Zabójcze limity

Zabójcze limity

Kiedy powstawał pakiet onkologiczny, zapomniano włączyć do niego medycynę paliatywną

W warszawskim hospicjum Caritas, które dysponuje 24 miejscami, na przyjęcie oczekuje 39 chorych. – Od początku roku zmarło 90 osób, które nie zdążyły do nas trafić – mówi lek. med. Barbara Kołakowska, kierownik medyczny placówki. Niewiele lepiej wygląda sytuacja hospicjów domowych, które opiekują się pacjentami w domu. – Na przyjęcie niejednokrotnie czeka się aż sześć tygodni – informuje mgr Elżbieta Ruta, konsultant wojewódzki w dziedzinie pielęgniarstwa i opieki paliatywnej dla województwa łódzkiego. – W niektórych województwach czas oczekiwania na przyjęcie wynosi trzy miesiące – dodaje dr Aleksandra Ciałkowska-Rysz, kierownik Pracowni Medycyny Paliatywnej Katedry Onkologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. – Część osób umrze, zanim zostanie przyjęta do hospicjum.
Każdy człowiek ma prawo do godnego życia, bez względu na jego etap. Obowiązkiem państwa jest zapewnienie opieki cierpiącym i nieuleczalnie chorym. Brak takiej pomocy to łamanie zasad konstytucji. Dostęp do opieki paliatywnej należy się w ramach świadczeń gwarantowanych każdemu obywatelowi. Tymczasem chorzy na raka często nie mogą liczyć na pomoc hospicjum.

Niedofinansowanie, brak leków

Co roku z powodu chorób przewlekłych umiera 320 tys. osób. Z opieki paliatywnej korzysta ok. 100 tys., 90% to chorzy z nowotworem. Potrzeby są coraz większe, bo społeczeństwo się starzeje. My zaś dysponujemy 154 hospicjami stacjonarnymi, 343 hospicjami domowymi dla dorosłych i 52 dla dzieci oraz 132 poradniami. To zdecydowanie za mało, stąd brak dostępu do opieki.
Kolejnym problemem jest niedofinansowanie świadczeń medycyny paliatywnej. Ich wycena nie zmieniła się od 2009 r. Hospicja dostają z NFZ 200 zł na pacjenta, podczas gdy potrzeba dwa razy tyle. – W związku z tym istnieje groźba likwidacji niektórych łóżek medycyny paliatywnej w szpitalach – ostrzega dr Ciałkowska-Rysz – a to powiększy problemy z dostępnością.
Jednak dyrektorzy oddziałów szpitalnych oraz hospicjów radzą sobie… bo muszą. Wielu szuka dofinansowania poza systemem, opierając się głównie na dobrej woli darczyńców. Dr Andrzej Stachowiak prowadzący w Bydgoszczy Dom Sue Ryder mówi, że cały czas uczy się pokory. Jeśli się udaje, zbiera pieniądze. Ale często jest zmuszony przerzucać część wydatków na chorych i ich rodziny albo ograniczać się do przyjmowania najtrudniejszych pacjentów.
Innym problemem hospicjów i ich dyrektorów jest brak leków. Pacjenta na szpitalnym oddziale onkologii NFZ wycenia wyżej niż chorego na oddziale medycyny paliatywnej, chociaż jeden i drugi mają ten sam nowotwór. To ewidentna dyskryminacja. W najgorszej sytuacji są hospicja domowe. – Szukamy instytucji, która zakupi nam morfinę spinal, abyśmy mogli ją podawać naszym pacjentom – skarży się dr Elwira Góraj z Poradni Leczenia Bólu w Grodzisku Mazowieckim. Lekarze domagają się zniesienia limitów na leki i zrównania w prawach wszystkich pacjentów. Kiedy powstawał pakiet onkologiczny, który tworzono, opierając się na modelu brytyjskim, zapomniano włączyć do niego medycynę paliatywną, jak to jest w Wielkiej Brytanii, gdzie pacjent ma bezpłatne, nielimitowane leki.
Lekarze walczą o godne życie pacjenta terminalnego, zgodnie z ideą współczesnej medycyny paliatywnej. Nie sprzyja temu prawo, zabraniając ciężko chorym pacjentom prowadzenia pojazdów po zażyciu morfiny. Ten zakaz wynika z rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych, które zrównuje działanie opioidów z alkoholem. – To błędne rozumowanie. Dawki opioidów, jakie dostają nasi pacjenci, są absolutnie bezpieczne i nie zaburzają świadomości na tyle, by chorzy nie mogli kierować samochodem. Częściej nie mogą tego robić z innych powodów, np. z uwagi na osłabienie czy zawroty głowy – tłumaczy dr Tomasz Dzierżanowski z Pracowni Medycyny Paliatywnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.
Ale w tym przypadku państwo nie wkracza. Tymczasem dla jakości życia tych osób niezmiernie ważne jest, aby nie rezygnowały z różnych aktywności. Tego typu zakazy ograniczają dostęp do nich. – Niestety, dla decydentów najlepszy pacjent to taki, który nie wychodzi z łóżka – komentuje dr Dzierżanowski.

Braki personelu

W opiece hospicyjnej działa za mało lekarzy medycyny paliatywnej. – Na jednego specjalistę wypada 1,1 tys. chorych rocznie, a zapotrzebowanie jest 10 razy wyższe – mówi dr Jadwiga Pyszkowska, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej. W hospicjach często zatrudnia się lekarzy niedoświadczonych, tuż po stażu. Słabo radzą sobie z ciężko chorymi, gdzie wymagana jest wiedza z różnych dziedzin, a przede wszystkim praktyka. Zdaniem dr Pyszkowskiej, która szkoli lekarzy medycyny paliatywnej, młody lekarz bez specjalizacji powinien zaczynać pracę w hospicjum pod okiem fachowca.
Brakuje też pielęgniarek, specjalizację z medycyny paliatywnej zrobiło zaledwie 450 osób. Pielęgniarki mają zbyt małe wynagrodzenie i za dużo pacjentów pod opieką. Za niska jest też wycena świadczeń. – W przypadku ran nowotworowych zmiana opatrunku musi potrwać dwie godziny, ale NFZ finansuje nam tylko godzinę – mówi mgr Elżbieta Ruta. Poza tym standard opieki domowej, zgodnie z którym pielęgniarka ma być u pacjenta dwa razy w tygodniu, a lekarz raz, nie sprawdza się w przypadku każdego podopiecznego. – Nasi chorzy są w różnym stanie i nierzadko wymagają częstszych wizyt, niż zaplanował NFZ – wskazuje Elżbieta Ruta.
Brakuje też psychologów. W medycynie paliatywnej działa ich 270, poza tym 27 psychiatrów, a wsparcia psychicznego potrzebuje mniej więcej jedna trzecia pacjentów. – Decydenci nie rozumieją, że pacjenci hospicyjni powinni być objęci opieką nie tylko ze względu na ból, ale też z powodu lęku, bo kontrola bólu jest zawsze skuteczniejsza dzięki kontroli lęku – tłumaczy prof. Krystyna de Walden-Gałuszko, prezes Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego. – Jeśli pacjent w ciągu trzech miesięcy nie uzyskał kontroli nad bólem pomimo leków, trzeba go wysłać na psychoterapię – mówi dr Marta Kulpa z Poradni Leczenia Bólu Centrum Onkologii w Warszawie. Ale ze względu na braki w kadrze psychologów nie zawsze jest to możliwe.

Nadać sens chorobie

Psycholog, a właściwie psychoonkolog, pomaga cierpiącemu także w przeżywaniu traumy i kryzysu. Chodzi o wsparcie w zaakceptowaniu sytuacji, w jakiej pacjent się znalazł, pomoc w nadaniu sensu chorobie, czasem w przewartościowaniu myś­lenia itp. Prof. Krystyna de Walden-Gałuszko uważa, że w początkowej fazie najważniejsze jest dostrajanie się do chorego, dopiero potem można pomagać w wyjściu z kryzysu, np. za pomocą metody krótkich pytań i metafor. Są też jednak osoby, które nie chcą rozmawiać. – Wsparciem dla nich będzie np. pogłaskanie. Nie należy nikomu się narzucać z pomocą psychoterapeutyczną, jeśli chory jej nie potrzebuje – wyjaśnia pani profesor.
Niektórzy wolą spotkać się z kapelanem. Jaki powinien być taki ktoś? Ks. prof. Andrzej Gretkowski z Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. Kasprzaka w Płocku, który także jest psychoonkologiem, odpowiada, że „trzeba być przede wszystkim ludzkim”: – Niczego innego chorzy od nas nie oczekują – ani od lekarzy, ani od kapelanów. Rolą kapelana jest także pomoc w przyjęciu choroby jako daru. – Ale nigdy tego nie robię wbrew woli chorego… Najwyżej w myślach go pobłogosławię, bo to na pewno nie zaszkodzi – uśmiecha się ks. Gretkowski.

Wierni Hipokratesowi

Lekarze pracujący w hospicjach i opiece paliatywnej pytani, dlaczego to robią, odpowiadają, że są wierni medycynie hipokratesowskiej, która nakłada na nich obowiązek niesienia pomocy człowiekowi cierpiącemu i nieopuszczania go aż do śmierci. – Oznacza to także podmiotowe traktowanie, czyli danie prawa do działania do końca życia i podejmowania decyzji – tłumaczy dr Pyszkowska. – Domagamy się od państwa stworzenia możliwości realizacji tego obowiązku.
17 kwietnia powstało Obywatelskie Porozumienie na rzecz Medycyny Paliatywnej, złożone z pacjentów i lekarzy, które ma przeciwdziałać łamaniu praw pacjenta i konstytucji, a zwłaszcza art. 68, gdzie mowa jest o równym dla wszystkich dostępie do świadczeń medycznych. – Muszą się znaleźć dla nas dodatkowe środki – naciska założyciel Porozumienia Jacek Gugulski. Na razie do aktywnej współpracy zapisała się Maja Komorowska, która w ubiegłym roku straciła męża chorego na nowotwór i chciałaby pomagać innym osobom w podobnej sytuacji. – Chętnie pójdę, gdzie trzeba, wykorzystujcie mnie, dopóki żyję… Tylko musicie mi powiedzieć, gdzie mam iść, z kim rozmawiać – mówi aktorka.

Wydanie: 27/2015

Kategorie: Zdrowie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy