Wytłumacz się, tato

Wytłumacz się, tato

Sukces, zwłaszcza w literaturze, to pojęcie względne. To, że mam was – rodzinę, najbliższych – słuchacie mnie, udając, że nie jesteście zniecierpliwieni – to jest sukces Z Józefem Henem rozmawia Magdalena Hen Kończysz 90 lat, mnóstwo wywiadów i spotkań z tej okazji – czy uważasz, że odniosłeś życiowy sukces? – Sukces, zwłaszcza w literaturze, to pojęcie nader względne. I to, że mam was – rodzinę, najbliższych, których mogę kochać i których miłość, czułość odczuwam, czasem pobłażanie – słuchacie mnie, udając, że nie jesteście zniecierpliwieni – to jest sukces. Ale o to, co stanowi sukces literacki, dzisiaj trudno – czasy się zmieniły. Sukcesem literackim, po ponad 60 latach pracy, byłyby wznowienia, tłumaczenia, nagrody. O to trudno, ale nie można mieć pretensji do wydawców, którzy borykają się z kłopotami. Nie ma dnia bez wyrazów fascynacji od czytelników. Często bardzo bezpośrednich. Jak to jest wyrażone, zależy od ich temperamentu i możliwości. To na pewno zaskoczenie, jak wielu z nich to czytelnicy z pokolenia twoich wnuków. – To, że mam wciąż nowych czytelników, także z najmłodszego pokolenia, że czytają moje dawne książki, które nie są najwidoczniej dla nich starocią, świadczyłoby o uniwersalności poruszanej tematyki. Chyba dobrze, że nigdy nie szedłem – o ile dało się tak zrobić – za modą. Bo mody są przemijające. Nie wmawiam sobie, że wszyscy mnie szanują. Wiem, jaka bywa rzeczywistość wokół mnie. Ale kiedy się ma takich czytelników, jak Ksawery Pruszyński, Jan Brzechwa, Jerzy Andrzejewski, Stanisław Dygat, Władysław Kopaliński, Zygmunt Kałużyński, Stanisław Lem, Tadeusz Konwicki, obaj Brandysowie, Tadeusz Różewicz, Jerzy Giedroyc, to nie powinno się zważać na to, że ktoś tam szarpie za nogawkę. Dodam jeszcze dwóch niezwykłych czytelników, chociaż z innej „branży”, entuzjastów książki „Mój przyjaciel król”. Tak się złożyło, że to dwaj premierzy: ostatni premier PRL, Mieczysław Rakowski, i pierwszy premier rządu po Okrągłym Stole, Tadeusz Mazowiecki, który właśnie zmarł. A obiecywaliśmy sobie dokończenie pewnej rozmowy. „Jestem do pańskiej dyspozycji”, powiedział na pożegnanie. Nigdy już jej nie dokończymy. Pisarka, zlituj się! Czy śledzisz, co się dzieje we współczesnej literaturze? – Obserwuję i czasem coś mnie zaskakuje. Literatka Małgorzata Kalicińska wybucha pretensją, że jurorzy nagradzają tylko książki ponure, pesymistyczne, a lekceważą książki słoneczne, radosne – to znaczy jej. Mogę się z nią podzielić moim doświadczeniem, że nie na tym polega trudność z jurorami nagrody Nike. Ale ta pani wysuwa pewne historiozoficzne wnioski, które raczej nie przystoją osobie piszącej. Czy mamy – powiada – wciąż się rozliczać z Holokaustu? „Ze stosów średniowiecza też się mamy rozliczać?”. Proszę pani, niech się pani z tym prześpi. Może nazajutrz zrozumie pani, jaką głupotę palnęła. Proszę pani, Holokaust wciąż trwa! Wciąż może się pani zetknąć z ludźmi, których ta zbrodnia bezpośrednio dotknęła, a jeśli nie ich, to ich rodziców, dziadków, przyjaciół, znajomych. I wciąż ta zbrodnia trwa także w szerszym sensie – w Biafrze, Kambodży, Ruandzie, w Srebrenicy, a ostatnio zapewne i w Syrii. Boże, pisarka, zlituj się! Właśnie ukazał się wybór wywiadów z tobą, „Wiem, co mówię”. Też przyłożyłam do tego rękę, bo je wybrałam, jakoś pogrupowałam, chociaż oczywiście spora część jest wielotematyczna i sama jestem zaskoczona, jak to dobrze wypadło. Rzeczywiście, atmosfera wydarzeń zapisana jest w ich dynamice. I to coś więcej niż dokument czasu. Tato, w napisanym przez ciebie kalendarium (50 stron! Krótka autobiografia!), dołączonym do tych wywiadów, zaskakuje mnie informacja, że byłeś w szkole w Dąbrowicy najlepszy z matematyki… To nie tylko z gimnastyki? – Ze wszystkiego. Nawet z ukraińskiego. Bo musiałem. Stypendium – 65 rubli miesięcznie, za które mogłem opłacić szkolną stołówkę – miałem szansę dostać, mając same piątki. Jest o tym mowa, o ile pamiętasz, w „Najpiękniejszych latach”. Natomiast mój kontakt z matematyką ma swoją historię. Nie ma tego w „Nowolipiu”. W II oddziale szkoły powszechnej był taki nauczyciel, pamiętam jego nazwisko, który wrzeszczał, ciągnął za ucho, stawiał do kąta i obrzydził mi matematykę. Do gimnazjum Kryńskiego przyjęto mnie, mimo że zawaliłem z niej egzamin. Trzeba było wziąć korepetytora. Był nim chłopak z klasy przedmaturalnej, wybijający się uczeń, Zysman. (Prawdopodobnie przeżył, bo po maturze wyjechał do Francji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2013, 45/2013

Kategorie: Kultura