Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jeden z czytelników wypomniał nam, że były ciekawe nominacje ambasadorskie, a my nic, ani słowa. Pora więc nadrobić zaległości. Więc na Cypr jedzie, o czym już pisaliśmy, pan Paweł Dobrowolski. Wieloletni rzecznik MSZ, za czasów pani Fotygi postać mobbingowana, pozbawiony gabinetu i biurka, ostentacyjnie urzędował na korytarzu. Wiele się nie nacierpiał, bo potem nie musiał już w ogóle do MSZ przychodzić. Teraz jedzie na Cypr i już w MSZ żartują, że równocześnie z jego wyjazdem ministerstwo powinno zakupić lodówki z kostkarkami lodu, do ambasady i do rezydencji, żeby ambasadorowi, wielkiemu amatorowi whisky, wygodniej się żyło. Piwniczka, lodówki i kostkarki – tego w Nikozji trzeba. A może i leżanki, na wypadek gdyby ambasadora zmorzyło zmęczenie degustacją.
Z kolei do Tajlandii jedzie pan Jerzy Bayer, postać, której żadna leżanka nie jest potrzebna, bo jeszcze się nie zdarzyło, by jakakolwiek degustacja zdołała go nadwerężyć. Nowy ambasador w Tajlandii może zjeść i wypić tony i litry, i nic. Co do jedzenia zaś – w MSZ wielokrotnie się reklamował, że jest amatorem kuchni ostrej, de facto niejadalnej dla przeciętnego Polaka. Ci, co z nim jadali, to potwierdzają. Więc czyż nie wspaniale trafił?
Bayer to postać ciekawa, bo po skończeniu sinologii był i na wzgórzach Golan, i w Chinach, także w roku 1989, i w Albanii, i w Kambodży, i w Rwandzie, a ostatnio pełnił w MSZ funkcję radcy w grupie zadaniowej ds. Iraku. Kuchciak przy nim to małe miki. I oto o takiego zawodnika wybuchła podczas przesłuchania w komisji sejmowej awantura. Najpierw posłowie byli delikatni i pytali go, w jakim stopniu wojskowym zakończył karierę w wojsku. Bayer więc im odpowiedział, że w stopniu majora, podczas wojny domowej w Rwandzie. A potem, gdy kandydaci na ambasadorów wyszli, poseł Karol Karski, już otwartym tekstem, ryczał, że Bayer jest z WSI i dlaczego tacy ludzie wyjeżdżają za granicę?
Wiadomo, gruby Sadoś czy mimozowata Fotyga to dla Karskiego autorytety i podpory dyplomacji, a Bayer, który mówi kilkunastoma językami i zna pół świata, to zagrożenie.
I w tej ciężkiej opresji wiceminister Przemysław Grudziński dał tyły. Bo zaczął mało mądrze się tłumaczyć, że jest w MSZ od miesiąca i że nic nie wie, i że to nie on, ale minister Sikorski typował tego kandydata. Panie wiceministrze, co za wstyd… I do tego jeszcze się schował za plecy wicedyrektora biura kadr, który miał posłom mówić, czy to szpieg, czy nie.
Kontynuując ten przegląd, dodajmy, że chwilę później posłowie zatwierdzili kandydaturę Waldemara Dubaniowskiego na stanowisko ambasadora w Singapurze. Co samo w sobie jest dość pikantne, bo oto człowiek byłego prezydenta musiał zostać zatwierdzony przez premiera z PO i prezydenta z PiS. Znaczy się, jego patron jeszcze w tym państwie wiele może. A na komisji jak było? Och, jak PiS-owcy się rzucali, że oto jedzie człowiek Kwaśniewskiego! I zaczęli go atakować, że nie pracował wcześniej na żadnej placówce zagranicznej. Mój Boże, panowie PiS-owcy, przejrzyjcie nominacje pani Fotygi…

Wydanie: 43/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy