Zadanie dla szamana

Zadanie dla szamana

Naukowcy potrafią “zapładniać” chmury, ale wywołanie ulewy z jasnego nieba nie jest możliwe

Jak zmieniać pogodę? Jak wywołać deszcz? Ludzie od tysiącleci imali się różnych sposobów, by sprowadzić na spieczoną ziemię życiodajną ulewę. Starożytni Egipcjanie stawiali “kamienie deszczowe”, biegli w magii Babilończycy zaklinali wodne demony. Za najbardziej skuteczny sposób uchodziła ofiara krwawa. Nawet Majowie, zazwyczaj dający swoim bóstwom tylko kwiaty i owoce, nie mieli wątpliwości, że gniewny bóg deszczu, Chac-Mool, tylko wtedy otworzy niebiosa, gdy otrzyma jako narzeczoną śliczną dziewicę. W czasach nowożytnych złagodziły się obyczaje. O deszcz modlono się do Boga i Jego świętych. Osoby nastawione bardziej pragmatycznie usiłowały pobudzić chmury do ulewy, powodując piekielny hałas za pomocą kołatek czy, jak w XVIII-wiecznej Anglii, kościelnych dzwonów. W czasie amerykańskiej wojny secesyjnej żołnierze spostrzegli, że po krwawych i długich bitwach zwykle padało. Czyżby powodował to huk dział? Do takiego wniosku doszedł w 1891 r. gen. Robert St. George Dyrenforth, który użył artylerii i wybuchowych balonów, by “zakłócić równowagę sił natury”. Doświadczenia te, sponsorowane przez Kongres i Departament Rolnictwa USA, miały mniej więcej taką skuteczność,

jak ofiary Majów.

Mimo to “wybuchowi zaklinacze deszczu” jeszcze przez kilka lat byli zatrudniani przez farmerów z Nowego Meksyku. Poważny eksperyment ze sprowadzaniem deszczu przeprowadzili dopiero w listopadzie 1946 r. amerykańscy naukowcy, Irving Langmuir i Vincent Schaefer. “Zapłodnili” oni chmurę deszczową za pomocą rozpylonych z samolotu cząsteczek jodku srebra. Z chmury spadło kilka płatków śniegu. Metoda ta jest prosta – chmura składa się z mikroskopijnych cząsteczek wody, zbyt lekkich, by opaść na ziemię. Potrzebują one “twardego jądra”, wokół którego mogą zamarznąć. Rolę tę pełnią np. maleńkie ziarenka pyłu. Zamarznięte wokół “twardego jądra” bomby lodowe spadają na ziemię w postaci śniegu, deszczu lub gradu, w zależności od temperatury. Jeśli jednak nie ma “twardych jąder”, deszcz nie pada. Tak więc należy sztucznie “zapłodnić” chmurę. Cząsteczki wody mogą krystalizować się wokół molekuł jodku srebra.
Metoda ta stosowana jest do dziś, zwłaszcza w krajach suchych, jak Australia i Izrael. W państwie żydowskim z “zaszczepionych” chmur pochodzi jakoby 20% opadów. Programy “modyfikacji pogody” przyjęło 29 stanów USA. Podobno za pomocą bombardowań jodkiem srebra, który może być rozpylany także z “wyrzutni” naziemnych”, można zwiększyć opady o 15% w strefie umiarkowanej i o jedną czwartą w tropikach. W Europie “zapładnianie chmur” stosuje się tylko do “niszczenia” chmur gradowych. W austriackim mieście Krems od 11 lat istnieje szwadron “lotników gradowych”, którzy bombardują jodkiem srebra nabrzmiałe gradem chmury, zmierzające w kierunku upraw winorośli. Wielu naukowców podchodzi jednak do tej metody sceptycznie. Podkreślają oni, że dane są niepewne i wciąż nie wiadomo, ile deszczu spadłoby bez ingerencji człowieka.
Po pierwszych sukcesach “bombardowań chmur” wśród meteorologów zapanował optymizm. W 1954 r. amerykański publicysta, Victor Cohn, w książce “1999 – Nasza pełna nadziei przyszłość”, utrzymywał, że pod koniec XX w. ludzkość będzie w stanie kształtować pogodę, zatrzymywać huragany i zwiększać opady nawet 20-krotnie. Cohn proponował budowę rampy, długiej na 10 km i na 1 km wysokiej, z której można by podgrzać atmosferę, tak aby deszcz zaczął padać…
Rząd USA stawiał na chemiczne “zapładnianie chmur”. W latach 1967-1972 Waszyngton wydał na serię eksperymentów prawie 100 mln dolarów, z czego 11 mln wyasygnował Pentagon, w nadziei, że za pomocą sztucznych ulew uda się zatopić szlaki zaopatrzeniowe armii północnowietnamskiej. Finałem testów okazała się katastrofa. Zbyt wcześnie zbombardowana chmura “oberwała się” nad miastem Rapid City w stanie Południowa Dakota, zabijając 200 osób. Nie wiadomo, czy to rzeczywiście “czarodzieje pogody” ponoszą odpowiedzialność za tę klęskę, w każdym razie eksperymenty zakończono.
W 1983 r. dobiegł końca również program “Stormfury” polegający na powstrzymywaniu huraganów za pomocą bombardowań jodkiem srebra. W projekcie tym Stany Zjednoczone

utopiły miliony dolarów

bez żadnych konkretnych wyników. Co więcej, w 1980 r. doszło do sporu z Meksykiem, który oskarżył USA o wywołanie suszy. Amerykanie zbombardowali bowiem na Morzu Karaibskim huragan “Ignacio”, który rzeczywiście osłabł i przyniósł na pola meksykańskich rolników zbyt mało opadów.
Mimo wszelkich postępów nauki, w 2000 roku wciąż pewne jest jedno: aby wywołać deszcz, potrzebne są na niebie chmury deszczowe o określonej wilgotności i niskiej temperaturze. Amerykańscy generałowie mają jednak nadzieję, że już za 25 lat będą w stanie porazić wrogów, sprowadzając na nich tajfuny, burze, ulewy i gradobicia. Przewiduje to opublikowane w 1997 r. studium sił powietrznych USA, zatytułowane “Weather as a Force Multiplier” (Pogoda jako Wielozadaniowa Siła). Dokument ten opisuje m.in. kondensowanie sztucznych chmur na jasnym niebie. I tak ze “zbiornikowców powietrznych”, wielkich samolotów krążących na wysokości 10 km, ma być rozpylany strumień cząsteczek tworzyw sztucznych – polimerów. Polimery te doprowadzą do wysokiej temperatury “grzejnik jonosferyczny”, czyli nadajnik fal elektromagnetycznych typu HAARP, mający moc nawet 100 mld watów (dla porównania komercyjne rozgłośnie radiowe wykorzystują 50 tys. watów). Przyszłość pokaże, czy spełnią się te ambitne i nieco przerażające plany. Na razie z błękitnego nieba nad Polską ulewę może sprowadzić jedynie wytrawny szaman.

Pogoda dla Breżniewa
Duże doświadczenie w “modyfikacji pogody” mają uczeni rosyjscy (co zresztą napawa amerykańskich strategów obawą). Kiedy Leonid Breżniew chciał w blasku słońca przyjmować paradę na Placu Czerwonym, startowali lotnicy ze szwadronu “Piotr” i bombardowali jodkiem srebra nadciągające śniegowe chmury. I rzeczywiście śnieg spadał zazwyczaj na przedmieścia Moskwy. Po raz ostatni lotnicy, dowodzeni przez Giennadija Biernikowa, przystąpili do akcji w maju 1995 r. Borys Jelcyn nie chciał bowiem przyjmować defilady zwycięstwa w deszczu, a właśnie zbliżała się nawałnica. Od tej pory eskadra “Piotr” szuka innych zleceniodawców. Kreml nie zamierza już tracić pieniędzy na kosztowne parady.

Wydanie: 21/2000

Kategorie: Nauka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy