Zamach stanu w gronie przyjaciół

Zamach stanu w gronie przyjaciół

Generałowie przeciw prezydentowi Wietnamu

W 1954 r., po upadku Dien Bien Phu i podpisaniu porozumień genewskich, Wietnam podzielono na dwa osobne państwa, sankcjonując panowanie komunistycznego Viet Minhu na północy (w Tonkinie). Waszyngton obawia się jednak, że po wyjeździe Francuzów Ho Chi Minh będzie próbował przesuwać swoje pionki za 17. równoleżnik. Prezydent Dwight Eisenhower oraz sekretarz stanu John Foster Dulles i jego brat, cywilny (i silny) dyrektor CIA Allen Dulles, polecili zatem swoim najlepszym szpiegom, aby do czasu sprowadzenia na południe wystarczającej liczby kadr oficerskich i żołnierzy zapobiegali rozprzestrzenianiu się tam komunistycznej ideologii. Amerykański agent Lucien Conein podlega wówczas nadzorującemu amerykańskie operacje w tym regionie Edwardowi Lansdale’owi. (…) Wieczorem 4 lipca 1963 r. (…) Conein udaje się na spotkanie z generałem południowowietnamskiej armii, z którym umówił się w nocnym klubie w centrum miasta. (…)
Gen. Tran Van Don (…) podobnie jak inni generałowie uważa, że Diem rządzi w sposób najgorszy z możliwych. Jest autorytarny i skorumpowany i pomimo setek milionów dolarów otrzymywanych co roku od amerykańskiego rządu nie wprowadza zapowiadanych demokratycznych reform. (…) Dla Tran Van Dona oraz dwóch innych sprzymierzonych z nim generałów, Le Van Kima i Duon Van Minha (zwanego „Dużym Minhem”), sprawa jest całkowicie jasna. Prezydent Ngo Dinh Diem jest niezdolny do powstrzymania ekspansji marksistowskiej ideologii. To człowiek groźny, niebezpieczny. Człowiek, którego trzeba unieszkodliwić.
Wszystko to gen. Tran Van Don opowiada z kieliszkiem w ręku owej nocy 4 lipca 1963 r. Conein zręcznie zachęca go do jeszcze większej otwartości. Dowiaduje się, że Le Van Kim, Duon Van Minh oraz inni generałowie i pułkownicy (w sumie ok. 20 oficerów) zamierzają wziąć sprawy w swoje ręce, jeśli Diem nie zmieni polityki. (…)

KILKA GODZIN PÓŹNIEJ W WASZYNGTONIE prezydent USA John Fitzgerald Kennedy zwołuje do owalnego gabinetu swoich doradców do spraw polityki zagranicznej. (…) Kilka dni wcześniej, zaniepokojony coraz liczniejszymi i coraz radykalniejszymi wystąpieniami przeciwko Ngo Dinh Diemowi w Sajgonie, odwołał amerykańskiego ambasadora w Wietnamie Południowym Fredericka Noltinga, któremu zarzucano, że był wobec niego zbyt pobłażliwy i nawet nie próbował wpływać na prowadzoną przez niego politykę. Najwyraźniej Diem nie potrafi zabezpieczyć swojego kraju przed wpływami Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu Południowego (Wietkongu), więc trzeba coś z tym zrobić. Nie można przecież zostawić wolnej ręki Ho Chi Minhowi. Noltinga zastąpił zatem Henry Cabot Lodge. (…)
Zebranie trwa do późna w nocy. Wszyscy zgadzają się co do jednego: prezydent Ngo Dinh Diem musi się wyzwolić spod zgubnego wpływu swojego brata Ngo Dinh Nhu i jego małżonki, pani Nhu, którzy nakręcają politykę przemocy i blokują wszelkie reformy polityczne, gospodarcze i religijne. Co jeśli odmówi? Wszystkie opcje są do rozważenia – daje do zrozumienia Kennedy. Także zupełne odsunięcie od władzy. Jeśli zajdzie taka potrzeba – w drodze fizycznej eliminacji. (…)

NGO DINH DIEM urodził się w 1901 r., w będącym najpierw stolicą cesarstwa Wietnamu, a później – Annamu, prowincji Indochin Francuskich, mieście Hue. Wywodzi się z lokalnych elit rządzących: jego ojciec był ministrem cesarza Thanh Thaia, a starszy brat – gubernatorem prowincji Quang Nam. Członkowie jego rodziny, w odróżnieniu od buddyjskiej większości ludności kraju, są gorliwymi katolikami. (…) W latach 20. XX w. zrobił błyskotliwą karierę. W wieku 30 lat został naczelnikiem liczącego 300 wiosek dystryktu w centralnej części kraju. Wówczas to po raz pierwszy stawia czoła komunistycznej propagandzie, stosując z błogosławieństwem francuskich władz politykę terroru. Jego sukcesy w prowincji Binh Thuan zostały szybko zauważone. Rok później, w 1933 r., Francuzi sugerują cesarzowi Bao Daiowi, żeby mianował go ministrem spraw wewnętrznych Annamu i zlecił dogłębną modernizację lokalnej administracji. Diem przyjął stanowisko. Jego propozycje reform zostały jednak odrzucone. Wkrótce zatem z niego zrezygnował, dając przy tym dość obiecujący pokaz swojej fantazji, odwagi i stanowczości. (…)
Przez następne 10 lat pozostawał poza głównym nurtem życia politycznego, poświęcając się nawiązywaniu kontaktów z wpływowymi osobami z kręgów nacjonalistycznych, katolickich i związkowych. Po wybuchu II wojny światowej liczył, że Japończycy położą kres kolonialnym rządom Francuzów, lecz tak się nie stało. W 1945 r. zaproponowali mu stanowisko premiera. Nie zgodził się jednak i wyjechał do Sajgonu, gdzie będzie się ukrywał do końca wojny. (…)
Pod koniec 1945 r. Viet Minhowi udało się schwytać Diema. Ho Chi Minh pozostawił go jednak przy życiu (…). Obecność katolika Diema w konstruowanym przez niego rządzie miałaby szczególny, symboliczny wymiar. (…) Ho Chi Minh ustąpił wobec jego uporu i odwagi i puścił go wolno. Nie była to dobra decyzja. Zamiast podzięki Diem przez kilka miesięcy organizował w Tonkinie antykomunistyczną partyzantkę. Później zaś wrócił do Sajgonu, gdzie założył własną partię. (…) Diem zrozumiał, że jeśli chce kiedykolwiek sięgnąć po władzę, pozostaje mu jeden sojusznik: Stany Zjednoczone. (…) W 1954 r. Diem poczuł, że nadchodzi jego czas. (…) W grudniu Francja całkowicie zrzekła się zwierzchnictwa wojskowego nad Wietnamem Południowym (…).
Na początku 1955 r. Amerykanie podpisali z Diemem porozumienie w sprawie utworzenia południowowietnamskiej armii z prawdziwego zdarzenia. (…) Pod koniec 1955 r. Diemowi udało się wreszcie skupić w swoim ręku całą władzę: rozpisał referendum, w którym 98% ludności kraju opowiedziało się za detronizacją Bao Daia (który zażądał jego głowy). (…)
Ngo Dinh Diem jest raczej ponurego usposobienia. Ubiera się skromnie. Prowadzi oszczędny tryb życia. Pracuje po 15 godzin dziennie. Jest zatwardziałym starym kawalerem i prawie nigdzie nie wychodzi. Woli zapraszać ministrów i znajomych do swojej rezydencji na wielogodzinne pogawędki (lub raczej monologi). W sytuacjach oficjalnych zawsze zachowuje podziwu godny spokój, choć wewnątrz aż kipi od złości, która znajduje upust dopiero w domowym zaciszu, w legendarnych wręcz napadach furii. (…) Swoje rządy Diem opiera nie tyle na kompetencjach podwładnych, ile na ich lojalności. Ważne stanowiska powierza w pierwszej kolejności ludziom, którzy jak on są członkami mniejszości katolickiej albo pochodzą z Hue. Wciąż obraca się wyłącznie w obrębie własnej kasty, dlatego pomału traci kontakt ze społecznymi, politycznymi i religijnymi realiami. (…) Jak każdy autokrata upaja się własną osobą. Prezydencką rezydencję dzieli ze swoim bratem Nhu i jego żoną. Ta nierozłączna trójka wspólnie sprawuje rządy. (…)

KTO MIECZEM WOJUJE, ten od miecza ginie. Rodzina Ngo ściągnie na siebie zgubę, gdy w imieniu obcej religii wystąpi przeciwko rodzimym wierzeniom swojego ludu. (…) Francuzi nadali buddyzmowi status kultu prywatnego i wprowadzili obowiązek uzyskiwania zezwoleń na wszelkie działania w przestrzeni publicznej. Po dojściu do władzy Diem odmówił uchylenia wprowadzonego przez nich dekretu. 3 maja 1963 r. właśnie tym dekretem posługuje się zastępca gubernatora prowincji Hue, katolik Dang Xi, by zakazać czcicielom Buddy, obchodzącym akurat 2587. rocznicę jego oświecenia, wywieszania wielobarwnych flag na trasie świątecznego ludowego pochodu. W tym samym czasie przypada bowiem jubileusz święceń biskupich Ngo Dinh Thuca, z którego okazji miasto ma zostać ustrojone w barwy maryjne i papieskie. Sąsiedztwo flag obu wyznań władze uznają za niedopuszczalne. Pod siedzibą lokalnego radia zbiera się wówczas ok. 10 tys. buddystów, żeby wysłuchać przemówienia Tri Quanga – młodego mnicha o niewątpliwym talencie politycznym. Policja wysyła na miejsce pięć wozów pancernych, które mają rozpędzić zgromadzenie. Tłum rozchodzi się jednak opieszale. Słychać petardy, potem strzały. Powstaje panika. Jeden z wozów rozjeżdża kobietę z ośmiorgiem dzieci. Do stóp policjantów sypią się koktajle Mołotowa. Policja brutalnie tłumi zamieszki. (…) Pomimo amerykańskich nacisków Diem trwa przy swoim. Jest przekonany, że za buddyjską rewoltą stoją komuniści. I że rozpoczęcie z nimi negocjacji równa się zaproszeniu do kraju Ho Chi Minha. (…)
20 sierpnia grupa oficerów naciska Diema, żeby ogłosił stan wojenny, który ułatwi walkę z komunistyczną partyzantką. Prezydent zgadza się i natychmiast nasyła siły specjalne na… buddystów jako „kryptokomunistów”. 21 sierpnia w nocy ludzie Nhu otaczają pagodę Xa Loi, największą świątynię buddyjską w Sajgonie, pustoszą inne miejsca kultu w całym kraju i zatrzymują ponad 400 mnichów. Następnego dnia Amerykanie wysyłają do Sajgonu Henry’ego Cabota Lodge’a. W swoim pierwszym raporcie nie oszczędza ani Diema, ani Nhu. (…) 2 września w wywiadzie przeprowadzonym przez Waltera Cronkite’a dla stacji CBS Kennedy daje wyraźny sygnał Sajgonowi: „Nie da się wygrać wojny z komunistami, jeśli rząd prezydenta Ngo Dinh Diema nie postara się o większe poparcie wśród ludności”.
Tymczasem od lipcowej rozmowy Coneina z Tran Van Donem sprawa ewentualnego zamachu stanu stoi w miejscu. Don nie jest gotowy. Żaden z zamieszanych w spisek generałów nie sprawuje faktycznego dowództwa nad wojskiem. Z kolei Diem w Sajgonie może liczyć na oddziały specjalne płk. Le Quang Tunga, wykształconego w Stanach Zjednoczonych katolika. Najpierw trzeba więc koniecznie pozyskać przychylność i wsparcie jego zwierzchnika, gen. Ton That Dinha, który sprawuje dowództwo wojskowe nad regionem Sajgonu. Ten zaledwie 37-letni generał obraca się w kręgach władzy: jest protegowanym [najmłodszego] brata Diema, Ngo Dinh Cana. Ma jednak jedną zaletę, która jednocześnie jest jego największą wadą: ambicję. Przez kilka tygodni spiskowcy kolejno zabierają go na nocne eskapady po barach i klubach Sajgonu. Wreszcie pod wpływem pochlebstw obficie podlewanych szkocką whisky i francuskim koniakiem udaje im się go przekonać, żeby poprosił Diema i Nhu o stanowisko na miarę jego możliwości – np. ministra spraw wewnętrznych. „To śmieszne!”, odpowiada prezydent, gdy Ton That Dinh przedstawia mu swoją prośbę. Urażony Dinh wyzbywa się wtedy skrupułów i przyłącza do puczystów. Czyż nie obiecali mu ministerialnej teki, jeśli zamach stanu się uda?
Nhu, nawet jeśli fatalnie rozegrał sprawę z Ton That Dinhem, nie jest ani głuchy, ani ślepy. Wie o podwójnej grze Amerykanów i zbliżającym się puczu. Próbuje więc na wszystkie sposoby przygotować się do jego odparcia. Nie chce wchodzić w konszachty z nieprzyjaciółmi z północy, choć ma do nich odpowiednie dojścia, więc samodzielnie obmyśla swój makiaweliczny plan. Będzie zamach stanu? Świetnie, w takim razie sam stanie na jego czele! W jaki sposób? Najpierw wycofa z Sajgonu jednostki specjalne wiernego płk. Le Quang Tunga i wyśle je na rzekomą wyprawę przeciwko Wietkongowi. Gdy już opuszczą stolicę, jego żołnierze upozorują pucz (będzie to tzw. operacja „Bravo”), a on i Diem niby uciekną z miasta (tak naprawdę pojadą do Vung Tau, czyli dawnego Cap Saint-Jacques, niedaleko Sajgonu). Potrzeba będzie ok. 3 tys. ludzi i 40 wozów pancernych. Prawdziwi konspiratorzy będą przekonani, że to właściwy zamach stanu, i się do niego przyłączą, ujawniając swoją tożsamość. Fałszywi puczyści zlikwidują przy okazji kilku przywódców buddyjskich, z 10 liderów studenckich i dwóch, trzech Amerykanów, żeby wywołać jak największe zamieszanie. Radio poda, że powołano rewolucyjny rząd, wyparto z kraju amerykańskiego okupanta i podpisano porozumienie z Wietkongiem. Wówczas do akcji wkroczą Ton That Dinh i Le Quang Tung (w ramach operacji „Bravo II”), przywrócą porządek i ukarzą oficerów zamieszanych w prawdziwy spisek. Plan jest niemal doskonały. Ma jednak jeden słaby punkt: jego realizację ma nadzorować Dinh.

14 GENERAŁÓW i sześciu pułkowników z antyprezydenckiego obozu postanawia po konsultacjach z astrologami, że zamach stanu odbędzie się 1 listopada, czyli w dniu katolickiego święta Wszystkich Świętych. Conein i Lodge przekazują tę informację do Waszyngtonu. Kennedy zwołuje posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Z marnym skutkiem. (…) Amerykańscy agenci w Sajgonie nie dostają zatem żadnych konkretnych instrukcji. Mają jedynie po raz ostatni spróbować przemówić Diemowi do rozumu. Tak właśnie robi Lodge 26 października. Kiedy wraz z żoną zostaje zaproszony do letniej rezydencji prezydenta w Da Lat, po raz kolejny pyta go, kiedy się skończą antyamerykańskie ataki jego brata Nhu na łamach „Times of Vietnam”, a studenccy i buddyjscy przywódcy opuszczą więzienia. Nie otrzymuje żadnej odpowiedzi. W dniu puczu jeszcze raz odwiedza go z rana w pałacu w towarzystwie gen. Tran Van Dona. Diem zapewnia ich obu, że jest przeciwny wszelkim pospiesznym reformom, że pozostaje całkowicie lojalny wobec swojego drogiego przyjaciela, prezydenta Kennedy’ego, i że tylko on może ocalić kraj przed inwazją wojsk Ho Chi Minha. Sam przypieczętowuje w ten sposób swój los.
Rankiem 1 listopada 1963 r. w Sajgonie zapowiada się na gorący, wilgotny dzień. (…) O 13.15 korespondenci prasowi stłoczeni w kafejkach przy ulicy Dong Khoi (dawnej rue Catinat) i lobby hotelu Caravelle nagle milkną. Słychać strzały. Zaczął się zamach stanu, o którym od trzech miesięcy wszyscy rozmawiali podczas kolacji na mieście. Zamachowcy błyskawicznie zajmują rozgłośnię radiową, główny urząd pocztowy, lotnisko i centralny komisariat policji. Łączność z zagranicą zostaje przerwana. (…)
Lucien Conein siedzi w swoim jee­pie z krótkolufowym Waltherem P38 na siedzeniu obok. Wysyła przez telefon zaszyfrowaną wiadomość do CIA o rozpoczęciu walk: „Dziewięć, dziewięć, dziewięć, dziewięć, dziewięć”. Później jedzie do sztabu głównego ARVN (Army of the Republic of Vietnam, Sił Zbrojnych Republiki Wietnamu – przyp. red.) zawieźć zamachowcom walizkę z obiecaną gotówką w piastrach indochińskich wartości 40 tys. dol.
W tym czasie w klubie oficerskim ARVN odbywa się zwołane wcześniej bez szczególnego porządku obrad zebranie dowództwa. Teraz sprawy potoczą się błyskawicznie. Nagle wstaje gen. Duong Van Minh i oświadcza, że rewolucyjna rada wojskowa przejęła władzę. Prawie wszyscy siedzący wokół oficerowie (zarówno ci zamieszani, jak i niezamieszani w spisek) wstają i klaszczą. Z wyjątkiem płk. Le Quang Tunga, który właśnie zdał sobie sprawę, że znalazł się w – zapewne śmiertelnej – pułapce. Poprzedniego dnia gen. Ton That Dinh wezwał go do Sajgonu z południa specjalnie na to rutynowe zebranie – jak się okazuje, tylko po to, żeby nie mógł wysłać do miasta swoich oddziałów. Gdy na salę wpada wojskowa policja, wyrzuca im w bezsilnej złości: „Nie zapomnijcie, kto wam dawał medale!”.

PRZEZ CAŁE POPOŁUDNIE trwa intensywna wymiana ognia między lojalistami i powstańcami. Dwa samoloty bojowe T-28 ostrzeliwują okolice pałacu prezydenckiego. Tonący w chmurach dymu cywile porzucają swoje rowery i skutery i chronią się przed kulami po podwórkach. A jeśli tylko mogą, uciekają z pogrążonego w chaosie śródmieścia. Diem i Nhu siedzą natomiast w klimatyzowanych podziemiach pałacu prezydenckiego. Zupełnie spokojni. Są święcie przekonani, że to wierny Ton That Dinh rozpoczął realizację operacji „Bravo”. Około godziny 15 Diem, nieco zaniepokojony przedłużającym się milczeniem generała, dzwoni do sztabu po wyjaśnienia. Odbiera gen. Tran Van Don: „Panie prezydencie, armia poszła za głosem ludu i powstała. Wielokrotnie na próżno proponowaliśmy panu zmianę polityki. Prosiliśmy o zaprzestanie represji wobec buddystów i rekonstrukcję rządu, lecz pan odmówił”. Wstrząśnięty Diem zapewnia, że zaszło nieporozumienie i że jest jak najbardziej gotowy do utworzenia nowego rządu i przeprowadzenia szeroko zakrojonych reform. „Teraz jest już niestety za późno”, ucina sucho Don, po czym dodaje, że jeśli Diem natychmiast się podda, zarówno on, jak i jego rodzina ujdą z życiem. Strapiony Diem oddaje słuchawkę bratu, który zaprasza Dona do pałacu na negocjacje. Jest bowiem pewien, że generał blefuje. Don odpowiada jednak, że nie może podjąć tego rodzaju decyzji samodzielnie, a inni generałowie wchodzący w skład rady rewolucyjnej nie chcą o tym nic słyszeć. „Którzy to?”, pyta, ciągle niedowierzając, Nhu. Generałowie podchodzą kolejno do telefonu i zimno podają mu swoje imiona i nazwiska. Nhu odkłada słuchawkę.
Półtorej godziny później Diem dzwoni do Lodge’a i pyta, co wobec obecnej próby zdestabilizowania sojuszniczego rządu zamierzają zrobić Stany Zjednoczone. „Nie posiadam wystarczających informacji, żeby odpowiedzieć na to pytanie. W Waszyngtonie jest teraz czwarta rano i amerykański rząd nie może mieć jeszcze zdania w tej sprawie”, odpowiada Lodge. Napomyka przy tym, że jak mu wiadomo, prezydentowi zaproponowano możliwość bezpiecznego opuszczenia kraju w zamian za ustąpienie z urzędu… Diem zrozumiał. Zapewnia, że przed zapadnięciem zmroku na ulice Sajgonu wróci porządek, i odkłada słuchawkę. Wbrew faktom wciąż się oszukuje, że pucz zainicjował Ton That Dinh (tylko dlaczego się nie odzywa?) i wkrótce rozpocznie operację „Bravo II”. (…)
Kilka godzin przed świtem, przy świetle pełni księżyca, 4. morski batalion strzelców przypuszcza ostateczny atak. Gdy wschodzi słońce, bitwa jest skończona. Trwała 17 godzin. Zamach stanu się powiódł. Gen. Duon Van Minh wsiada do jeepa i jedzie przyjąć kapitulację Diema i Nhu. (…) O 8 jest już pod pałacem Gia Longa. Założył swój najlepszy mundur. Rozkoszuje się smakiem zemsty. (…) Minh czeka pod schodami pałacu, aż przyprowadzą mu więźniów. Na próżno. (…) Diem i Nhu nie mogli uciec, bo pałac był dokładnie otoczony i gęsto ostrzeliwany. W rzeczywistości uciekli z pałacu już poprzedniego dnia…

DECYZJĘ O UCIECZCE bracia podjęli 1 listopada o 19.30. (…) Razem z dwoma lojalistami, Cao Xuan Vy, przywódcą młodzieżówki Nhu, i Do Tho, młodym porucznikiem lotnictwa, zeszli do jednego z trzech biegnących pod pałacem tuneli i wyszli kilkaset metrów dalej, przy klubie sportowym. Czekał tam na nich land rover. Kazali się zawieźć do chińskiej dzielnicy Cho Lon (…). Uznając (zresztą zupełnie słusznie), że wcześniej czy później wrogowie przyjdą także do domu ich chińskiego przyjaciela, wczesnym rankiem bracia przenoszą się w jeszcze bezpieczniejsze miejsce: do położonego w pobliżu, przy bulwarze Dong Khanha, kościoła św. Franciszka Ksawerego. Przez kilka minut się modlą i przyjmują komunię z rąk brata Tam. Później zaś dzwonią do gen. Tran Thien Khiema, zastępcy gen. Tran Van Dona. Przed kościołem gromadzi się nieprzyjazny tłum. Zaczynają się obawiać o swoje życie. Są skłonni do bezwarunkowej kapitulacji.
W sztabie ARVN gen. Tran Van Don zaprasza pozostałych oficerów na rozmowę o przyszłości braci Ngo. „Żeby wyplenić chwasty, trzeba je wyrwać z korzeniami”, podżegają niektórzy. Gen. Tran Thien Khiem wyklucza jednak możliwość egzekucji – obiecał im przecież przez telefon, że ujdą z życiem. Nie ma też czasu na zorganizowanie procesu. To może wysłać ich na emigrację? Dobrze, tylko gdzie? Amerykanie dali do zrozumienia, że nie życzą ich sobie u siebie. (…) Do dzielnicy Cho Lon jadą cztery jeepy i mały transporter opancerzony M113 z płk. Duong Ngoc Lamem, dowódcą gwardii cywilnej, płk. Nguyenem Van Quanem oraz gen. Mai Huu Xuanem, byłym agentem tajnej policji najpierw Francuzów, a potem Diema, który jego także pozbawił wpływów. (…).
Bladzi, zastygli w swoich ciemnych garniturach, Diem i Nhu próbują ukryć zdziwienie na widok przysłanych przez Dona samochodów. Nie ma limuzyny. Ani żadnego cywilnego samochodu. Przybysze związują im ręce za plecami i bez ceregieli pakują do stojącego przed kościołem św. Franciszka Ksawerego z zapuszczonym silnikiem transportera. Wewnątrz częściowo odsłoniętej kabiny siedzi z wycelowanym karabinem Duong Huu Nghia oraz Nguyen Van Nhung. Wszyscy przysłani przez ARVN wyżsi oficerowie są w pozostałych samochodach.
Konwój zapuszcza się w labirynt uliczek dzielnicy Cho Lon. Diem nic nie mówi. Nhu wdaje się w pyskówkę z Nhungiem. Temperatura rośnie. Także dosłownie – zapowiada się gorący dzień. Diem jest cały mokry. Nagle samochód staje na skrzyżowaniu przed torami. Nhung rzuca się na Diema i zadaje mu 15 ciosów bagnetem swojego karabinu M16, a potem dobija strzałem w głowę. Strzela także do Nhu, choć ten już nie żyje (…).
O 8.30 przyjeżdżają do sztabu ARVN. Główny organizator zamachu gen. Tran Van Don wychodzi przywitać znakomitych więźniów. Dowiaduje się jednak, że zmarli w drodze. „Prawdopodobnie samobójstwo”. Trupio blady spogląda na Minha. „Jak to nie żyją? Dlaczego?”, pyta z wyrzutem w głosie. Dał przecież słowo oficera, że nic im się nie stanie.
Gen. Duon Van Minh wzrusza ramionami: „A jakież to ma znaczenie?”.

Skróty i zdjęcia pochodzą od redakcji

Fragment z książki Jeana-Christophe’a Buissona Zamordowani. Najsłynniejsze zabójstwa polityczne w historii, przełożyła Monika Szymaniak, Wydawnictwo Filia, Poznań 2013
©Editions Perrin, 2013
Published by arrangement with Literary Agency „Agence de l’Est”

Wydanie: 46/2013

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy