Zapobiegawcza śmierć gwiazdora

Zapobiegawcza śmierć gwiazdora

Fani słysząc jego śpiew, przytupują do rytmu i upewniają się, czy zabrali ze sobą prezerwatywę Freddie Mercury (1946-1991) Freddie Mercury, lider zespołu Queen, piątego września skończyłby 60 lat. Zmarł na AIDS 15 lat temu. Jego śmierć okazała się ważniejsza niż muzyka, którą tworzył. Stała się pierwszym globalnym ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem AIDS. Prawdopodobnie uratowała życie milionom młodych ludzi. Ostrzeżeń lekarzy nie posłuchaliby. Śmierć idola przekonała ich, że z AIDS nie ma żartów. Śmierć Freddiego zamknęła pionierski, chałupniczy etap profilaktyki wymierzonej w AIDS. Rockman zmarł dziesięć lat po tym, jak po raz pierwszy szerzej zaczęto mówić o tajemniczej chorobie, która początkowo siała spustoszenie tylko wśród gejów na Manhattanie. W 1981 r. „New York Times” opublikował artykuł „Rzadka postać raka stwierdzona u 41 homoseksualistów”. Pisma bulwarowe szybko nazwały chorobę „zarazą gejowską”. Ale pojawiły się i całkiem poważne ostrzeżenia. „Seks bez stosowania środków ostrożności dosłownie nas zabija”, przestrzegał w 1982 r. Bill Kraus, znany aktywista gejowski z San Francisco. A głośny konserwatywny prezenter amerykańskiej telewizji i autor przemówień Ronalda Reagana, Pat Buchanan, ogłaszał tryumfalnie: „Rewolucja seksualna zaczęła pożerać własne dzieci”. Dla naukowców AIDS pozostawał zagadką, a opinia publiczna była przekonana, że to wewnętrzna sprawa gejów. W amerykańskiej prasie pojawiły się nawet głosy, że należałoby ich odizolować w specjalnych gettach, gdzie ta choroba wymrze wraz z nosicielami. I wtedy właśnie gruchnęła wiadomość: gwiazdor filmowy Rock Hudson, idol milionów Amerykanek, przyznał, że jest chory na AIDS. Uprawiał seks z mężczyznami i nie zabezpieczył się. To był szok dla Ameryki i dla świata. Ale Hudson był w 1985 r. już tylko byłą gwiazdą. Prawdziwy przełom w świadomości milionów przyniosły dopiero choroba i śmierć aktualnej, globalnej gwiazdy – lidera zespołu Queen, będącego właśnie u szczytu powodzenia. To był przełom, choć Mercury do swej choroby przyznał się dopiero dzień przed śmiercią. Nic dziwnego. Ani sam zarażony muzyk, ani jego najbliżsi, ani branża muzyczna nie wiedzieli, jak się „ustawić” wobec mało znanej choroby. Freddie w odruchu obronnym zaprzeczał tak długo, jak się dało. Ale to jego choroba otworzyła ludziom na całym świecie oczy na nowe globalne niebezpieczeństwo. I dzięki temu milionom ludzi uratowała życie. Gwiazdor zaczyna gnić Przyjąć do wiadomości wyrok śmierci było tym trudniej, że AIDS dopadł Mercury’ego, kiedy Queen był u szczytu powodzenia. Gdy w 1986 r. wyruszał w tournée „Live Queen” – ostatnie, jak się miało okazać – zbudowano dla niego największą estradę, jaką znała historia rocka. A jedna godzina takiego show wymagała tyle prądu elektrycznego, ile 60-tysięczne miasto zużywa przez cały dzień. Sypał się rekord za rekordem. Grupa Queen stała się mistrzem nowej formy muzycznej – wideosingla. Stacje telewizyjne z MTV na czele nadają teraz teledyski z piosenkami zespołu, czyniąc z niego formację numer jeden na świecie. Finałowy koncert „Live Queen” w Knebworth Park to rekordowe 120 tys. sprzedanych biletów. I rekordowy w dziejach Wielkiej Brytanii korek samochodowy, który rozładowano dopiero o świcie następnego dnia. A Freddie bił rekordy nie tylko na estradzie, ale i po występach. Za finał urządził party w swoim stylu: naga hostessa w każdej windzie, seksowne dziewczyny, które usługują w toalecie panom, oraz przystojni blondyni, którzy asystują w łazience paniom. A do tego kokaina za 20 tys. funtów. Jednocześnie Freddie sztafetowo zmieniał kochanków i żadnego nie zostawiał bez prezentu np. w postaci luksusowego mercedesa. I właśnie w tym apogeum sukcesu, jesienią 1986 r. przez prasę przebiega wiadomość, że w jednej z londyńskich klinik Freddie poddał się testowi na obecność HIV. Wyników testu nie opublikowano, a muzyk komentował: „Czy wyglądam na chorego? Czuję się dobrze i jestem w doskonałej formie”. Sam jednak znał prawdę, z tym że ta prawda była w połowie lat 80 ogromnie nieprecyzyjna. Nie było wiadomo, czy AIDS zabija wszystkich, jak prędko, a nawet czy na pewno. Mercury przeczuwał jedynie, że ma mało czasu. Zakręcił się szybko wokół wspólnych nagrań ze śpiewaczką operową Montserrat Caballé, z którą wykonał piosenkę „Barcelona”, patetyczny

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2006, 36/2006

Kategorie: Kultura