Zbrodnia u świętego Stanisława

Zbrodnia u świętego Stanisława

Kandydat na zakonnika zamordował proboszcza polskiej parafii w Cleveland

Ponury dramat wstrząsnął społecznością dzielnicy słowiańskiej w Cleveland (Ohio). Seminarzysta w habicie franciszkanina zastrzelił proboszcza parafii św. Stanisława, którą w 1999 r. odwiedził Lech Wałęsa.

Zabójca podpalił plebanię,

aby zatrzeć ślady. Potem pił piwo na obiedzie z wiernymi, podczas mszy udzielał komunii świętej i pocieszał zrozpaczonych.
68-letni William Gulas, proboszcz St. Stanislaus Church w Slavic Village, był naprawdę dobrym pasterzem, wzorowym kapłanem, przewodnikiem i opiekunem 1,5 tys. parafian, z których jedna trzecia mówi po polsku. Zanim w 1993 r. trafił do parafii w Cleveland, głosił Ewangelię w Wietnamie, Tajlandii, Laosie i na Filipinach. Kiedy objął probostwo w Cleveland, stanął przed ogromnym zadaniem.
Założona w 1873 r. dla polskiej społeczności katolików w Cleveland parafia św. Stanisława w latach 30. i 40. ubiegłego stulecia przeżywała czasy największej świetności. Skupiała wtedy 10 tys. rodzin, głównie robotniczych, zaś do katolickiej szkoły uczęszczało 2,6 tys. dzieci. Potem jednak narkotyki i przestępczość doprowadziły do rozpadu społecznych więzi, wielu parafian wyprowadziło się w bezpieczniejsze miejsca. Domy i sklepy stały puste, także pochodzący z 1891 r., wpisany na Narodową Listę Historycznych Zabytków USA kościół św. Stanisława niszczał w zastraszającym tempie. William Gulas z wielką energią przystąpił do dzieła. Udało mu się zebrać 1,5 mln dol. na kapitalny remont świątyni, a także 400 tys. dol. na spłatę długów parafii. Proboszcz rozumiał, że kościół powinien być nie tylko domem modlitwy, ale także ośrodkiem integracyjnym dzielnicy. Postanowił przywrócić parafii tę rolę, odwołując się do jej polskich korzeni. Nauczył się polskiego, aby dotrzeć do tych parafian, którzy wciąż nie znają angielskiego, odprawiał mszę w ojczystym języku papieża. Urządzał doroczne polskie święto, podczas którego podawano bigos, kiełbasę i smażone ziemniaki. Rozpoczął „Franciszkański Program Rozwoju Społeczności im. (Kazimierza) Pułaskiego” mający zintegrować okolicznych mieszkańców wokół Kościoła. Nakłaniał dawnych parafian do powrotu i kupna starych domów lub też nowych, wzniesionych przez parafię. Wierni, zachęceni przez swego proboszcza, doprowadzili do likwidacji miejscowego domu uciech. Wynajęli policjanta, który przez dwa tygodnie stał przy wejściu i odstraszał klientów. Potem budynek odkupiła parafia.
Ojciec William tchnął nowe życie w katolicką szkołę podstawową św. Stanisława, do której uczęszczało 300 uczniów, urządził salę koncertową. Adwokat Dennis Terez, wierny z parafii, bardzo dobrze ocenia działalność proboszcza: „Ojciec William był nie tylko filarem Kościoła, ale także pomostem między starą a młodą generacją”.
W 1999 r. proboszcz Gulas

podejmował w kościele św. Stanisława Lecha Wałęsę.

Były prezydent RP wygłosił wtedy przemówienie, w którym stwierdził, że Amerykanie powinni być dumni, ponieważ są dla Europy przykładem zgodnej współpracy różnych narodów. Niedawno ojciec William obchodził 40-lecie kapłaństwa. Wydawało się, że będzie pełnił swą misję jeszcze przez wiele lat. Niespodziewanie 7 grudnia w parafii wydarzyło się nieszczęście.
O godzinie 12.30 37-letni seminarzysta Daniel Montgomery, odbywający u proboszcza praktykę przed złożeniem ślubów zakonnych, zadzwonił pod numer alarmowy 911, zgłaszając pożar na plebanii. Kiedy przybyły samochody strażackie, z pękających okien pierwszego piętra budynku strzelały już jęzory ognia i dymu. Tam właśnie znajdował się gabinet ojca Gulasa. Gdy strażacy walczyli z ogniem, Montgomery opowiadał dziennikarzom i przerażonym parafianom: „Usiłowałem stłumić pożar gaśnicą, ale bez skutku. Nic nie mogłem zrobić – płomienie były zbyt wysokie. Nie słyszałem już proboszcza. Zapewne zaskoczył go ogień. Być może, była to awaria elektryczności, w biurze są komputery, papier też może się palić”.
Pół godziny później strażacy wynieśli z poważnie uszkodzonego budynku całkowicie zwęglone zwłoki ojca Williama.
Zgromadzeni ludzie płakali, niektórzy jednak zastanawiali się, jak to się stało i dlaczego kapłan nie uciekł przed pożarem.
Następnego dnia, w niedzielę, podczas mszy brat Dan – tak nazywany był Montgomery – pocieszał starsze Polki. Mówił: „Proboszcz był opiekuńczym człowiekiem pełnym miłości. Wszystkim w St. Stanislaus Church będzie go brakowało”. Kilka godzin później do wiernych dotarła przerażająca wiadomość. Sekcja zwłok wykazała, że ojciec Gulas nie zginął w wypadku, lecz padł ofiarą morderstwa. Sprawca uderzył go tępym narzędziem w głowę, a potem strzelił w pierś, a plebanię podpalił, aby usunąć ślady. Wszyscy myśleli, że było to zabójstwo na tle rabunkowym, ale prokurator William Mason z hrabstwa Cuyahoga miał inne podejrzenia. Zazwyczaj osoby dzwoniące pod numer alarmowy krzyczą w panice, tymczasem Daniel Montgomery powiedział beznamiętnie: „Chciałbym zgłosić pożar na plebanii St. Stanislaus położonej przy 3-6-4-9 East 65 Street, róg East 65 i Forman. Dziękuję bardzo”. Policjanci postanowili przyjrzeć się bliżej dziwnemu seminarzyście. Okazało się, że miał on wkrótce odejść z parafii. 28 listopada przełożeni prowincji franciszkańskiej w Chicago powiadomili go, że nie spełnia warunków wstąpienia do zakonu i powinien w ciągu dwóch tygodni wyprowadzić się z plebanii.
9 grudnia Daniel Montgomery został przesłuchany przez policję i przyznał się do winy.

Powiedział, że zabił kapłana,

gdy ten siedział za biurkiem w swym gabinecie. Prokuratorzy zastanawiają się, czy domagać się kary śmierci za tę zbrodnię. Przecież zabójca nigdy przedtem nie miał w ręku broni. Wychowanek katolickich szkół i absolwent Uniwersytetu Katolickiego w Waszyngtonie działał w ruchu pacyfistycznym, pracował dla chrześcijańskich organizacji charytatywnych na Brooklynie, pomagał bezdomnym, wychowankom sierocińców i chorym w szpitalach. W 1995 r. zapragnął wstąpić do zakonu franciszkanów i rozpoczął naukę w seminarium Catholic Theological Union w Chicago. Przełożeni uważali go za nieśmiałego, lecz bystrego ucznia. Była jednak pewna niepokojąca rzecz. Ojciec Tom Nairn, wykładowca seminarium, wspomina: „Brakowało mu emocji. Nic złego czy dobrego go nie wzruszało”. W lipcu ubiegłego roku Montgomery rozpoczął praktykę w parafii św. Stanisława, zamieszkał na plebanii. Jako „brat Dan” uczył dzieci w szkole i nosił habit franciszkanina, chociaż śluby zakonne miał złożyć dopiero latem 2003 r., jeśli jego posługa w parafii wypadłaby dobrze. Ale wierni dziwili się, że w przeciwieństwie do towarzyskiego, przyjaznego i pełnego humoru proboszcza nowy seminarzysta nie umie czy też nie chce nawiązywać kontaktów. Niektórzy próbowali z nim rozmawiać, ale nie wykazywał zbyt wielkiego zainteresowania.
Także ojciec Gulas doszedł do wniosku, że seminarzysta nie wpływa dobrze na atmosferę na plebanii. Kiedy jeszcze okazało się, że w szkole przeklina w obecności dzieci, proboszcz podzielił się swymi spostrzeżeniami z przełożonymi prowincji franciszkanów w Chicago. Ci podjęli decyzję, że Montgomery powinien pomyśleć o przyszłości poza zakonem. Ojciec domniemanego zabójcy, Joe Montgomery, mówi bezradnie: „Siedem lat nauki i frustracji, a kiedy wydawało mu się, że jest blisko, dowiedział się, że musi odejść z zakonu. Myślę, że ogarnęło go szaleństwo”. Adwokat podejrzanego zapowiedział, iż zamierza wykazać zaburzenia psychiczne swego klienta jako okoliczność łagodzącą.
Liczni wierni, przyjaciele oraz Jane Campbell, burmistrz Cleveland, czuwali przed kościołem, aby uczcić pamięć kochanego przez wszystkich kapłana. Przy ogrodzeniu plebanii zapalono znicze i złożono wśród kwiatów polskie oraz amerykańskie flagi. Dzieci przyniosły pluszowe misie i kartki z napisami: „Ojcze Willie, bądź szczęśliwy w niebie”.

Wydanie: 1/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy