Wyszło świetnie, Ludwiku…

Wyszło świetnie, Ludwiku…

Ludwik Stomma 1950-2020

Ludwik Stomma. Antropolog kultury, historyk, autor książek, felietonista. Także PRZEGLĄDU. Wielka postać, wielki erudyta. Niełatwo pogodzić się z tym, że już nigdy niczego nie napisze i nigdy już nie będzie okazji z nim pogadać.

Bo był to KTOŚ, choć nosił się zwyczajnie.

Po pierwsze, znał wszystkich. A jak nie znał, a chciał poznać – to poznawał. Miał niebywałą umiejętność zawierania znajomości, skracania dystansu, wczucia się w duszę rozmówcy. I naturalną ciekawość drugiego człowieka.

Po drugie, nadzwyczaj skutecznie zaprzeczał tzw. prawdom oczywistym. Z zapałem niszczył stereotypy i zastane przekonania. Udawało mu się to, bo miał wyćwiczony umysł, bo był wielkim erudytą, zachwycającym wiedzą, i wreszcie – bo chciał.

Erudyta… Z tym trzeba się urodzić, by wyłapać te wszystkie ciekawe historie, z reguły poukrywane w nudnych relacjach, potem przetworzyć je w barwne opowieści, zapamiętać i w odpowiednim momencie taką anegdotę odpalić.

Oto Ludwik Stomma, człowiek mądry i barwny. Skąd takim się wziął? Stanowił przecież, przynajmniej na pierwszy rzut oka, absolutne przeciwieństwo ojca, Stanisława Stommy, posła Katolicko-Społecznego Koła Poselskiego Znak. Stomma senior był wzorem akuratności, człowiekiem wyważonym, do przesady grzecznym. Wydawałoby się, że on i syn to ogień i woda. A jednak…

W wydanym przez Iskry „Stommowisku” Ludwik Stomma tak pisał o ojcu: „Czy był dla mnie autorytetem? Strasznie skomplikowana sprawa. Na pewno tak, a jednocześnie większość decyzji życiowych podejmowałem wbrew jego radom, o trybie życia nawet nie wspominając. Zresztą, czy ja w ogóle uznawałem w życiu jakiekolwiek autorytety? Ułamkowo byli nimi Aleksander Gieysztor, Marian Przełęcki, Claude Lévi-Strauss, Konstanty Jeleński, Antoni Gołubiew. Przy wrodzonej krnąbrności i esprit de contradiction o wiele łatwiej byłoby mi wyliczyć takich, którzy nieświadomie kształtowali mnie pośrednio przez mój sprzeciw wobec ich poglądów i postawy. W polityce była to PZPR, polska kołtuńska prawica ze swoimi antysemickimi, antyrosyjskimi, antyniemieckimi i innymi fobiami oraz narodowy klerykalizm. W zasadzie nie byłoby między mną a tatą większych rozbieżności, gdyby nie fakt, że jego zaprzątały przede wszystkim idee, ja zaś byłem nieskończenie bardziej pragmatyczny”.

Podobnie ocenia Marian Turski. „Przychodziłem do Stanisława Stommy i do Elwiry na Kanonię. Stomma? Bardzo poważny. Przed wojną był taki termin – myśleć państwowo. To był on, dla niego wartością najwyższą było państwo polskie. I stąd między innymi, jak sądzę, jego akces do grupy pozytywistów warszawskich, do »Tygodnika Warszawskiego«, jeszcze przed wojną, potem oczywiście do »Tygodnika Powszechnego«. To było myślenie, które owocowało niesłychanie krytycznym stosunkiem co do decyzji o wybuchu powstania warszawskiego, coś, co określało jego sposób myślenia i skłaniało do tego, by z reżimem, który mu nie odpowiadał, jednak próbować koabitować, robić swoje. Mówię o tym dlatego, że – wydaje mi się – miało to wpływ na wychowanie Ludwika. Gdy chodziłem do nich, to był uczeń, taki chłopak. Więcej o nim dowiedziałem się w okresie Marca 1968. Chodził wtedy do liceum. I wiem o tym, że zachował się niesłychanie przyzwoicie, buntowniczo, patriotycznie. Myślę, że te wartości, jakie Ludwik wyniósł z domu, potem zaowocowały”.

Ja również odnosiłem wrażenie, że Ludwik był w sprawach zasadniczych bardzo podobny do ojca. Miałem okazję kilka razy gościć u Stanisława Stommy, on nawet to odnotował w swoich zapiskach, o czym Ludwik mi później powiedział. Jak mówił, to dlatego chciał mnie poznać, był mnie ciekaw, i od razu zaproponował, byśmy przeszli na ty. A tamte wizyty u seniora Stommy to były długie rozmowy, przeważnie o polityce, tej bieżącej i tej minionej. I z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że owo przeciwstawienie: po jednej stronie stateczny mąż, ojciec, poseł, a po drugiej hulaka, nie jest do końca prawdziwe. Trzeba sięgać głębiej. Wtedy widać, jak wiele ich łączyło. Mówi się o realizmie politycznym Stanisława Stommy. To fakt. Ale trzeba dodać, że ten realizm był możliwy jedynie wówczas, kiedy jego fundamentem były twarde zasady i wyznaczone cele. Bo gdy tego nie ma, realizm okazuje się zwykłym kupczeniem. A oni obaj zasady mieli. Na przykład tę, że „warto być przyzwoitym”. Bo polityka pozbawiona przyzwoitości przestaje być polityką, staje się kuglarstwem.

I jeszcze słowo o celach – najkrócej można je określić jako przyciągnięcie Polski do zachodniej Europy, do jej cywilizacji. Syn dostał na chrzcie imię Ludwik, bo ojciec chciał podkreślić swoje frankofońskie sympatie. Potem wzorem była Stanisławowi europejska chadecja i porządek europejski przez nią zbudowany. A Ludwik? Mieszkał i wykładał w Paryżu. Francja – to było to! I republikanizm, i sposób myślenia, i sposób życia. Błyskotliwe formułowanie myśli, efektowna ich forma, no i wino, dobre jedzenie, piękne kobiety, podróże, rozmowy z ludźmi.

I zero kompleksów. Bo Ludwik, antropolog kultury, z taką samą swobodą rozmawiał z hiszpańskimi rybakami, jak i z profesorami Sorbony. Jest jego cudowna opowieść o rozmowach z rektorem uczelni, na której wykładał. Rektor się martwił, że Ludwik jest samotny, studentki go lubią, więc mogą być kłopoty. No i jak to wygląda, żeby szacowny profesor mieszkał w X Dzielnicy, zamieszkanej głównie przez Arabów i Pakistańczyków. „Bo ją lubię”, tłumaczył nieszczerze Ludwik (a chodziło o to, że było tam tanio), rektor zaś odpowiadał: „Skoro pan lubi, to niech pan tam chodzi na spacery, ale zamieszka gdzie indziej”. Od tej rozmowy minęły dwa lata, Ludwik zakochał się, ożenił, przeprowadził do „dobrej” XI Dzielnicy. Gdy więc spotkał rektora, natychmiast się tym pochwalił. „A, gratuluję – odparł rektor. – Jaka dzielnica, XI? Dobrze, dobrze. A żona? Gdzie pracuje?”. Na co Ludwik z dumą: „Jest tancerką w Folies Bergère”. I oddajmy mu głos: „Gdyby Basia była robotnicą w zakładach Renault, nie zachwyciłoby go to na pewno, gdyby była arystokratką, ubodłoby jego republikańskie serce. To było jednak coś, co kojarzyło mu się z bohemą, Montmartre’em, szaleństwem. Biegł, a właściwie płynął korytarzem, zawiadamiając wszystkich po drodze o moim szczęściu”.

Takich opowieści, anegdot miał w zanadrzu setki. „Z tym że u niego jest to anegdota na ogół historyczna. Pod tym względem dorównywał Tazbirowi – mówi Marian Turski. – Ta lekkość, analiza, głębia… A jednocześnie próba, wiele dała tu Ludwikowi etnografia, rozumienia podmiotu, jakim są ludzie. I to jest właśnie to, czego będzie brakować”.

„Ludwik był nieskończonym źródłem wiedzy albo umiejętności jej odszukiwania – to już Wiesław Uchański, jego wydawca z Iskier. – Słynął z gigantycznej pamięci. Poza kwestiami zawodowymi, poza antropologią kultury, łącznie z kulturą chłopską, pisał o skandalach z dworów królewskich, polskich, francuskich, popularyzował historię, czytelnikowi dawał poczucie, że uczestniczy w lepszym dyskursie. Trzeba mieć wiedzę i trzeba mieć umiejętność pisania, by tworzyć takie książki. One były jak duże felietony. Błyskotliwe, poruszające tematy uderzające w czułe struny. Jedna z nich, »Polskie złudzenia narodowe«, rzeczywiście pokazuje polskie mity, ma wielu zwolenników i do tej pory cieszy się powodzeniem. Zresztą prawie wszystkie jego książki, a wydaliśmy ich osiem, dobrze się sprzedają”.

Można powiedzieć, mamy oto pochwałę buntu, nonkonformizmu, bo Ludwik jak mało kto zderzał się z banałem myśli, z klepaniem poprawnych politycznie formułek.

„Od dziecka (sic!) przyjmowałem z przymrużeniem oka wszystkie »oczywistości«, »prawa naturalne« i uogólniające sądy – pisał o sobie. – Nie mogło być inaczej, skoro od zarania przyszło mi konfrontować zasady i poglądy naszych mieszczańskich sąsiadów i chłopców z Wisły Kraków, potem poglądy zasłyszane od rodziców i obowiązujące w szkole, wreszcie przekonania tych samych ludzi deklarowane prywatnie i publicznie. (…) Miało to dobre skutki w tej mierze, że nie ulegałem stereotypom i »izmom«, i nie najlepsze, gdyż siłą rzeczy byłem zawsze uczniem krnąbrnym i intelektualnie konfliktowym. Już szkołę podstawową musiałem zmieniać cztery razy, potem było jeszcze gorzej. Nie ogłupiła mnie nigdy propaganda PRL-u, ale równie nieufny byłem wobec zajadłych antykomunistów. Zniechęcały mnie nauki Kościoła, ale bardziej jeszcze płaski racjonalizm i pogarda dla metafizyki”.

W sumie – wyszło świetnie. Dziękujemy Ci, Ludwiku.

Robert Walenciak

A mnie będzie żal, że już nie dostanę tak ciepłych słów: „Wie Pani doskonale, że pisanie do PRZEGLĄDU jest swoistym honorowym krwiodawstwem. Miło jest jednak nawet za grosze współpracować, gdy się uważa, że to może jednak czemuś służyć. Ja mam jeszcze dodatkową satysfakcję, że oddaję swoją pisaninę w ręce i pod oko tak wyjątkowego, znakomitego redaktora jak Pani!”. I nikt nie prześle „wirtualnego, niestety, wielkiego bukietu najwspanialszych tulipanów”. Dziś te tulipany są dla Pana, Panie Profesorze.

Joanna Wielgat

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 12/2020

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy