Zapiski redaktora naczelnego

Zapiski redaktora naczelnego

„Gazeta Krakowska” nie była ani radziecką, ani niemiecką własnością, ale dziennikiem wydawanym przez polskiego właściciela

Przypadło mi kierować „Gazetą Krakowską” – obolałą po „czystkach” dokonanych w czasie weryfikacji dziennikarzy na początku 1982 r., zawiedzioną w swoich marzeniach o wolnym słowie, żyjącą nadal legendą lat 1980-1981, niepotrafiącą odnaleźć się w nowej, zmienionej rzeczywistości. I niemogącą zrozumieć, że tak już w dziejach zawsze bywa, iż czas wielkich politycznych uniesień kiedyś się kończy, a po nim przychodzi mniej atrakcyjna codzienność. (…)
Podziały w zespole „Gazety” odpowiadały istniejącym w całym społeczeństwie. Jedna grupa z aprobatą przyjęła wprowadzenie stanu wojennego i wszystkie restrykcje z niego wynikające, druga – ci, co myśleli inaczej, a ocaleli po czystkach weryfikacyjnych – nie uzewnętrzniając z rozlicznych zapewne powodów swoich poglądów – pozostała w redakcji. Ten dychotomiczny podział, nie odpowiadając rzeczywistości – byli przecież i tacy, którzy nie angażowali się po żadnej ze stron konfliktu – jaskrawo jednak prezentuje pat, jaki miał miejsce w zespole. Nie mogły go przełamać osoby znajdujące się w swoim czasie w aktywnej opozycji do polityki redakcyjnej Macieja Szumowskiego: Janusz Hańderek, Zbigniew Lampart, Wojciech Machnicki, Tomasz Ordyk i Brunon Rajca. W wielu wypowiedziach i tekstach wyrażana była bardzo krytyczna opinia o tych dziennikarzach jako „zdyskredytowanych” czy też „skompromitowanych” itp. Nie mam żadnych osobistych powodów, aby ich bronić, jeżeli jednak podjęli próbę sprzeciwu wobec polityki redakcyjnej Szumowskiego, to mieli do tego przecież prawo, licząc się zapewne, w tamtym układzie, z możliwymi restrykcjami. W sumie świadczy to również dobrze o Maćku, iż taka próba w ogóle była możliwa. Natomiast fakt ich występowania na łamach „Gazety” w czasie stanu wojennego rozumiem, gdyż takie mieli przekonania. (…)

1 LUTEGO 1983 ROKU zostałem, jak to się wtedy mówiło, „wprowadzony” do „Gazety”. O godzinie 10.00 rozpoczęło się posiedzenie kolegium redakcyjnego, w którym uczestniczyli m.in. Franciszek Dąbrowski – sekretarz ds. propagandy KK PZPR, i Czesław Rowiński – zastępca kierownika Wydziału Propagandy KC PZPR. Kiedy, po wstępnych informacjach o zmianie redaktora naczelnego, zabrałem głos, pamiętam to jak dziś, rozpocząłem od oświadczenia, iż nie przyszedłem tu po to, aby „z okrwawionym toporkiem biegać po korytarzach i prowadzić tym sposobem politykę kadrową w redakcji”. Mówiłem jeszcze o konieczności wyjścia z kryzysu, w jakim znalazła się „Gazeta”, i o tym, iż liczę na współpracę wszystkich, całego zespołu, w dążeniu do sukcesu. (…)
Już na początku pojawiły się kłopoty. Brunon Rajca w pierwszych dniach mojej pracy zaproponował otwarcie w magazynie „Piątek”, którym kierował, nowej rubryki pt. „Koncert życzeń”, uzasadniając to chęcią zwiększenia poczytności „Gazety”. Wtedy, w nawale rozlicznych spraw, piknęło mi gdzieś w głowie czerwone światełko, wiedziałem bowiem jeszcze z okresu nadawania koncertów życzeń w nowosądeckim radiowęźle i z publikacji prasowych, że różne intencje kierowały składającymi życzenia w tych audycjach. Niestety, zbyt słabo piknęło. I rozpoczęliśmy drukować ten „koncert życzeń”, w którym, po kilku tygodniach, w wydaniu „Gazety” z 18 marca ukazał się następujący tekst: „Pan Adalbert Lezuraj – Kraków Warszawska 13/12. Z okazji urodzin spełnienia wszystkich marzeń – życzy Mama, Polcia i dołączają się Leszkowie z dziećmi”. Powyższe należało odczytać: „Wojciech Jaruzelski, Warszawa, 13 grudnia, matka Polska, Lech Wałęsa z Solidarnością”. Niewiele osób odczytałoby ten tekst w sposób oczekiwany przez jego autora (autorów?), gdyby nie dodatkowa akcja telefoniczna (dzwoniono do redakcji, do Komitetu Krakowskiego i nie wiadomo jeszcze gdzie, informując o tym, co się w „Gazecie” ukazało), sprawy by nie było. A tak – to się zaczęło! Jedni nawoływali mnie do wzmożonej czujności, drudzy do bardziej wysilonej pracy, wreszcie trzeci dziwili się, że nie znam dobrze języka łacińskiego. Sprawa zaszła aż na posiedzenie egzekutywy KK PZPR w dniu 24 marca, na której musiałem się tłumaczyć.  (…) Sprawa na tym się nie zakończyła, musiałem bowiem jeszcze wysłać szczegółowe wyjaśnienie do Wydziału Propagandy KC (trzy strony tekstu). Wspominam o niej po to, by pokazać, jakie były nastroje w aparacie władzy i […] w ówczesnej opozycji. Nie znaleziono, bo znaleźć nie można było, a po prawdzie, po co było szukać autora tego dowcipu. Podawano później różne nazwiska spośród byłych dziennikarzy „GK”. Przeciw komu był wymierzony ten tekst: nielubianemu przez wielu Brunonowi Rajcy, przeciw mnie, przeciw stanowi wojennemu? Zapewne przeciw wszystkim po trochu. (…)

ZEBRANIA WSZYSTKICH PRACOWNIKÓW „Gazety” – nowość, którą wprowadziłem – miały miejsce raz w miesiącu. Na początku ich celem było przekazanie ważnych informacji oraz stworzenie okazji do podejmowania przez zainteresowanych istotnych dla nich kwestii. Zależało mi na tym, aby także tym sposobem tworzyć normalną atmosferę w zespole (…), budować „gazetową wspólnotę”. Później wzbogacone zostały o dodatkowy, niezwykle ważny z punktu widzenia warsztatu dziennikarskiego, punkt. Stałym ich gościem został, wtedy jeszcze doktor, Jerzy Bralczyk z Ośrodka Badań Prasoznawczych w Krakowie, który nasze gazetowe teksty omawiał i oceniał. Podczas jednego z takich spotkań zdarzyła się sytuacja, że nasz gość ostro skrytykował spory materiał, którego byłem autorem, ale podpisany był pseudonimem. W czasie pracy w „GK” teksty w imieniu redakcji podpisywałem „Redaktor naczelny”, ważne teksty autorskie imieniem i nazwiskiem, a wszystkie pozostałe, według mnie o mniejszym znaczeniu i wadze, pseudonimem „Zygmunt Tasjer” bądź skrótem „zt”. Wśród zebranych, znających autora tekstu, ocena Bralczyka wywołała co najmniej uśmieszki, natomiast po zebraniu jeden z członków kolegium zaproponował mi na serio likwidację tego rodzaju seminariów z kultury języka. Ja natomiast podszedłem do Jerzego Bralczyka, powiedziałem mu o moim autorstwie omówionego tekstu, posprzeczałem się w kilku kwestiach i podziękowałem za uwagi. Takie spotkania trwały do końca mojej pracy w „Gazecie”. (…)

MARGINALIZACJA bądź przemilczanie wielu istotnych treści i wydarzeń z Polski i świata oraz wybiórcze, a nawet tendencyjne ich przedstawianie, jest codzienną praktyką współczesnych polskich mass mediów. Z ich powszechnym ostracyzmem spotkała się bardzo dobrze napisana książka Marka Barańskiego „Nogi Pana Boga”, która w jednej z części przedstawiała nieznane powszechnie fakty dotyczące płk. Kuklińskiego, podważając stworzoną o nim legendę. Do skandali można zaliczyć wielokrotne telewizyjne transmisje z pożegnania zmarłego premiera Izraela Ariela Szarona, w czasie gdy odszedł premier polskiego rządu Zbigniew Messner, o którym to fakcie nie wspominano. „Gazeta Wyborcza” przynosząca z dnia na dzień na eksponowanych miejscach obszerne materiały na temat bliskich jej zmarłych, „już” po pięciu dniach na 23. stronie przypomniała Zbigniewa Messnera. Natomiast relacjonując uroczystości 90. rocznicy urodzin Wojciecha Jaruzelskiego, zarówno „Gazecie Wyborczej”, jak i całym polskim mediom jakoś „umknął” fakt, że Jubilat otrzymał niezwykle serdeczny list od byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych George’a Busha. Gwoli prawdy muszę dodać, że od bardzo wielu lat jestem czytelnikiem „Gazety Wyborczej”, znajdując w niej od czasu do czasu, głównie w sobotnio-niedzielnych wydaniach, materiały stojące na wysokim poziomie.
Pusty śmiech wywołuje natomiast slogan reklamowy TVN 24: „Cała prawda całą dobę”. Z internetu: do słynnej triady ks. Tischnera (prawda, tysz prawda, gówno prawda) doszła jeszcze „prawda według TVN”. Starsi słuchacze przypomną sobie zapewne podobne hasło Radia Wolna Europa – „Nadajemy wiadomości dobre czy złe, ale zawsze prawdziwe”. W tym wypadku nie twierdzono przynajmniej, że przedstawiano wszystkie prawdziwe wiadomości. (…)

WARTO JESZCZE WSPOMNIEĆ o prestiżu zawodu dziennikarza w PRL i obecnie, co w sposób niepodlegający dyskusji prezentują wyniki badań przeprowadzonych przez CBOS. W rankingu 30 zawodów ze względu na poważanie społeczne, zawód dziennikarza znalazł się aktualnie na 21. pozycji, a wyprzedza go m.in. sprzątaczka, policjant i sprzedawca w sklepie. Według znormalizowanej średniej oceny prestiżu w 1975 i 1987 r., zawód ten miał 71 pkt, a w latach następnych coraz mniej, aż do 63 obecnie. Można się tylko pocieszać, że ostatnie miejsca w rankingu zajmują poseł na Sejm i działacz partii politycznej.
Na koniec jeszcze jedna ważąca różnica: „Gazeta Krakowska” nie była ani radziecką ani, jak obecnie, niemiecką własnością. Była dziennikiem wydawanym przez polskiego właściciela.

Tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Sławomira Tabkowskiego „Gazeta Krakowska” w antrakcie. Wspomnienia redaktora, „Śląsk”, Katowice 2014


Wspomnienia Sławomira J. Tabkowskiego to ciekawa cegiełka, którą autor dołożył do tej skomplikowanej budowli, jaką jest historia polskiej prasy. Wie, o czym pisze, bo był w samym centrum historycznych wydarzeń. I to nie jako statysta, ale kierownik Wydziału Propagandy KC PZPR, prezes RSW Prasa-Książka-Ruch i uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Ale wcześniej, bo w latach 1983-1988, autor był redaktorem naczelnym „Gazety Krakowskiej”. I to o niej jest we „Wspomnieniach” najwięcej. Tabkowski nie wybiela tamtych czasów, ale też ich nie gloryfikuje. Linią programową „Gazety” było iść „środkowym duktem”. I „Krakowska”, z Tabkowskim na czele, szła, budując sobie silną pozycję na rynku. Co było później, wiemy. Warto wrócić do tamtych czasów i spojrzeć na nie z perspektywy ocen autora.

Jed

Wydanie: 10/2015

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy