Zaginiony narzeczony

Zaginiony narzeczony

17 lipca 2000 r. około godz. 21 Jacek wziął rower i powiedział, że jedzie do swojej dziewczyny. Nigdy nie wrócił

Podobno ludziom zdarza się znikać bez śladu. Podobno istnieje coś takiego jak zbrodnia doskonała. W policyjnych statystykach zaginięć kryje się mroczny sekret – „ciemna liczba zabójstw”. „Archiwum X” to pierwsza w Polsce jednostka rozwiązująca po latach niewyjaśnione sprawy kryminalne. Udowadnia, że nic, a zwłaszcza ludzie, nie ginie bez śladu. Że sprawiedliwość w końcu dopadnie każdego mordercę. Że sumienia nie da się zagłuszyć. Że najbardziej przerażające historie pisze samo życie.

Dzięki doskonałemu wyczuciu ludzkiej psychiki, nowoczesnym metodom śledczym, wytrwałości i zaangażowaniu krakowscy policjanci odnoszą spektakularne sukcesy, obalając mity i stereotypy na temat policji.

17 lipca 2000 r. około godz. 21 Jacek wziął rower i powiedział, że jedzie do swojej dziewczyny, Beaty. Nigdy nie wrócił.
Rodzina mężczyzny zgłasza zaginięcie 21 lipca 2000 r. w komendzie w Zakopanem, wkrótce akta niezakończonej sprawy poszukiwawczej trafiają na półkę. Policjanci z „Archiwum X” wkraczają do akcji ponad cztery lata później.

– W tamtych czasach bardzo często współpracowaliśmy z komendą w Zakopanem, pomagaliśmy przy kilku niewyjaśnionych zaginięciach – wspomina Bogdan. – Policjanci z Zakopanego zwracali się do nas o pomoc, mieli do nas zaufanie. W Małopolsce nie było wtedy lepszych jednostek od tych z Zakopanego i Tarnowa. Inna sprawa, że Zakopane to specyficzne miejsce.

– Sprawa Jacka Ł. też zaczęła się od wizyty policjantów z Zakopanego. Przyjechali do nas z, jak to określili, „dziwnym zaginięciem” – dodaje Mariusz. – Opowiadali, że mieli dużo nieoficjalnych informacji, z których wynikało, że zaginiony mężczyzna nie żyje, a jego zwłoki zostały ukryte. Jacek był widziany przez ludzi ze wsi, jak jechał do swojej narzeczonej, Beaty. Nikt jednak nie widział go wracającego od kobiety.
– Czyli gdzieś musiał zostać. A wszystko to działo się w niewielkim G., gdzie sąsiedzi nie musieli się specjalnie wysilać, żeby wiedzieć, co dzieje się po drugiej stronie ulicy albo za czyimś płotem. Ciężko w tej wiosce pozostać anonimowym.

SZCZEGÓŁÓW Z OSTATNICH DNI przed zaginięciem Jacka Ł. policjanci dowiadują się od brata zaginionego, Wojciecha Ł., który składa w Krakowie obszerne zeznania. Według jego relacji Jacek miał spotykać się z Beatą od czasu ukończenia przez nią szkoły podstawowej. Przed jego zaginięciem ludzie we wsi mówili, że Beata ma innego chłopaka, ale Jacek nie chciał w to wierzyć. Dwa dni po zaginięciu Jacka Wojciech Ł. poszedł do Beaty do domu. Dziewczyna nie chciała z nim rozmawiać, wręcz wyrzuciła go. Była bardzo zdenerwowana. Wojciech Ł. wspominał też, że po zaginięciu jego brata, kiedy tylko on albo jego matka spotykali Beatę na ulicy, to ona uciekała, zachowywała się nerwowo. Mężczyzna podejrzewał, że za zniknięciem jego brata może stać Grzegorz, który cztery lata wcześniej remontował dom Beaty, a później się z nią ożenił. Zasugerował, że być może zwłoki jego brata Jacka ukryte są gdzieś na terenie posesji należącej do Beaty i Grzegorza w G.
W teczce poszukiwań policjanci z „Archiwum X” znaleźli materiały dokumentujące życie Jacka przed zaginięciem. Wolny czas Jacek spędzał w towarzystwie Beaty, w której był zakochany i z którą wiązał plany na przyszłość. Do narzeczonej jeździł zwykle rowerem. Tego dnia gdy zaginął, miał przy sobie telefon komórkowy i rower górski. Jacek Ł. zaginął, w momencie gdy jego związek z Beatą przechodził kryzys. To wtedy w życiu Beaty pojawił się Grzegorz.

Prowadzący sprawę poszukiwawczą policjanci z Zakopanego przeprowadzili z Beatą kilka rozmów, z których notatki znalazły się w aktach. Na początku kobieta twierdziła, że ostatni raz widziała zaginionego 16 lipca 2000 r. Jacek miał oświadczyć jej, że się z nią nie ożeni, więc zakończyli związek i zerwali kontakty. Podczas kolejnej rozmowy z policjantami Beata podała, że ostatni raz widziała zaginionego w niedzielę, 9 lipca 2000 r. Miał przechodzić koło niej, wymienili grzecznościowe pozdrowienia, nie wdając się w rozmowę. Matka zaginionego, Wiesława, przekazała policjantom, że Beata powiedziała jej, że Jacka widziała po raz ostatni w niedzielę, 16 lipca 2000 r. Podczas tej rozmowy Beata wydała się jej dziwnie podenerwowana. Miała ją nakłaniać, by wstrzymała się z pójściem na policję.

NA POCZĄTKU ŚLEDZTWA policjanci z „Archiwum X” sprawdzili billingi z telefonu komórkowego Jacka Ł. W dniu zaginięcia dzwonił on do domu Beaty o godz. 15.12. Rozmowa trwała ponad minutę. Jacek kontaktował się z Beatą systematycznie od 5 lipca 2000 r. aż do dnia, w którym zaginął. Policjanci sprawdzili też połączenia wychodzące z domowego telefonu Beaty w dniu zaginięcia Jacka. Z tego telefonu zostały wykonane trzy połączenia: o godz. 15.25 z numerem Grzegorza (nowy narzeczony) oraz dwa połączenia z numerem komórkowym Jacka: pierwsze o godz. 16, a drugie dokładnie o 21.11, po którym to połączeniu Jacek Ł. najprawdopodobniej wyszedł z domu.
Policjanci z „Archiwum X” doszli do wniosku, że Jacek i Beata spotkali się tego dnia w jej domu. (…)

W pierwszej kolejności przesłuchano Grzegorza, od dwóch lat męża Beaty. Mężczyzna poznał dziewczynę ok. 1998 r., kiedy remontował jej dom. Od kwietnia 2000 r. darzyli się uczuciem, a od sierpnia 2000 r. Grzegorz zaczął u Beaty nocować i dostał klucze do jej domu. (…) W maju 2001 r. wzięli ślub, a Beata przyjęła nazwisko męża. Dziewięć miesięcy później urodziła się ich córka, Urszula.
Funkcjonariusze z komendy w Zakopanem w 2000 r. jedynie powierzchownie zlustrowali posesję Beaty i stwierdzili, że w ciągu kilku miesięcy prowadzone były tam jakieś prace ziemne, a w kilku miejscach widoczne są zasypane doły. Jednak tych dołów ani wtedy, ani później nikt nie sprawdził. (…)

– Nie mieliśmy złudzeń, że ten człowiek żyje – smutno kiwa głową Bogdan. – Chcieliśmy jednak ustalić, jak zginął i gdzie zostały ukryte jego zwłoki. Na samym początku wykluczyliśmy samobójstwo. (…)
– Zaczęliśmy zadawać sobie klasyczne pytania detektywa: kto, gdzie i dlaczego? (…)
22 września 2004 r. ponownie przesłuchano brata zaginionego, Wojciecha Ł.

Mężczyzna zapamiętał dokładnie dzień zaginięcia Jacka. Był wtedy z matką w domu. Brat wrócił około godz. 18. Ciągle wyglądał przez okno, żeby zobaczyć, czy ze sklepu BILL w G. wychodzi jego dziewczyna, która tam pracowała. Zazwyczaj po wyjściu z pracy, około godz. 21.30, Beata przychodziła do nich do domu. Potem razem z Jackiem wychodzili do niej.

17 lipca 2000 r. Jacek wyszedł z domu wcześniej, parę minut po 21. Od tamtego czasu Wojciech Ł. nie widział brata, nie otrzymał też od niego żadnej wiadomości. Wojciech zapamiętał, że około dwóch miesięcy przed zaginięciem jego brat zaczął się dziwnie zachowywać. (…) Widać było, że coś go trapi. (…) Brata określił jako człowieka spokojnego. Jacek czasem wybuchał, jak to góral, ale unikał bójek, nie chodził na zabawy i dyskoteki. Wojciech przekazał policjantowi pięć zdjęć: trzy brata i dwa Beaty oraz listy, które Beata pisała do Jacka przez wiele lat. Tylko dwa z nich były datowane. Na listy te można patrzeć jak na pewnego rodzaju kronikę związku Jacka i Beaty, który zaczął się wiele lat wcześ­niej. Jacek miał wówczas 27 lat, a Beata 14. Rodzice i najbliższa rodzina Beaty od samego początku byli przeciwni tej znajomości. (…)
– Te listy pozwoliły nam zacząć rekonstruowanie losów zaginionego. Mogliśmy powoli odpowiadać sobie na pytania: jakim był człowiekiem? – mówi Bogdan. – Jak wyglądał jego związek z Beatą? Co się między nimi wydarzyło? Potem można było stawiać kolejne pytania: czy miał pieniądze? Może z kimś zadarł?
– Szczegóły z życia Jacka Ł. trzeba było odtworzyć po to, żeby zbudować z nich portret zaginionego mężczyzny. A pośrednio: portret sprawcy.
– Tego wszystkiego w aktach sprawy poszukiwawczej nie było.
– Do tego w zeznaniach Beaty było dużo sprzeczności. Podawała np. różne odpowiedzi na pytanie, kiedy po raz ostatni widziała Jacka. Podejrzewaliśmy już wtedy Beatę, ale nie wiedzieliśmy, gdzie mogły zostać ukryte zwłoki – kontynuuje Mariusz. – Przypuszczaliśmy, że może poza posesją, chociaż dom Beaty stał na uboczu, koło mostu i drogi, która prowadziła do lasu. Pomyliliśmy się w tych przypuszczeniach.
– W tej sprawie po raz kolejny pojawiło się „zakłamywanie rzeczywistości” przez sprawcę. Powtarzam, że kryminologia i nauka o duszy były mi zawsze bliższe niż kryminalistyka, która bada przede wszystkim ślady. Zbrodnia pozostawia blizny w psychice zabójcy, ale żeby je zobaczyć, trzeba trochę na tym świecie pożyć. (…)

4 PAŹDZIERNIKA 2004 r. policjanci z „Archiwum X” podjęli decyzję o poddaniu Beaty i Grzegorza badaniu wariografem, zwanym popularnie „wykrywaczem kłamstw”. Dzień później o szóstej rano Beata została wraz z mężem zatrzymana w domu w G. Zostali przewiezieni do Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie. Beata składała wyjaśnienia ponad dwie godziny. Spisujący protokół zanotował, że podczas badania kobieta reagowała bardzo emocjonalnie, płakała.

– Poznałam Jacka, gdy odwoziłam jego brata z żoną, która jest moją kuzynką, na lotnisko, bo jego brat z żoną wyjeżdżał do Stanów. Nie pamiętam, w którym to było roku. Ja miałam wtedy 13 lat. Na początku przez pewien okres czasu byliśmy znajomymi, takimi kolegami. Później to jakoś tak wyszło, sama nie wiem jak, że on poprosił mnie, żebym się z nim przespała. Miałam wtedy 14 lat. Ja wtedy się z nim przespałam. Ja byłam ciekawa, jak to jest, co to jest ten seks. To nie był jeden raz, myśmy przespali się ze sobą jeszcze kilka razy, on się bardzo zaangażował, zakochał się we mnie. Po jakimś czasie ja chciałam z nim zerwać, zaczął mnie wtedy bić, było to po jakichś dwóch latach naszej znajomości. (…) Jak zmarła moja babcia, to ja miałam wtedy 15 lat, wtedy też spotkania z Jackiem zaczęły odbywać się u mnie w domu. On po prostu przychodził, kiedy mu pasowało. Te spotkania to wyglądały tak: że on przychodził, była chwila rozmowy i seks. Jeżeli ja nie chciałam seksu, to on mnie wtedy bił (…).

– To był klasyczny przykład relacji kata i ofiary – mówi Bogdan. – Beata w którymś momencie postanowiła się z tego układu wyzwolić. (…) Ona uchodziła za jego narzeczoną, a on był jej narzeczonym. Wszyscy we wsi przyjmowali to za pewnik, ale o przemocy nie wiedział nikt.
– Poza tym Beata nie miała rodziny – dodaje Mariusz. – Była sama, bezbronna i bezradna.

Beata wspominała, że podczas kilku spotkań z Jackiem tak bardzo się bała, że ze strachu nie była w stanie utrzymać moczu. Mężczyzna śledził każdy jej ruch, zabronił jej spotykać się z koleżankami. Przemoc trwała mniej więcej osiem lat. (…) Nie mogła uniknąć spotkań z Jackiem, bo on miał swoje klucze do jej domu.

Kiedy poznała Grzegorza, od razu się jej spodobał. (…)
– Pojawiła się nowa miłość. I mężczyzna, który jej się podobał i który jej nie bił – mówi Bogdan.
– Beata musiała dokonać wyboru – dodaje Mariusz. (…)
– Aż nadszedł ten dzień – zeznała Beata. – Ja nie wiem, jak mam to powiedzieć, dlatego tylko tak to określam, ten dzień, nie jestem w stanie podać daty. Pamiętam, że był to rok 2000, lato tego roku, lipiec.

Jacek przyszedł wieczorem do jej domu. Od pewnego czasu Beata podawała mu środek nasenny, który został jej po zmarłej babci. Miała nadzieję w ten sposób spowodować osłabienie popędu seksualnego u mężczyzny. Jak wyjaśniła: „robiłam to po to, żeby mieć po prostu spokój”. Tego dnia też mu go podała.
– To charakterystyczne dla zbrodni, której dokonuje kobieta – komentuje Bogdan. – Nie zabija „bezpośrednio”, ale np. za pomocą trucizny. (…)

WSZYSTKO WYDARZYŁO SIĘ W KUCHNI. Beata zapamiętała, że wtedy zaczęła narastać w niej „jakaś wściekłość i nienawiść do niego. On leżał na leżance czy też łóżku w kuchni i oglądał telewizję. Nadal był rozebrany. Ja w kuchni znalazłam worek na śmieci, taki zwykły, czarny, odwijany z rolki. Chwyciłam ten worek i podeszłam od tyłu do leżącego Jacka i założyłam mu ten worek na głowę i twarz [i] mocno zaciągnęłam końce tego worka. On się bronił i rzucał, ale ja miałam w sobie jakąś taką siłę (nie wiem, skąd się wtedy we mnie wzięła) i do tego worka przyłożyłam jeszcze poduszkę. Przez chwilę szamotał się, nie wiem, jak długo to trwało, ale ja zdołałam ten worek i poduszkę utrzymać na jego głowie i twarzy. Gdy znieruchomiał, nie wiedziałam, co mam robić. Dopiero wtedy do mnie zaczęło docierać, co się stało, i zaczęłam zdawać sobie sprawę, że wybrałam najgorsze z możliwych rozwiązanie całej mojej sytuacji życiowej (…)”. Wówczas „zaczęłam myśleć, co zrobić z ciałem, bałam się kogokolwiek powiadomić, ponieważ obawiałam się grożących mi konsekwencji. Ja wiedziałam, jak zrobiona jest podłoga w przedpokoju prowadzącym od ganku do łazienki i rozdzielającym kuchnię od pokoju po prawej stronie od wejścia. (…) Zerwałam panele, nie pamiętam, jakiego narzędzia używałam do tego celu. Potem odkręciłam płyty paździerzowe i podniosłam deski starej podłogi.
Pod starą podłogą była już ziemia.

– Wygrzebałam w tej ziemi taki dołek, żeby mniej więcej przykryć ciało (…) – kontynuowała swoje wyjaśnienia Beata. – Do tak przygotowanego miejsca wciągnęłam ciało, [które] ciągnęłam za nogi. Nie ściągnęłam worka, który był na twarzy, ponieważ bałam się patrzeć. Po tym, jak schowałam ciało, to wciągnęłam do tej dziury jego rower. (…) Po tym poukładałam deski starej podłogi i następnie przykręciłam na powrót płyty [paździerzowe] (…). Ubranie Jacka i jego komórkę spaliłam w piecu centralnego ogrzewania. (…) Ja nie planowałam zabicia Jacka, byłam tym wszystkim, co się stało, przerażona. Nie wiedziałam, co mam robić, wymyśliłam jedyne rozwiązanie, jakie przyszło mi do głowy. Nigdy nikomu o tym nie mówiłam. (…) Wiedziałam, że prędzej czy później policja dowie się o tym, co zrobiłam. Żyłam w ciąg­łym strachu, bałam się wszystkiego, źle sypiałam”.

– Ona była już na krawędzi psychicznej wytrzymałości – wspomina Bogdan. – Myślę, że gdybyśmy nie zajęli się tą sprawą, to Beata mogłaby spróbować popełnić tzw. samobójstwo rozszerzone, czyli najpierw zabić swoje dziecko, a później siebie. Ona nawet po zatrzymaniu nam podziękowała…
– Pamiętam, że na pewnym etapie naszego śledztwa jedna z sąsiadek zwróciła uwagę na jedną rzecz: w domu Beaty każdej nocy bardzo długo paliło się światło – dodaje Mariusz.
– To taki szczegół, który dla kryminalistyki nie ma znaczenia, ale zdradza strach sprawcy i wyrzuty sumienia.

RÓWNOLEGLE z PRZESŁUCHANIAmi trwały oględziny w domu Beaty w G. Okazało się, że kobieta mówiła prawdę. Klepisko pod podłogą przedpokoju jej domu skrywało zwłoki. Natychmiast powiadomiono Prokuraturę Rejonową w Zakopanem i Zakład Medycyny Sądowej w Krakowie. Najpierw wydobyto spod podłogi górski rower. Pod warstwą ziemi znaleziono zeszkieletowane zwłoki ludzkie ułożone na wznak z rękoma uniesionymi nad głową. Na czaszce założony był worek foliowy. Obok zwłok leżał fragment połamanego krzesła i nóż kuchenny.
Oględziny zwłok Jacka Ł. przeprowadzono 6 października 2004 r. w krakowskim Zakładzie Medycyny Sądowej. Stwierdzono brak wyraźnych śladów obrażeń mechanicznych. Badania toksykologiczne materiału pobranego ze zwłok nie wykazały obecności alkoholu. Jak zaznaczono w protokole: „Nie można potwierdzić ani wykluczyć, że do zgonu Jacka Ł. doszło na skutek uduszenia w sposób taki, jak wynika z wyjaśnień podejrzanej, a mianowicie w efekcie zatkania otworów oddechowych przez założenie na głowę foliowego worka. Na taką wersję może jedynie wskazywać fakt, iż czaszka zmarłego znajdowała się we wnętrzu takiego worka”. (…)

Badanie poligraficzne (wariograf) wykluczyło jakikolwiek udział Grzegorza w zbrodni. Mąż kobiety zeznał, że wiedział od samej Beaty, że Jacek Ł. był jej poprzednim partnerem. (…) W sierpniu 2000 r. Grzegorz wyjechał z Beatą nad morze. Twierdził, że wczasy planowali już od dawna i wyjazd nie miał nic wspólnego z zaginięciem Jacka Ł. oraz atmosferą we wsi, jaka później zapanowała.
Podczas kolejnych przesłuchań Beata potwierdziła złożone wcześniej wyjaśnienia. Po raz kolejny podkreśliła, że zbrodni dokonała sama i że nikt nie pomagał jej w ukryciu zwłok. Stanowczo zaprzeczyła, by prosiła matkę Jacka Ł. o to, by kobieta nie zgłaszała zaginięcia syna. Beata potwierdziła też, że nie dysponuje żadną dokumentacją medyczną, która potwierdzałaby fakt, że była maltretowana przez Jacka. „Nie chodziłam z tym do lekarzy”, powiedziała podczas jednego z przesłuchań. Jednak wyjaśnienia Beaty dotyczące agresji i zazdrości Jacka Ł. potwierdzili świadkowie. (…)

Przeprowadzona przed procesem obserwacja sądowo-psychiatryczna nie wykazała u Beaty choroby psychicznej w rozumieniu psychozy oraz niedorozwoju umysłowego. Biegli stwierdzili prawidłowy rozwój osobowości. (…) Okoliczności i motywacja związana z popełnieniem zbrodni wskazują na działanie przez nią w stanie silnych emocji i afektów – podsumowali biegli.

15 listopada 2005 r. Sąd Okręgowy w Nowym Sączu po pięciu rozprawach uznał Beatę „winną tego, że w dniu 17 lipca 2000 r. w G., działając pod wpływem silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami, chcąc pozbawić życia Jacka Ł., założyła mu na głowę worek foliowy, a następnie przycisnęła do twarzy poduszkę, na skutek czego zmarł on przez uduszenie”. Za czyn ten sąd skazał ją na cztery lata pozbawienia wolności. Wyrok zaskarżył prokurator, który zażądał dla Beaty kary dziesięciu lat więzienia. Jednak podczas rozprawy apelacyjnej prokurator wycofał się z apelacji i wyrok orzeczony przez sąd niższej instancji utrzymano w mocy.

– Ja ją spotkałem, kiedy wyszła z więzienia – wspomina Mariusz. – To był jakiś wyjazd służbowy kilka lat temu, czysty przypadek. Poznała mnie od razu, ja ją zresztą też. Przystanęliśmy na chwilę i zaczęliśmy rozmawiać. Skarżyła się, że ciężko jej wrócić do normalnego życia, że musi wciąż uciekać przed przeszłością. Kiedy życzyłem jej powodzenia, tylko się uśmiechnęła i zniknęła w tłumie. Nigdy więcej jej nie spotkałem.

Skróty i ilustracje pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Piotra Litki, Bogdana Michalca i Mariusza Nowaka Polskie Archiwum X, Wydawnictwo WAM, Kraków 2016

Wydanie: 45/2016

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy