Za Unią, a nawet przeciw

Za Unią, a nawet przeciw

Niemcy życzą sobie, aby w krajach Unii wprowadzić minimum podatkowe. Wypowiedź kanclerza Schrödera w Warszawie nieprzyjemnie zdziwiła naszych polityków. Tak jakby dopiero teraz zauważyli, że jedną ze sprężyn ustawodawstwa Unii Europejskiej jest chęć osłabiania konkurencyjności gospodarek krajów unijnych wobec siebie. Służyło temu przede wszystkim ustawodawstwo socjalne: nie zgadzamy się, aby kraj ten lub tamten wysforował się przed nas, chroniąc swoją gospodarkę przed obciążeniami socjalnymi. Będziemy zatem bronić socjalnych praw człowieka u naszych sąsiadów, tak jak nasi sąsiedzi bronią ich u nas. Egoizmy narodowe w sposób niezamierzony umacniały ideologię i politykę socjaldemokratyczną. Teraz już sami socjaldemokraci stawiają diagnozę, że względny zastój gospodarczy Unii ma za przyczynę nadmierne serwituty socjalne. Minimum podatkowe przyhamuje tempo rozwoju gospodarczego tych krajów, które chciałyby posłużyć się „niesprawiedliwym międzynarodowo” środkiem, jakim jest zwabianie kapitału za pomocą niższych podatków. Prosimy bardzo, bogaćcie się, ale nie naszym kosztem i nie za prędko. Polityków warszawskich ubodło, że potentaci unijni chcą ograniczyć w widoczny sposób ich władzę nad gospodarką krajową. Gdy ograniczają w sposób nierzucający się w oczy, wówczas nikt nie protestuje.
Polscy politycy zaczęli ze sobą współzawodniczyć w wychwalaniu niskich podatków. Czy oni byliby w stanie podatki obniżyć, można mieć wątpliwości, ale że chcą w tej dziedzinie zarobić coś nieodpowiedzialnego, to pewne. SLD już nie zagrozi podatkiem liniowym, ale Platforma Obywatelska może nawarzyć piwa eksperymentowaniem swojego pomysłu 3 razy 15. Tak więc minimum podatkowe, które jest złą propozycją, nie jest złe zawsze i wszędzie. W Polsce może być mniejszym złem.
Polacy głosowali za przystąpieniem do Unii Europejskiej z dwu powodów. Jeden opiera się na mądrości ludowej: przy bogatym łatwiej się pożywić. Drugi jest trochę kontrowersyjny i wynika z niewypowiadanej mądrości narodowej: Polacy są za głupi, żeby sobą rządzić. Widać to na każdym kroku, a już najmniej do rządzenia się nadają ci, co najwięcej mówią o niepodległości. Europa lepiej się rządzi, ma lepsze prawo i bardziej je szanuje, może znowu jakieś prawo magdeburskie stamtąd do nas przyjdzie i nas uporządkuje. Literaci, publicyści i inni tacy zapewniają się nawzajem, że Polska w Unii nie utraci tożsamości, ale w opcji za Unią jest element niewysłowionej desperacji: my nie chcemy tej tożsamości, którą mamy, my chcemy innej tożsamości.
Różnice w poglądach na Unię przebiegają nie tylko między grupami interesów i środowiskami kulturalnymi. Różne za i przeciw kłębią się w głowie jednego i tego samego człowieka, o ile nie jest on proeuropejczykiem płatnym z kasy jakiejś fundacji. Moi wiejscy sąsiedzi głosowali za Unią, bo będzie łatwiej pojechać tam na zarobek, a teraz wniosków o dopłaty nie składają, bo nie wierzą, że ktoś może nam coś dać za darmo. Mylą się co do konkretnego przypadku, ale co do zasady mają rację. Łatwiej skorygować błąd popełniony w konkretnej, pojedynczej sprawie, niż uwolnić się od fałszywych poglądów ogólnych. Jest to nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe: nasi politycy wierzą, że Polakom coś się należy od Unii, a może od całego świata za darmo. Oni nie mówią: „darmo”. Inaczej to wysławiają. Mówią o obaleniu komunizmu, o walkach, jakie toczyli w obronie Zachodu, o cierpieniach, których sobie nie wyobrażają jako niewynagrodoznych przez Europę i o innych podobnych przypadłościach, które przecież, oprócz tego, że są w połowie zmyślone, to jeszcze nikogo na tyle nie obchodzą, żeby chciał za nie płacić.
Prezydent i marszałek Sejmu powtarzają, że nasze wejście do Unii Europejskiej jest ostatecznym przezwyciężeniem Jałty. Trudno odgadnąć logikę naszych polityków. Jeśli już mamy mówić skrótami, to Jałta dla Polski znaczyła wschodnią granicę na Bugu, według linii Curzona, i zachodnią na Odrze i Nysie. Jałtę można więc dzięki Unii Europejskiej przezwyciężyć tylko w 50 procentach. Prezydent Niemiec, Johannes Rau, powiedział niedawno w Polsce, że wraz z wejściem Polski do UE granica na Odrze i Nysie przestaje być ważna (czy przestaje dzielić – nie pamiętam dokładnie wyrażenia, jakiego użył). Niech sobie z tym radzą przyszłe pokolenia. Drugie 50 procent Jałty pozostanie jednak nienaruszone tak długo, dopóki Europa nie zjednoczy się „od Atlantyku do Uralu”.
Ambiwalencję polskiego stosunku do Unii Europejskiej najlepiej wyraził Lech Wałęsa: „W Unii tak łatwo nas nie zjedzą: jesteśmy wytrenowani przez Niemców i Sowietów, więc na pewno się nie damy”. Wałęsa przechwala się, że to on obalił Jałtę i wprowadził Polskę do Unii Europejskiej i jednocześnie kojarzy mu się Unia z okupacją niemiecką i panowaniem radzieckim. Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo pod jego przewodem i teraz mamy się nie dać zjeść. Jesteśmy za, a nawet przeciw.
PS Dziś miła wiadomość w mediach: sąd odrzucił oskarżenia przeciw panu Wieczerzakowi. Uznał, że nie zostały udowodnione. Wieczerzak może popełnił jakieś przestępstwa, ale mniejsze, a może jest całkowicie niewinny. Okazało się, że prasa kłamie, telewizja kłamie, prokuratura oskarża bezpodstawnie. Żeby tak sądy we wszystkich sprawach były niezawisłe, żeby się nie poddawały wrzawie gazet i opinii publicznej, która zawsze „wie”, że „wszyscy kradną”. Panu Wieczerzakowi przesyłam wyrazy współczucia, adwokatom gratuluję.

Wydanie: 23/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy