Z kamerą w więzieniu

Z kamerą w więzieniu

Odsiadka nie naprawia ludzi

Robin Pront – belgijski reżyser znany z bezkompromisowego stylu i wyrazistych poglądów, które przekazuje w filmach. W pełnometrażowym debiucie „Ardeny” odniósł się krytycznie do więziennictwa i jego roli w resocjalizacji.

Jeden z bohaterów filmu „Ardeny” wraca do społeczeństwa po kilku latach odsiadki. Choć to wątek poboczny, poświęcił mu pan sporo uwagi.
– Interesuje mnie kwestia więziennictwa. A im dłużej badam ten temat, tym bardziej przekonuję się, że więzienie jako forma resocjalizacji, miejsce „naprawy wadliwych jednostek”, nie sprawdza się. Działa jedynie jako straszak, który zniechęca nas do łamania prawa. Ten temat jest szczególnie interesujący w Stanach Zjednoczonych, gdzie więzienia często są sprywatyzowane. Czerpanie zysków z więziennictwa wydaje mi się niemoralne i nieetyczne. W Europie to wygląda inaczej, ale również ma wiele wad. Wystarczy przyjrzeć się osadzonym. Część z nich to mordercy, gwałciciele, oszuści, ale spora grupa to np. nielegalni imigranci, którzy trafili do więzienia tylko dlatego, że przekroczyli bez papierów granice państwa. To dowód na wadliwość systemu więziennictwa, ale i na wadliwość społeczeństwa, które do takiej sytuacji dopuściło i ją akceptuje.
Więzienie nie ma właściwego wpływu na człowieka?
– Powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ma jakąkolwiek moc resocjalizacyjną. Nie wydaje mi się, żeby dzięki odsiadce ludzie stawali się lepsi. Pójście do więzienia to moment graniczny. Jego moc prewencyjna silnie oddziałuje społecznie, bo przecież boimy się więzienia. Ale nie jest tak, że pobyt w więzieniu wyklucza trafienie tam po raz kolejny. Starałem się to zobrazować w filmie.
To dość ogólne wnioski, od których jest wiele odstępstw.
– Oczywiście, nie można generalizować. Sam pokazałem to na przykładzie mojego bohatera Kennetha. On się nie zmienia, niezależnie od tego, czy przebywa na wolności, czy w odosobnieniu. Kiedy pisze się scenariusz filmu, którego bohater trafia za kratki, nabywa się interesującego doświadczenia. Trzeba bowiem wykluczyć kogoś z życia w filmowym świecie na kilka lat, a potem go do tego świata przywrócić. A świat zdążył się zmienić. Teoretycznie bohater też w więzieniu się zmienia. Więzienie to poza tym przysługa dla społeczeństwa, które czuje się spokojniejsze, że ktoś, kto mu zagraża, jest za kratami. Ale kiedy ten ktoś wychodzi, boimy się go. Sami nie wierzymy w moc resocjalizacji.
Pisząc scenariusz, korzystał pan z realnych doświadczeń?
– Przede wszystkim czerpałem wiedzę z filmów dokumentalnych o więziennictwie. Czytałem mnóstwo notatek prasowych na temat lokalnych przestępstw. To miało mi pomóc zuniwersalizować doświadczenia zbrodni i pobytu w więzieniu. Dokumentaliści i dziennikarze zwracają uwagę na aspekty, które się powtarzają, pozwalają wytyczyć pewne ramy, w które mogłem wpisać bohatera.
Realizm był dla pana ważny?
– Był niezbędny, żeby zbudować wiarygodny obraz świata. Ale nigdy nie pozwoliłbym sobie na to, żeby wierność realizmowi brała górę nad atrakcyjnością fikcji. Kino przecież opiera się na tej drugiej.
Interesująca jest w pańskim filmie refleksja nad naturą zła. Z jednej strony, bohaterowie wyrządzają je, jakby ciążyło nad nimi fatum, z drugiej – wydaje się ono częścią ludzkiej natury.
– Zależało mi na tym, żeby moich bohaterów – nawet jeśli nie da się ich lubić jak Kennetha – zawsze dało się zrozumieć. Motywacja czynu była kluczem do zrozumienia popełnianego występku. Nie wierzę w podział „dobry-zły”, który miałby polaryzować ludzi. Żaden z moich bohaterów nie jest z natury zły. To ofiary własnych złych decyzji. A także zgubnego wpływu środowiska. Świat „Ardenów” nie miał być czarno-biały, tylko szary. Bo czerń może się brać z bieli – czasami popełniamy okrutny czyn pod wpływem silnych emocji, za którymi może stać pozytywne przeżycie, weźmy zabójstwo z miłości.
Wierzy pan, że ludzie się zmieniają?
– Nie, bo nie mogą się zmienić. Mogą jedynie nauczyć się panować nad emocjami i reakcjami na impulsy. O sobie nie powiem, że z biegiem lat się zmieniłem. Za to dzisiaj wiem, kiedy nie powinienem czegoś robić albo na odwrót. Dawniej takiej wiedzy nie miałem. Ale to nie znaczy, że dziś jestem innym człowiekiem niż wtedy. Wciąż mam ochotę reagować tak samo – unieść się, zrobić grandę – ale wiem, że trzeba nad tym panować.
Co chciał pan osiągnąć, robiąc swój film?
– Chciałem opowiedzieć o świecie, który mnie bezpośrednio otacza, o generacji, z którą się utożsamiam.
Przecież pan dorastał w Belgii, która z polskiej perspektywy wydaje się krainą mlekiem i miodem płynącą. Gdzie tam miejsce na tyle zła?
– Wyobrażenie o Europie Zachodniej jako raju na ziemi gubi kolejne osoby. Przyjeżdżając tu, ludzie orientują się, że nie jest tak różowo. Ich rozczarowanie prowadzi do pogorszenia stanu rzeczy, bo muszą dać mu ujście. Ten sposób myślenia gubi również sam Zachód, któremu wydaje się, że jest taki świetny, że nie musi sobie z pewnymi sprawami radzić. To powód wielu problemów. A będzie jeszcze gorzej, bo mało kto chce to zauważyć.
Pesymista z pana.
– Raczej cynik. Mój film też jest cyniczny. Sam wierzę, że zawsze jest nadzieja na polepszenie sytuacji. Uważam bowiem, że mamy moralny kompas, który kieruje nas w stronę dobra, ale zawodzi. Dlatego nie wierzę w to, że ludzie mogą być z natury dobrzy albo źli.
Krytycy chętnie porównują „Ardeny” do „Siedem” Davida Finchera. Inspirował się pan nim?
– Tak, chociaż bardziej niż „Siedem” lubię jego „Zodiaka”. Zrobił na mnie duże wrażenie. Rzadko trafiają się takie filmy o seryjnych zabójcach, które mają tyle do powiedzenia o otaczającym nas świecie. Jednak zakończenie mojego filmu faktycznie może się kojarzyć z „Siedem”. I dobrze, bo u Finchera to zakończenie się pamięta. U mnie jest tak samo – wywraca do góry nogami relacje pomiędzy bohaterami.

Wydanie: 2016 5/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy