Yes, we can w Hawanie

Yes, we can w Hawanie

Faktycznym celem wizyty Obamy było zapobieżenie niekorzystnym dla USA zmianom na Kubie i w regionie

Sí, se puede – tym wypowiedzianym po hiszpańsku hasłem Yes, we can z kampanii wyborczej w 2008 r. Barack Obama zakończył przemówienie w Teatrze Narodowym w Hawanie. Kubańczyków, tych na wyspie i tych z Miami, wzywał nie do obalenia czegokolwiek, ale do zgody narodowej i wspólnego budowania.

Transmitowane przez telewizję wystąpienie było najważniejszym punktem wizyty prezydenta, kończącej imperialny cykl polityki amerykańskiej rozpoczęty przez Johna Quincy’ego Adamsa na początku XIX w. Historyczny wymiar tego wydarzenia potwierdza fakt, że była to pierwsza wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych w tym kraju. Co prawda, 88 lat temu prezydent Calvin Coolidge odwiedził Kubę, ale nie była to wizyta państwowa, lecz jedynie udział w VI konferencji panamerykańskiej w 1928 r.

Z przyczyn geostrategicznych przez całe dekady Kuba była skarbnicą antyimperializmu latynoamerykańskiego, popierała ruchy partyzanckie, inspirowała do tworzenia antyimperialistycznych stowarzyszeń, związków studenckich i kół intelektualnych na uniwersytetach, nie zawsze o charakterze pokojowym. Już w latach 30. kubański polityk Antonio Guiteras wykorzystywał w agitacji panujące wśród młodzieży resentymenty do gringos (Amerykanów), a znany kubański historyk Emilio Roig de Leuchsenring napisał vademecum „Kuba nie zawdzięcza swojej niepodległości Stanom Zjednoczonym”.

Od 1961 r. Kuba przystąpiła do frontalnej ofensywy przeciwko imperializmowi amerykańskiemu, budując latynoski nacjonalizm w całym regionie. Bez rewolucyjnej Kuby nie byłoby lewicowych zmian w Nikaragui, Wenezueli, Boliwii, Argentynie ani Brazylii. Bez braci Castro nie byłoby Luli, Ortegi, Cháveza ani Madura, nie byłoby antyamerykańskiego Sojuszu Boliwariańskiego.
Formalnie celem administracji amerykańskiej i wizyty Obamy było zapewnienie Kubańczyków, że USA nie są ich wrogiem, że oni i tylko oni będą decydować o przyszłości swojego kraju; chodziło też o przekonanie kierownictwa kubańskiego, że normalizacja jest ruchem dwustronnym i Stany Zjednoczone oczekują wzajemności. W czasie konferencji prasowej Obama stwierdził, że łamanie praw człowieka jest hamulcem procesu normalizacji. Podkreślił: „Będziemy bronić powszechnych praw człowieka, łącznie z wolnością słowa, zebrań i religii”. W wystąpieniu w Teatrze Narodowym zwrócił się do Raula Castro z apelem o wolność słowa i zebrań oraz wolny wybór przywódcy. W kwestii zniesienia embarga powtórzył, że decyzja należy do Kongresu, więc chociaż jest zwolennikiem jego odwołania, nie jest pewien, kiedy to nastąpi. Sprawa embarga i odszkodowań za amerykańskie mienie znacjonalizowane na Kubie nie zostanie rozwiązana w ciągu najbliższych lat i będzie dla USA silnym argumentem w negocjacjach z przyszłym rządem kubańskim.

Faktycznym celem wizyty była konsekwentnie realizowana od 2014 r. polityka zapobiegania niekorzystnym dla Stanów zmianom wewnętrznym na Kubie i w regionie, które mogłyby nastąpić po odejściu obecnego kierownictwa. USA nie mogą sobie pozwolić na jakąkolwiek destabilizację wewnętrzną na Kubie, która szczególnie silnie rzutowałaby na kraje regionu Morza Karaibskiego. Dlatego proces zbliżenia amerykańsko-kubańskiego i zmian ustrojowych na wyspie musi być powolny i ściśle kontrolowany.

Mylą się ci, którzy uważają, że w procesie normalizacji amerykańsko-kubańskiej Obama cały czas ustępował i w zamian niczego nie otrzymywał. Wizyta była uważnie obserwowana przez nomenklaturę i kadry partyjne, które zaczęły się obawiać utraty dotychczasowej hegemonii. Nie ma światowego przywódcy, który odwiedziłby Kubę w ostatnich dekadach i miał większe możliwości wpływania na zmianę jej systemu politycznego. Barackowi Obamie pomaga jego konsekwencja w domaganiu się zniesienia embarga handlowego wobec Kuby. Amerykański prezydent ucieleśnia wiele wartości, które Kubańczycy potrafią docenić, takie jak awans społeczny i polityczny Afroamerykanów czy priorytet dyplomacji w sytuacjach konfliktowych. Mogą też być zauroczeni człowiekiem, który mając 55 lat, oddaje władzę po ośmiu latach, podczas gdy Kuba jest rządzona przez 80-latków, a ich najmłodsi potencjalni następcy są w wieku Obamy.

Do wizyty doszło w czasie, kiedy w USA trwa ostra kampania prezydencka, a Raul Castro zapowiedział, że odejdzie z rządu na początku 2018 r. Całe pokolenia Kubańczyków nie poznały innych przywódców niż bracia Castro. Przyszłość Kuby zacznie jednak się konkretyzować wcześniej, bo w kwietniu tego roku ma się odbyć VII Zjazd Kubańskiej Partii Komunistycznej, który przeanalizuje osiągnięcia i niedociągnięcia założeń rozwojowych z 2011 r., będących podstawą drogi reform. Najbliższe lata będą dla Kuby czasem nadziei. Nie da się oszukać biologii, rządy 90-latków byłyby niewyobrażalne. Reformy polityczne na wyspie są nieuniknione. To tylko kwestia czasu, czy dojdzie do nich przed odnową kierownictwa państwa w 2018 r., czy później.

Autor jest wykładowcą w Centrum Studiów Latynoamerykańskich UW


Bez spotkania z Fidelem

Raul Castro nie powitał Baracka Obamy na płycie lotniska, choć parę tygodni wcześniej witał papieża Franciszka i patriarchę Cyryla. Na Obamę czekał tylko szef kubańskiej dyplomacji Bruno Rodríguez. Formalnie strona kubańska błędu nie popełniła. Jednak choć rzecznik Białego Domu Ben Rhodes zapewniał, że obecność Castro na lotnisku „nigdy nie była rozważana ani dyskutowana”, pojawiło się wiele nieprzychylnych komentarzy. O co chodziło? Barack Obama musiał być „ukarany” za odmowę złożenia wizyty Fidelowi Castro. Odwiedzenie Fidela przez prezydenta USA byłoby dla propagandy kubańskiej newsem stulecia, ale Obamie Ameryka by tego nie przebaczyła.

PHOTO / Nicholas KAMM

Wydanie: 13/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy