Zanim przyszli aniołowie

Zanim przyszli aniołowie

Ledwo uszła z życiem, gdy syn próbował ją zabić. Dziś boi się, że on wróci

Opowiada Danuta Ł., 71 lat, wykształcenie średnie, emerytka:
– Syn mieszkał ze mną do 1985 roku, to jest do ukończenia liceum, a następnie podjął studia we Wrocławiu. Przebywał tam przez dwa lata, po czym zawarł związek małżeński i wrócił do Opola. Zamieszkał w innej dzielnicy. Po ukończeniu studiów syn otworzył przewód doktorancki, nie pracował i był na moim utrzymaniu, czasem finansował go też ojciec, czyli mój mąż. W tym czasie mąż wyprowadził się z domu, a przed trzema laty zmarł. W 1992 roku w następstwie nieporozumień małżeńskich syn powrócił do mnie. Niedługo potem rozwiódł się z żoną. Mój chłopiec lubił życie towarzyskie. Wychowaniem jego dziecka, które teraz ma dziesięć lat, zajmowała się synowa. Syn rzadko bywał w domu. W zasadzie przychodził tylko w porze posiłków i na noc.
W grudniu 1994 r. wyjechałam do sanatorium. Po powrocie okazało się, że syn wprowadził do mieszkania dwóch lokatorów, a moje rzeczy wyniósł na strych. Powiedział tym mężczyznom, że mnie już nie ma. Znaczy: umarłam. Ponieważ nie mogłam wejść do własnego domu, musiałam wezwać policję. Lokatorzy zapłacili czynsz za dwa miesiące z góry, więc nie dało się ich usunąć z mieszkania, mimo że pod moją nieobecność zrobili w nim melinę. Po wyjściu policjantów syn powiedział, że mam się wynieść, a jeśli będę się stawiać, to moja głowa zostanie na progu. Byłam przerażona, bo wcześniej nigdy tak się do mnie nie odzywał. Pomyślałam, że może jest pod wpływem narkotyków…
Mówi Cezary Ł., syn Danuty, 34 lata, wykształcenie wyższe, nie pracujący:
– Moja matka od trzech lat jest śmiertelnie chora. Ona wkrótce umrze, bo jej wewnętrzne organy są już niedrożne. Przyczyną takiego stanu jest choroba jej duszy, która przerzuciła się na ciało.
Danuta Ł.:
– Syn wielokrotnie wyrzucał mnie z mieszkania, groził, że wsadzi mi nóż w gardło, żądał pieniędzy. Jak szłam poskarżyć się na komisariat, to policjanci wprowadzali mnie do mieszkania, pouczali syna i na tym się kończyło. Bałam się mieszkać z nim pod jednym dachem, więc przez pół roku przebywałam u siostry. W tym czasie dałam mu tylko raz pieniądze, bo mówił, że przymiera głodem.
Kiedy wróciłam do swojego domu, syn bił mnie często, a policjantom tłumaczył, że kłamię, ponieważ jestem chora na umyśle. W końcu został aresztowany na cztery miesiące, jednak psychiatrzy uznali, że nie ma podstaw do jego ubezwłasnowolnienia, gdyż nic mu nie dolega. Jak wyszedł w październiku 1997 roku, to na pewien czas się odmienił. Nie opuszczał domu, nikt go nie odwiedzał. Leżał całymi dniami na wersalce i patrzył w telewizor. Tak było przez dwanaście miesięcy. Potem znów zaczął mnie wyzywać i wyrzucać z mieszkania, podstawiał mi nogę, poszturchiwał. W końcu oznajmił, że jest bogiem i ma nade mną władzę zwierzchnią, więc powinnam się stosować do wszystkich jego poleceń…
Cezary Ł.:
– W moją matkę na skutek tragicznych przeżyć z młodości wstąpił zły duch, który ją wykańczał. Miałem do wyboru albo patrzeć, jak matka umiera i pozwolić na to, albo uleczyć jej ciało poprzez usunięcie chorej krwi.
Danuta Ł:
– Od pięciu miesięcy nie pozwalał mi wejść do pokoju, w którym stał telewizor. Sam natomiast prowadził rozmowy z osobami z telewizora, krytykował każde ich słowo, krzyczał na nich, wymyślał nawet papieżowi. Doszłam do wniosku, że mój syn ma objawy poważnej choroby psychicznej. Byłam w tej sprawie u doktor K., która stwierdziła, że nie można nic zrobić, dopóki syn nie wyrazi zgody na leczenie. Powiedziałam mu, że powinien pójść do lekarza, lecz mnie wyśmiał i oznajmił, że to ja jestem wariatką, a poza tym niedługo mnie opuści, bo wyjeżdża za granicę.

Wcześniej przygotował druty

6 lipca 1999 r. Danuta Ł. była przez cały dzień na działce. Gdy wróciła do domu po godzinie dwudziestej, zastała zaryglowane zamki. Przez uchylone okno rozbrzmiewała z mieszkania głośna muzyka. Kobieta długo się dobijała, wreszcie syn otworzył drzwi. Stał przed nią zupełnie nagi. Kazał matce iść do swojego pokoju, następnie przekręcił klucz w zamku i zasunął kotary. Pchnął ją na tapczan. Jedną ręką chwycił nożyczki, drugą druty, którymi matka dziergała swetry, żeby dorobić do renty.
Z zeznań Cezarego Ł., oskarżonego o usiłowanie zabójstwa Danuty Ł.:
“Złą krew z mojej matki mogłem usunąć poprzez naruszenie ciągłości jej ciała, aby krew miała ujście. W tym celu przygotowałem druty do robótek ręcznych. Wyczyściłem je, żeby nie doszło do zakażenia i zrobiłem matce jedno nakłucie na prawej ręce. Jeśli matka ma jeszcze inne rany, to powstały one samoistnie w wyniku rozstąpienia się skóry. Nożyczkami zamierzałem obciąć jej kitkę włosów, ale były tak zlepione, że miałem z tym trudności i być może przypadkowo ukłułem ją też w głowę”.
Z protokołu przesłuchania Danuty Ł. na oddziale szpitalnym:
“Kłuł mnie drutami po plecach i po głowie. Wołałam głośno o pomoc. Wtedy zatkał mi dłonią usta. Krzyczał, żebym stuliła pysk, bo mnie zabije. Trzymając za włosy, uderzał moją głową o ścianę. Chwilami traciłam przytomność. Wrzeszczał, że jest bogiem, który dał mi życie, więc ma prawo mnie zabić, tak samo jak moją rodzinę i sąsiadów. Moje ubrania i zegarek wyrzucił przez okno, po czym znów mnie kłuł drutami. Trwało to chyba z godzinę. W pewnej chwili powiedział, że idą po niego aniołowie. Kazał mi cicho leżeć i nie odzywać się. Ktoś pukał do drzwi, więc syn pobiegł do drugiego pokoju, tego bliżej wyjścia i powiedział, żeby się wynosili, bo nikomu nie otworzy. Zdołałam podnieść się i podejść do okna. Zobaczyłam na ulicy policjantów świecących latarkami. Dawałam im znaki, że potrzebuję pomocy. Wtedy syn złapał mnie za nogi i przewrócił na podłogę. W tej samej chwili policjanci wyważyli drzwi do mieszkania. Gdy skrępowali syna, powiedział im, że mają go natychmiast uwolnić, ponieważ wszystko to zrobił z miłości do mnie”.
Cezary Ł.:
– Rzeczy matki jako niepotrzebne i związane z nieczystością spakowałem i chciałem wyrzucić, ale nie zdążyłem, bo policja mi przeszkodziła. Mama była zadowolona z tego, co robię, śmiała się, jednak przez sąsiadów, którzy wezwali policję, cała operacja nie zakończyła się pomyślnie. Mimo to uważam, że moja matka została już oczyszczona.

Cudem uniknęła śmierci

Roman Wawrzynek, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Opolu, mówi, że Danuta Ł. cudem uniknęła śmierci. Wezwani przez sąsiadów policjanci nie chcieli bowiem wchodzić do mieszkania. Tłumaczyli się, że nie mogą naruszać prywatności lokatorów. Przystąpili do akcji dopiero wtedy, gdy zobaczyli w oknie zakrwawioną staruszkę.
Cezarego Ł. poddano obserwacji psychiatrycznej. Lekarze rozpoznali u niego schizofrenię paranoidalną. Został oskarżony o usiłowanie zabójstwa matki, ale po stwierdzeniu niepoczytalności sprawcy prokurator wystąpił do sądu o umorzenie postępowania. Sąd Okręgowy w Opolu przychylił się do wniosku i orzekł wobec Cezarego Ł. izolację w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym. Jeśli kiedyś lekarze uznają, że jest już zdrowy – wyjdzie na wolność.
Dwa lata przed tą tragedią, gdy zastraszona matka szukała pomocy, psychiatrzy zaświadczyli, że jej syn nie stanowi dla nikogo zagrożenia. Dlatego staruszka trzęsie się, gdy teraz słyszy pukanie do drzwi swojego mieszkania.
Przed rozprawą Cezary Ł. nie chciał przeczytać akt śledztwa. Oświadczył, że bez względu na to, co się w nich znajduje, on nie poczuwa się do winy. Bogowie mają przecież czyste sumienie.

 

Wydanie: 20/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy