Zamaskowana ulica

Zamaskowana ulica

Z powodu koronawirusa Wietnamczycy zamknęli nawet hurtownie, choć nie musieli

Ulica Bakalarska, zazwyczaj obstawiona samochodami, wypełniona ludźmi i gwarna, dziś jest pusta. W zatokach parkingowych ledwie kilka samochodów. Brama prowadząca do wnętrza targowiska zamknięta. Pawilony okalające targowisko niczym mury obronne – też prawie martwe. Na bramie i w oknach wystawowych zawieszone informacje w dwóch językach: na górze w wietnamskim, na dole w polskim. Wynika z nich, że w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa i zaleceniem służb sanitarnych targowisko będzie zamknięte do odwołania.

Następca Jarmarku Europa

Targowisko Bakalarska na warszawskiej Ochocie od dziewięciu lat tętni życiem. To tu przeprowadziła się znaczna część wietnamskich kupców z Jarmarku Europa, czyli dawnego Stadionu Dziesięciolecia. Bazar stał się centrum wietnamskiego handlu, zanim powstały centrum handlowe w Wólce Kosowskiej pod Warszawą i Marywilska 44 na Białołęce. Działało siedem dni w tygodniu i było licznie odwiedzane przez polskich klientów. Nad pozostałymi ma tę przewagę, że od centrum miasta dzieli je kilka kilometrów, więc bez trudu można tu dojechać.

Z ponad 20 punktów handlowych i usługowych w pawilonach czynny jest sklep spożywczy, bar, salon urody. Klientów niewielu. Wszyscy Wietnamczycy, zarówno kupujący, jak i sprzedawcy, w maseczkach na twarzy. Kilku zamaskowanych młodych Wietnamczyków chodzi tam i z powrotem. Może z nudów? A może czekają na propozycję jakiejś pracy, bo przecież miejsce, z którego żyli, jest teraz martwe. W końcu wsiadają do mercedesa i odjeżdżają.

Bus z owocami parkuje w zatoczce. W środku limonki, pomarańcze, truskawki. Kierowca, także w maseczce, siedzi znudzony za kierownicą, czeka na klientów. Od czasu do czasu podejdzie jakaś Wietnamka, która wybrała się na zakupy, i po chwili targa do samochodu całą skrzynkę pomarańczy albo skrzyneczkę dorodnych truskawek. Sprzedawczyni rozłożyła skrzynki z warzywami wprost na chodniku i też czeka. W jedynym czynnym wietnamskim sklepie spożywczym sami Wietnamczycy. Ekspedientka niechętnie rozmawia, udaje, że nie rozumie pytań, a może faktycznie nie rozumie. Podobnie w barze. Zdarza się, to prawda, że sprzedający znają po polsku tylko nazwy podawanych potraw, ale jakoś udaje im się funkcjonować w Polsce, tak jak Polakom na Greenpoincie. Teraz bar oferuje tylko dania na wynos. Co jakiś czas podjeżdża samochód z polskimi klientami. Wysiada mężczyzna albo para. Czekając na swoje zamówienie, spacerują po opustoszałej ulicy. I pewnie zastanawiają się, kiedy Bakalarska odżyje.

Zdolność przewidywania

Nie ma również po co jechać na Marywilską ani do Wólki Kosowskiej. Oba centra, w których handlują przede wszystkim kupcy wietnamscy, są zamknięte. – Właściwie centrum w Wólce Kosowskiej mogło funkcjonować, bo rozporządzenie ministra zdrowia dotyczy zakazu handlu detalicznego w dużych obiektach, powyżej 2 tys. m kw., a tam jest głównie handel hurtowy – tłumaczy Karol Hoang, sekretarz i rzecznik prasowy Stowarzyszenia Przedsiębiorców Wietnamskich w Polsce. – Ale mając na uwadze ogólną sytuację, centra handlu hurtowego w Wólce Kosowskiej podjęły decyzję o zamknięciu swoich obiektów dla klientów.

To znaczy, że sami Wietnamczycy nałożyli na siebie większe rygory, niż wymagało rozporządzenie. Zrobili to na wszelki wypadek, żeby nikt im nie zarzucił, że przyczyniają się do rozprzestrzeniania koronawirusa w Polsce. Hoang nie chce mówić o stosunku Polaków do nich. Ale w końcu przyznaje, że od początku pojawienia się informacji o koronawirusie w Chinach można było usłyszeć skargi Wietnamczyków, że są traktowani przez Polaków z niechęcią. Nie, nie było aktów agresji, ale dawano im odczuć, że są potencjalnym źródłem zarażenia. Kiedy zjawiali się w miejscach publicznych albo stawali w jakiejś kolejce, nagle w promieniu metra czy dwóch wokół nich robiło się pusto. Hoang to rozumie, bo ludzie się bali. Teraz już nikogo nie dziwi, że każdy od każdego zachowuje dystans, ale od tamtego czasu minęły ze dwa miesiące.

– Ludzie wiedzą, że jesteśmy Azjatami, ale nie są w stanie odróżnić Chińczyka od Wietnamczyka – mówi. – W obawie przed wirusem z Chin woleli izolować się także od nas. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy szczególnie bacznie obserwowani przez społeczeństwo. Dlatego bardzo nam zależało na tym, żeby rygory sanitarne w naszej społeczności były wyższe niż obowiązujące w kraju.

Kiedy więc prezydent Duda i premier Morawiecki jeździli po Polsce i pokazywali się na tle kobiet w ludowych strojach, Wietnamczycy zastanawiali się, jak mogą przeciwdziałać epidemii. Wiadomo, że możliwości prewencyjne społeczności, która ma zaledwie 25-30 tys. członków, nie są duże, ale zawsze warto coś robić. 28 stycznia trzy organizacje wietnamskie: Stowarzyszenie Wietnamczyków w Polsce, Stowarzyszenie Wspierania Przedsiębiorczości w Wólce Kosowskiej Wólka Center i Stowarzyszenie Przedsiębiorców Wietnamskich w Polsce, wspólnie powołały komitet ds. zagrożenia koronawirusem. – W skład tego komitetu weszło 10 osób, które są znane i poważane w naszym środowisku – wyjaśnia Hoang.

Skąd taka zdolność przewidywania? Wietnamczycy to naród doświadczony przez epidemię, którą na początku XXI w. wywołał SARS. Wtedy pierwsze zachorowania również pojawiły się w Chinach. Wiedza i doświadczenie nabyte w walce z tamtym wirusem sprawiły, że Wietnamczycy mieli świadomość, jakie działania prewencyjne powinny być podjęte. – Prewencja na poziomie jednostkowym jest bardzo ważna – uważa Hoang. – Wszelkie działania, jakie zalecał komitet, były akceptowane przez społeczność wietnamską, bo ludzie z tego komitetu mają autorytet.

Ponieważ wielu przedsiębiorców wietnamskich podróżuje do Azji, już 28 stycznia komitet wydał zalecenie, aby osoby, które wracają z Chin i Wietnamu, pozostawały w domu przez 14 dni. Miesiąc później, 25 lutego, wydał kolejne zalecenie, aby w domu przez 14 dni pozostawały także osoby powracające z Włoch i Korei Południowej oraz by przedsiębiorcy nie wyjeżdżali do Włoch, a towary zamawiali wyłącznie przez internet. Cztery dni później zalecenie pozostania w domu przez 14 dni dotyczyło dodatkowo osób wracających z Hongkongu, Singapuru, Tajlandii i Iranu. 5 marca, dzień po potwierdzeniu pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem w Polsce, komitet zalecił, by Wietnamczycy nie wyjeżdżali do Włoch, Niemiec, Francji, Hiszpanii, Chin, Korei Południowej, Japonii i Iranu. A także, by odwołać wszystkie imprezy zbiorowe.

– Nie twierdzę, że wszyscy bez żadnych oporów poddawali się tym zaleceniom – mówi Hoang. – W każdej społeczności są osoby, które próbują się wyłamać. Ale znajomi wiedzą, gdzie ktoś wyjeżdżał. I jeśli nie został w domu, a powinien, była na niego wywierana presja społeczna. Najpierw odbywano z taką osobą rozmowę, bo właściciele sąsiednich boksów handlowych się niepokoili. A jeżeli to nie skutkowało, nakazywano zamknięcie boksu.

Podejrzane maseczki

W państwach azjatyckich noszenie maseczek na twarzy jest bardzo popularne i akceptowane. Za brak maseczki można nawet zapłacić grzywnę. Dlatego już na początku akcji prewencyjnej komitet zalecił, by zdrowi Wietnamczycy nosili maski. Ponieważ jednak WHO przekonywała, że noszenie maski przez osobę zdrową jest niepotrzebne, polscy klienci sklepów wietnamskich bardzo źle odnosili się do sprzedających w maskach. Dlatego z zalecenia stosowania masek zrezygnowano. Jednak w marcu ponownie zdecydowano, że Wietnamczycy powinni być w maseczkach. Kiedy teraz idzie się ulicą Bakalarską, od razu z daleka widać, kto jest Wietnamczykiem.

– Mieliśmy świadomość, że gdyby pierwszy pacjent zakażony koronawirusem był Wietnamczykiem, cały strach, jaki społeczeństwo polskie odczuwa przed epidemią, skanalizowałby się na naszej społeczności – uważa Hoang. – Do dziś żaden z Wietnamczyków w Polsce nie jest zarażony.

Kiedy pytam, czy rząd wietnamski planuje akcję powrotów do domu, Karol Hoang się dziwi. Wietnamczycy nie chcą wyjeżdżać z Polski. Od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat właśnie tu jest ich dom. Niektórzy, jak Hoang, mają żony Polski, bywa, że Wietnamki wychodzą za Polaków. Ich dzieci chodzą do polskich szkół, a jedynie dodatkowo biorą lekcje języka wietnamskiego. Tak samo jak całe społeczeństwo Wietnamczycy martwią się o przyszłość, bo wielu nie jest ludźmi majętnymi. Dlatego zanim polski rząd pomyślał o tarczy antykryzysowej i wsparciu pracujących, społeczność wietnamska zdecydowała, że stworzy z dobrowolnych składek fundusz pomocowy.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 13/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy