opozycji do ówczesnych władz PRL. Wprowadzenie kapitalizmu, a ściślej liberalizmu ekonomicznego, jest przykrą niespodzianką dla tych, którzy krytykowali PRL. Można to dostrzec na przykładzie Adama Michnika. Mamy dziś dwóch Michników, jednego walczącego o poprawę warunków życia w PRL, i drugiego, który po 1989 r. poparł i nadal popiera gospodarkę neoliberalną oraz to, że społeczeństwo dzieli się na wielkie rzesze biednych i garstkę bogatych. Tymczasem robotnicy żądali przede wszystkim sprawiedliwości, nie wolności, choć teraz przypisuje się im inne cele, niż to było w rzeczywistości. Zresztą sama wolność jest wartością dosyć wątpliwą, bo dla wielu z nas oznacza powtarzanie dominujących poglądów. Wówczas społeczeństwo pokazało bardzo wyraziście, że jest odważne, domagało się oddania władzy politycznej. Teraz jest jednak zastraszone i bierne, a ci, którzy mieli przekonania lewicowe, w tym wielu członków PZPR, teraz oficjalnie deklarują przekonania prawicowe i prowadzają się z proboszczem pod rękę. Z całą pewnością nastąpiła więc zdrada ideałów roku 1980.

Jan Guz,
przewodniczący OPZZ
Postulaty z lat 80. nie zostały zrealizowane do dzisiaj. Klasę robotniczą wprowadzono w błąd i wykorzystano, bo przecież wówczas nikt nie walczył o pogorszenie warunków życia, a tak się stało. Dlatego dziś potrzebna jest kontynuacja tej walki, np. o świadczenia emerytalne, zdrowotne, o równy dostęp do edukacji, o godność. Politycy i ideolodzy piastujący ważne stanowiska mogą oczarować odbiorców, ale budowane przez nich programy nie są po to, by pomóc ludziom, ale by wdrapać się wyżej na drabinę społeczną. Nawet marszałek Senatu niedawno stwierdził, że postulaty „Solidarności” w latach 80. były pisane z perspektywy nie związkowców, lecz politruków, którzy wykorzystali ludzką naiwność i łatwowierność. Dziś więc trzeba nadal walczyć o utrzymanie miejsc pracy, jej godziwe warunki. Z roku 1980 pozostała tylko historyczna siła, świadcząca o tym, że społeczeństwo może się zerwać do buntu, że może być przykładem dla innych i że nie wolno wierzyć politrukom. Trzeba pilnować interesów pracowniczych.

Łukasz Perzyna,
publicysta, portal Polityczni.pl,
autor książki „Kraj odzyskiwany”
Czytając ówczesne materiały, obecny student, licealista czy inny obserwator życia społecznego zwróci raczej uwagę np. na zupełnie niewspółmierne kwoty, jakie trzeba było płacić za podstawowe towary. Tymczasem z 21 postulatów „Solidarności” został spełniony tylko jeden – msza w radiu i telewizji. Pozostałe gdzieś się zapodziały. A np. postulat, aby na stanowiska państwowe dobierać ludzi pod względem kompetencji, a nie przynależności partyjnej (mimo że wówczas odnosiło się to do działaczy PZPR), został potraktowany bardzo specyficznie. Ten postulat stał się za rządów PiS wielkimi igrzyskami, chociaż liderzy tej formacji sytuowali się w roku 1980 w taborach tej rewolucji, a nie na pierwszej linii.

Bogusław Ziętek,
Przewodniczący KOMISJI KRAJOWEJ WZZ Sierpień 80
Za chwilę będą też protesty w sprawach pracowniczych, więc nie tylko o wolność dziś się walczy. Jest jednak pytanie, dlaczego elity zapominają, o co wtedy walczyły. Czy oślepił je blichtr władzy? Dlaczego społeczeństwo na to pozwoliło? W 1989 r. był wielki festiwal „Solidarności” i masa ludzi robiła sobie zdjęcia z Lechem Wałęsą, a myśmy zapomnieli, że władzę trzeba kontrolować.

Notował Bronisław Tumiłowicz

Wydanie: 35/2013

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Politolog 59
    Politolog 59 26 sierpnia, 2013, 19:00

    Bardzo słuszna ocena, kolejny przykład jak można zmanipulować społeczeństwo.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Janusz Bartkiewicz
    Janusz Bartkiewicz 27 sierpnia, 2013, 15:30

    W tamtych czasach były dwie „Solidarności”. Jedna składała się z robotników, którzy rozpoczęli strajk, bo chcieli lepiej zarabiać i mniej pracować, a także mieć równy dla wszystkich dostęp do wszystkich dóbr materialnych, co wyrażało hasło, że wszyscy mamy takie same żołądki. Oni faktycznie chcieli, aby to, co w Polsce nazywano socjalizmem, faktycznie tym się stało. I dlatego powszechnie pisali wtedy na murach i transparentach: Socjalizm tak, wypaczenia nie. Druga „Solidarność” powstała zaraz po tej pierwszej i składała się z tzw. intelektualistów, którzy w przeważającej mierze wywodzili się z środowisk rządzących w Polsce w latach 1944 – 1956. To oni po utracie wpływów, obrażeni na władzę, zaczęli tworzyć zalążki tzw. opozycji. Wtedy jeszcze na pewno nie demokratycznej. Powstanie tej pierwszej „Solidarności” po raz pierwszy w PRL dało im szanse na odzyskanie pozycji politycznych i dlatego przejęli kierowanie tym samorodnym ruchem. I zaczęli powoli zdobywać w nim przewagę programową i organizacyjną (przewagę intelektualną mieli od pierwszych dni ich udziału,)nie nawołując wcale do zmiany ustroju, o czym nawet nie marzyli, bo wiedzieli, że nie jest to możliwe. I faktycznie,zmianę ustroju przeprowadził Balcerowicz (były członek PZPR i sekretarz POP, na co miał przyzwolenie elit ówczesnej władzy, która sama tak do końca nie wiedziała, co nam Balcerowicz funduje. Myślę, że patrząc z takiej perspektywy zasadne będzie stwierdzenie, że podczas tragicznych wydarzeń na kopalni „Wujek” ówcześni milicjanci bronili wszystkich zdobyczy socjalnych robotników, którzy zostali otumanieni przez tych wszystkich doradców, m.in. takich, jak T. Mazowiecki i cała ta ekipa. Dzisiejsi niewolnicy i wyrobnicy (robotnicy, jako klasa odeszli na śmietnik historii) mogą sobie jedynie pomarzyć o prawach i warunkach, w jakich robotnicy żyli i pracowali w czasach PRL.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. morawski
    morawski 28 sierpnia, 2013, 09:14

    jako komdentazx drdykuję nastepujący wierszyk:
    WyKORowani
    Nie będzie pomników
    ku chwale robotników,
    których czerwoni ponoć użyli
    żeby inteligencję „gnębili”.
    Ta w zapale miłości
    Nie mając cienia litości
    Zwalczała bolszewika
    W Obronie Robotnika
    By mógł on pojąć zatem
    kto bratem mu, a kto katem.
    Partię wybrali na kata,
    Komitet Obrony na brata.
    Nie ma już KORownika.
    Nie ma też robotnika.
    Nastało wyzwolenie,
    od pracy uwolnienie.
    I nikt już nie zapyta
    w obronie robotnika,
    który kipi ze złości
    pomny KOR-u „troski”?!
    Nie stawiajcie pomników
    Także dla KORowników
    Którzy znów z robotnika
    zrobili niewolnika.

    Bronisław Morawki
    5.10.2012 r.

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. przepisywanie
    przepisywanie 2 września, 2013, 07:11

    cała prawda i tylko prawda, dopuszczony do władzy pion polityczno ekonomicznych(Balcerowicz) pomagierów Wałęsy razem z nim zdradził robotników i społeczeństwo, które wpadło w dziurę neoliberalizmu najgorszej odmiany kapitalizmu prowadzącej do korporacjonizmu. Sprowadza się do tego że rządzą banki które najpierw łupią odsetkami od kredytów za mieszkania, a gdy emeryci na emeryturze nie mają z czego żyć banki na odwrócone hipoteki odbierają domy za grosze.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy