Rumuńskie kino a sprawa polska

Rumuńskie kino a sprawa polska

Dlaczego film rumuński święci triumfy na festiwalach, a o nagrodach dla naszych reżyserów już zapomnieliśmy

Ostatnimi czasy film rumuński bryluje na europejskich salonach festiwalowych, seryjnie zdobywa nagrody w Cannes i w Berlinie, wzbudza podziw zachodnich koneserów oraz słabo tylko maskowaną zazdrość w Polsce i w Czechach. Zapomnieliśmy już, kiedy nagradzano nasze filmy na wielkich międzynarodowych imprezach filmowych, podobnie zresztą jak Czesi, fetowani w drugiej połowie lat 60.
A przecież mieliśmy aż dwie potężne fale artystycznego wzmożenia naszej kinematografii: to szkoła polska końca lat 50. i początku 60. oraz kino moralnego niepokoju z końca lat 70. i początku 80. W pierwszym okresie świat zachwyciły filmy Wajdy, Kawalerowicza, Munka, Różewicza i Kutza, w drugim – Holland, Kieślowskiego, Marczewskiego, Bajona, Kijowskiego, Bugajskiego i Domaradzkiego. Jak dziś na Rumunów, tak wtedy na Polaków spadał deszcz nagród festiwalowych. Interesujące byłoby wyjaśnienie powodów owych zmienności. Może wynikłyby z tego jakieś wskazówki dla naszego współczesnego kina?

Rumuńska nowa fala

Pretekst mamy niezły, bo do rozpowszechniania w sieci kin studyjnych została zakwalifikowana „Pozycja dziecka” w reżyserii Ca˘lina Petera Netzera (polska premiera z udziałem twórcy odbyła się 13 kwietnia na warszawskim festiwalu Wiosna Filmów) – film, który zdobył Złotego Niedźwiedzia i nagrodę FIPRESCI na MFF w Berlinie (2013 r.). Powód dobry także z tej przyczyny, że w konstrukcji dramaturgicznej „Pozycji dziecka” widać dość oczywiste składowe sukcesu, jest to przy okazji niejako witryna tej nowej rumuńskiej fali. I – co najważniejsze – są to właśnie te elementy, których nie dostaje polskiemu kinu. Film Netzera zaczyna się bowiem jak standardowa fabuła w dowolnym polskim filmie współczesnym – od krytyki postkomunistycznych układów, układzików i towarzyskich powiązań. 60-letnią Cornelię, kobietę, która osiągnęła sukces zawodowy, majętną, zadbaną i ustosunkowaną, poznajemy podczas rocznicowego przyjęcia, gdzie aż roi się od tzw. dobrego towarzystwa, z dyrektorami, ordynatorami i ministrami. Mąż tylko jakiś cichutki i syn nie przychodzi na urodziny mamusi. Szybko też się orientujemy, że mąż to pantoflarz, a 34-letni ukochany jedynak Barbu stara się uwolnić od nadopiekuńczej, zaborczej miłości Cornelii, która nie akceptuje jego małżeństwa z rozwódką z dzieckiem.
Jeszcze bardziej znajomy jest dalszy rozwój sytuacji. Barbu nieumyślnie powoduje wypadek, zabijając chłopczyka ze wsi pod Bukaresztem, na zaczynającej się tu autostradzie. Cornelia, jak lwica w obronie małych, rusza na pomoc synowi, wykorzystując wszystkie możliwe znajomości w klinikach badających krew sprawcy wypadku i w komendzie głównej policji, a nawet próbując nakłonić jedynego świadka do zmiany zeznań na korzyść syna. Układ działa, „malutcy” policjanci z lokalnego posterunku próbują zachować obiektywizm, ale widząc zmasowane naciski z góry, stopniowo ulegają, a jeden próbuje nawet – w ramach rewanżu? – wymóc na Cornelii pomoc w otrzymaniu pozwolenia na budowę domu, co ta z radością obiecuje.

Miejsce dla Czechowa

I teraz mamy clou programu, to właśnie, co tak korzystnie wyróżnia rumuńskie kino. Gdy w Polsce fabuła poszłaby w kierunku ujawniania tzw. układu i szukania jego politycznych korzeni w układach partyjnych (patrz filmy od „Psów” po „Układ zamknięty”), czyli w doraźną publicystykę polityczną, która jest poza Polską kompletnie nieczytelna, film rumuński skręca ku uniwersaliom. Rozpacz matki starającej się uratować dziecko przed więzieniem zderzona jest z rozpaczą rodziców ofiary, do których Cornelia jedzie na wieś z synem i synową, żeby przeprosić i przynajmniej zwrócić pieniądze za koszty pogrzebu. Tu zaczyna się prawdziwy Czechow. Rozpacz i ból istnienia, kiedy wiadomo, że tej tragedii nikt nie chciał, i jednocześnie świadomość, że chłopak nie powinien być na autostradzie, a Barbu nie powinien jechać za szybko.
Oczywiście nie zapominamy o misternej siatce samopomocy ludzi mogących więcej od reszty, ale to ma się dobrze nawet w sztandarowych demokracjach Zachodu, więc rumuński reżyser – w przeciwieństwie do naszych twórców – z tego powodu krzeseł nie łamie. Natomiast te wymuszone nadzwyczajną sytuacją dialogi matki z synem i z synową, kiedy autentyczna matczyna miłość do jedynaka okazuje się udręką, dojmującym bólem dla syna i jego żony, rzeczywiście przypominają rozmowy bohaterów „Trzech sióstr”, „Wujaszka Wani”, „Wiśniowego sadu”, kiedy ludzie cierpią, nie bardzo potrafiąc określić powody tego cierpienia. Być może tak jest ten świat urządzony, że niezależnie od systemów politycznych zawsze w nim będzie miejsce dla wujaszka Wani, cynicznie wykorzystującego go prof. Sieriebriakowa i bogu ducha winnej Soni, kojącej odrzucenie i samotność ciężką pracą i serdecznością wobec innych. W tym miejscu zaczyna się prawdziwa tragedia i prawdziwa sztuka.

Moc reżyserskich talentów

Dobrze o tym wiedzieli twórcy szkoły polskiej, gdzie prawie każdy film o pozorach politycznego rozrachunku z historią, zakłamaną przez komunistyczną propagandę, tajemniczą mocą reżyserskich talentów uzyskiwał epicki wymiar ponadczasowego dramatu. Na Zachodzie odczytywany był najczęściej w kategoriach dramatu egzystencjalnego. Także kino moralnego niepokoju, wbrew opiniom Zygmunta Kałużyńskiego, który widział w nim jedynie tanią publicystykę polityczną, wynoszoną przez Zachód pod niebo i nagradzaną za jej antykomunistyczny, antyreżimowy charakter, w rzeczywistości optowało za – zrozumiałym tu i tam – uniwersalnym prawem traktowania człowieka jako podmiotu historii. Jako integralnej, niezależnej osobowości w całej wielkości i małości człowieka jako indywiduum (porównajmy np. „Wodzireja” Falka, „Amatora” Kieślowskiego, „Aktorów prowincjonalnych”, „Kobietę samotną” Holland, „Dreszcze”, „Ucieczkę z kina Wolność” Marczewskiego albo „Wahadełko” Bajona). I ta szansa wyjścia poza doraźną publicystykę – moim zdaniem – stwarzała wygodne alibi dla werdyktów jurorów festiwalowych. A że był to przy okazji cios w marksistowski kolektywizm, klasową mądrość mas, w głośne poetyckie hasło z wiersza Majakowskiego o Leninie „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”… to już tylko kwestia rozłożenia akcentów.

Wydanie: 28/2013

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy