Koguty mają życie futbolistów

Koguty mają życie futbolistów

Nielegalne walki w mieście bezprawia

Korespondencja z Ekwadoru

Kolejne uderzenia raz za razem przecinają powietrze. Rywale są w takim szale nienawiści, że nie dają rady wymierzać celnych ciosów. Przypomina to nawalankę przed sklepem, a nie bój zawodowców, którym dziś kibicuje jakieś 70 osób. W końcu czarny jak smoła kogut trafia w głowę drugiego. Rywal jest zamroczony, ale nie zamierza się poddawać. Rozgorączkowani emocjami Ekwadorczycy szaleją bardziej niż ptaki.
W hangarze czuć zaduch spoconych ciał. Jest słabe światło, morze wódki trzcinowej płynącej dziś litrami, naćpani mężczyźni, a także my. Pośrodku zdarzeń, niechciani bohaterowie, którzy nie powinni tu się znaleźć. Tego było nam trzeba przed powrotem do Polski.

Kilka miesięcy wcześniej

Jest ciemna noc w Ventanas. Trwa kolorowy karnawał. Wracamy w trójkę rozweseleni kilkoma piwami light z lokalu oddalonego o 200 m od naszej piwnicy, roboczo nazywanej mieszkaniem. W innych miejscach tego typu staramy się nie bywać. Tu jest najbezpieczniej, ponieważ bar prowadzą nasi znajomi.

Zatrzymuje nas nietypowo zachowujący się chłopak. Jest impulsywny, głośny, bez powodu wybucha śmiechem. Nazywa nas swoimi przyjaciółmi, mimo że widzimy się po raz pierwszy w życiu. Próbuje poklepać mnie po plecach. Podejrzewam, że może być naćpany, ale nie mówię o tym, nie chcąc wywoływać paniki. Kiedy przyśpieszamy, on robi to również. W końcu rzuca, że chce dolara. Nie zamierzam mu go dawać, mimo że radzono nam wielokrotnie, by w takich sytuacjach nie dyskutować. Chłopak powtarza żądanie. Każę mu odejść. Znika niepocieszony, ale tylko na chwilę. Wraca, gdy jesteśmy kilkanaście metrów od mieszkania. Wyjątkowo w pobliżu nie ma dziś nikogo. Alkohol uśpił naszą czujność. Nie powinniśmy pozwolić na to, by obcy dowiedział się, gdzie jest nasze lokum. Tymczasem on wyjeżdża na motorze na wprost nas i kieruje się bezpośrednio na koleżankę, jakby chciał ją przejechać. Wyciąga rękę i próbuje wyrwać jej torebkę. Daremnie, bo ona odskakuje gwałtownie w bok. Napastnik krzyczy coś, ale nie rozumiemy go. Pośpiesznie otwieramy lichą kłódkę i wskakujemy do mieszkania.

Nie chcemy rozmawiać o tej sytuacji, wolimy zostawić ją za sobą. Tak w Ameryce Południowej reagujemy na trudne chwile. Tego nauczyło nas nowe życie – wymazywania i zamazywania. Każdy wchodzi do swojego pokoju. Ja, kierowany przeczuciem, decyduję się zgasić wszystkie światła w przedpokoju i w ciemności siadam przy kuchennym stole. Czekam.

Po kilkunastu minutach wraca. Słyszę, jak otwiera okno, ale napotyka na przeszkodę w postaci kraty. Gdyby miał broń palną, bez problemu mógłby potraktować mnie jak myśliwy kaczkę. Nawet strzelając na oślep, w końcu by mnie trafił.

Rzucam się do okna, rozsuwam je jeszcze mocniej i zaczynam na niego wrzeszczeć. Emocje powodują, że mieszam słowa polskie z hiszpańskimi. Na zmianę wyrzucam z siebie, że zaraz wezwę policję, wyzywam go na solówkę, kończąc na tym, że za chwilę go połamię. Obok mnie stoi już mój towarzysz, który nie za bardzo wie czy mnie uspokajać, czy zająć się intruzem. Ekwadorczyk tymczasem przysłuchuje się temu z niezmąconym spokojem. W końcu napotyka mój wzrok, po czym kieruje swój palec na szyję, wykonując charakterystyczny gest podrzynania gardła. Robi to, nie odrywając wzroku od moich oczu. W końcu odwraca się i nieśpiesznie odchodzi.

Dopiero rano dociera do mnie, co zrobiłem, w jakim kraju i w stosunku do kogo. Od tego momentu wszyscy zaczynają się o mnie bać i namawiają, bym przez jakiś czas nie wychodził z domu. Nie mogę tego zrobić. Mam pracę, w której jestem potrzebny.

Kilka najbliższych tygodni będzie czasem strachu, do którego się nie przyznam. To Ekwador. Tutaj takie pogróżki muszą być traktowane poważnie.

Oddech przygody

Mijają miesiące, jestem już prawie półtora roku w Ekwadorze, zbliża się termin powrotu do Polski. Jeżdżę po całym kraju, kolekcjonując wszelkie możliwe doznania. Zdobywam wulkany, mierząc się z wysokością ponad 5 tys. m n.p.m., penetruję Amazonię w rejonach, gdzie nie sposób spotkać człowieka, szukam kajmanów, łowię piranie, które niemal pozbawiają mnie palca, podczas potężnej ulewy skaczę z wysokości kilkunastu metrów do rwącej zatoki, wlewam w siebie najbardziej halucynogenny środek świata, poddaję się magii szamana, piję krew smoka, choruję na dengę, odwiedzam niezamieszkane wyspy, oglądam wieloryby, delfiny. Robię wszystko. Tak właśnie, wszystko. Oddycham przygodami.

W końcu dowiaduję się, że w „moim” miasteczku organizowane są nielegalne walki kogutów. Od tej chwili myślę tylko o tym, żeby je zobaczyć na własne oczy. Biali nie mają tam wstępu, ale ja i moi znajomi nie zamierzamy się tym przejmować. Szybko dowiadujemy się, kto jest bywalcem tego miejsca. Obwoźny sprzedawca słodkich napojów i cukierków. Długo przekonujemy go, by pozwolił nam ze sobą iść. Odradza, twierdząc, że to zabawa dla miejscowych łobuzów. Podobno wszyscy są tam naćpani albo pijani, a z każdą minutą robi się coraz gorzej. Ale ostatecznie się zgadza. Umawiamy się następnego dnia wieczorem.

Mijają długie minuty oczekiwania. Topnieje nasz entuzjazm i wiara w to, że dziś przeżyjemy kolejną przygodę. Facet nas olał.

Kolejnego dnia żalimy się wiekowemu znajomemu Adolfo, a on oznajmia, że jutro się tam wybierzemy. Wiemy, że nas nie oszuka. Wtedy też przychodzi pierwsza refleksja, czy jest sens aż tak ryzykować, kiedy jesteśmy już jedną nogą w Polsce.

Walka o życie

Pędzimy treximoto, pojazdem podobnym do indyjskiej rikszy, na drugi koniec miasta. Docieramy przed zwykły, odrapany budynek, niczym nieróżniący się od wielu innych tutaj. Ale czego w zasadzie się spodziewaliśmy? Baneru witającego gości? Soczystego „kukuryku” na powitanie?

Jest i pierwsza niespodzianka. Wejścia strzeże właścicielka przybytku, która interes przejęła po zmarłym mężu. Przeszło 80-letnia staruszka przez cały wieczór nie opuszcza nawet na moment swojego hamaka. Jedyne, co robi, to wyciąga drżącą dłoń, do której każdy musi włożyć dolara. To wejściówka, ale biletów nie będzie. Babcia skinieniem głowy pozwala nam wejść, choć przez chwilę uważnie śledzi jedyną kobietę z naszego towarzystwa. Jak się później okaże, w całym przybytku będą może trzy-cztery panie. To nie jest rozrywka dla nich.

Za drzwiami prowizorycznie sklecona z desek arena, pośrodku twarda, ubita wieloma pojedynkami ziemia. Wokół kłębi się tłum mężczyzn, którzy spoglądają na nas z nieskrywaną niechęcią. Chyba jedyne, co ich powstrzymuje przed wywaleniem nas, to ciekawość i to, że towarzyszy nam szanowany w mieście starszy pan.

Po paru chwilach orientuję się, że popełniłem gigantyczny błąd. Mam na sobie koszulkę Barcelony Gua­yaquil, ubóstwianej przez połowę miasteczka. Druga połowa kocha Emelec, którego kibice zjawili się dziś na walkach w większej liczbie. Nie dość, że jestem biały (czytaj: nieproszony gość), to jeszcze prowokuję ubiorem. Brawo ja!

Większość mężczyzn dzierży w dłoni butelkę piwa, wielu wygląda, jakby byli pod wpływem narkotyków. Niektórzy piją z gwinta wódkę z trzciny cukrowej. W pomieszczeniu panuje potworny gwar i zaduch, w którym mieszają się zapach ptaków i potu. Najbardziej jednak zdumiewa nas widok policjantów, którzy przechadzają się z kałachami wokół areny. Jak nam wytłumaczono, mimo że impreza jest nielegalna, to za drobną opłatę strzegą tu porządku. Zazwyczaj takie wieczory kończą się praniem po pyskach lub machaniem nożami, wtedy potrzebna jest ich interwencja.

W końcu na arenie pojawia się dwóch mężczyzn trzymających koguty. Publika wiwatuje. Zaczyna się długa zapowiedź pełna egzaltacji, emocji, ochów i achów. Następnie koguty są drażnione. Mężczyźni krążą wokół siebie, tak by kogutom zaczęło się kręcić w głowach. Celowo zderzają je ze sobą łbami i dziobami, aby tylko w tych niewielkich stworzeniach obudziły się bestie. Udaje im się. Koguty zostają wypuszczone na bój. Zaczyna się zażarta walka.

Nam tymczasem udzielona zostaje krótka lekcja regulaminu. Przed samą bitwą każdy, kto postawił pieniądze na wygraną, może swojego faworyta dotknąć, pogłaskać, poskubać, zajrzeć mu w oczy. Jest także obecny przy ceremonii ważenia. Wtedy zazwyczaj podejmowane są decyzje, jaką kwotę zamierza się przeznaczyć na konkretnego ptaka. Pojedynek zwyczajowo trwa 10 minut. Kiedy żaden kogut nie wygra, jest remis, który nikogo nie satysfakcjonuje i często jest przyjmowany buczeniem. Chyba że ktoś obstawi właśnie taki wynik. Zwycięstwo ogłaszane jest, kiedy jeden z kogutów pada martwy lub zaczyna uciekać przed rywalem. Jeśli w ciągu pierwszych 20 sekund jeden z kogutów skapituluje, właściciel zwycięzcy otrzymuje od przegranego tysiąc dolarów. Kwotę w tym kraju kosmiczną. – No, mają życie futbolisty. Trzy dni treningu i walk, wolne, później znowu to samo. To jest poważny sport, a nie jakaś zabawa – wyjaśnia jeden z właścicieli kogutów.

Ptaki zawzięcie skaczą sobie do dziobów, szamoczą skrzydłami, atakują się w szaleńczym, nieprzerwanym rytmie. Publiczność spazmatycznie krzyczy, ktoś rzuca butelką o ścianę i zaraz dostaje po głowie od sąsiada. Opiekunowie kogutów krążą wokół nich, plując i wykrzykując sugestywne hasła: – Spokojnie, odpoczywaj! Oszczędzaj siły, k..! Teraz, teraz! Jest już twój!

Tymczasem czuję świdrujące spojrzenie. Odwracam głowę w poszukiwaniu ciekawskiego. Stoi kilka metrów ode mnie, razem z kolegami. To mężczyzna, który kilka miesięcy temu próbował na nas napaść, a mnie groził gestem poderżnięcia gardła. Patrzy na mnie tak jak wtedy. Zimno, bez emocji. Nie robię nic poza odwzajemnianiem spojrzenia. Trwa to zdecydowanie za długo. Wiem, że mnie poznał. W końcu obaj spuszczamy wzrok i niespiesznie kierujemy go w stronę areny. Tam trwa już kolejny pojedynek. Moi towarzysze nawet się nie zorientowali, że przed chwilą działo się coś, co może zaważyć na naszym życiu.

Po kilku chwilach pojawia się obok jakiś mężczyzna, który szepcze coś na ucho Adolfo. Ten spogląda na nas przestraszony, cedząc niewyraźnie przez zęby: – Mamy się stąd wynieść. Dla naszego dobra jak najszybciej…

Uciekamy.

Wydanie: 1/2017

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy