Zbrodnia w każdym domu

Zbrodnia w każdym domu

Śledztwo bez schodzenia z roweru

W kwestii kryminalnej popeliny mamy już zauważalny dorobek. „Ojciec Mateusz” stanowi idealne stężenie cepelii. Rozgrywa się na sandomierskim rynku i w rzekomych przyległych dzielnicach. Przy jednej ulicy stoi w szeregu 20 dworków szlacheckich (jak z „Pana Tadeusza”), pobudowanych z 10 lat temu, podczas gdy wiadomo, że Sandomierz to miasteczko równie ponure i betonowe jak Stalowa Wola nie przymierzając. Ksiądz to niby ksiądz, a przecież nie dziwak, odludek, pijak czy onanista. Można? Można! Żyje w rodzinie, w dodatku wielopokoleniowej: gderliwa żona (dla niepoznaki zwana gospodynią), roztrzepana babcia rezydentka, jakiś szkolny dzieciak, do tego szwagier kryminalista. Wszystko jak „u ludzi”, tyle że pod dachem plebanii. No i ksiądz albo rozwiązuje zagadki, albo gra w szachy. Rzadko przy ołtarzu, z brewiarzem w dłoni, a już broń Boże w trakcie użerania się z bachorami podczas katechezy. Czyli duszpasterz w wersji light. To od biedy jeszcze można sobie wyobrazić. Ale kto w realu widział księdza na rowerze (nie mylić z roverem!)? Pedałującego w sutannie? Reszta się zgadza: policja składa się z miejscowych, upośledzonych w stopniu umiarkowanym. A jak klną! „A niech to gęś kopnie!” nie schodzi im z ust. Z każdym głupstwem lecą do proboszcza. Jak za czasów pańszczyźnianych. Ten zaś częstuje tępaków bezcennymi aforyzmami w stylu: „Nie wszystko w życiu da się przewidzieć”. Cóż, z serialu wynika, że w Sandomierskiem wprawdzie zaniechano już trójpolówki, ale umysły pozostały w stanie sprzed kolei żelaz­nej (linia od Skarżyska-Kamiennej do Tarnobrzega – 1887 r.). I niech tak pozostanie, bo każdy odcinek ogląda ok. 3 mln widzów. Nie budźmy ich!

A skoro zgadało się o Sandomierzu, wspomnijmy sandomierski film fabularny. „Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego i Borysa Lankosza miało zadęcie, że hej! Żydowskie mordy rytualne to nie zabójstwo dilera amfy. Przez setki lat taki instruktażowy obraz na całą ścianę (beczki nabijane gwoździami od wewnątrz, w nich chrześcijańskie dzieci rozrywane na strzępy, a dołem ścieka krew na macę) wisiał w tamtejszej katedrze. Nikomu nie przeszkadzało, aż ostatnio ktoś się doczepił. No to się obraz elegancko zasłoniło kotarą, a na wierzchu wywiesiło portret Jana Pawła. I wara! Reżyser mógł tę sandomierszczyznę wyobracać pod kątem: „chłop żywemu nie przepuści”. Zwłaszcza gdy ten nosi pejsy. Ale nie! Barwne mordy były tylko dla odwrócenia uwagi. Bo okazało się, że to tylko jeden pan był zazdrosny o puszczalską żonę. Całkiem jak w 387. odcinku „M jak miłość”. Litości!

Następna popelina z tradycjami. „Komisarz Alex” toczy się w Łodzi, ale Łódź niemal w nim nie występuje, jeśli nie liczyć kilku pokrytych świeżym tynkiem kamienic z Piotrkowskiej oraz okolic ekskluzywnej galerii Manufaktura. Bo kto by chciał w telewizji oglądać „miasto meneli”? Policjanci z wydziału kryminalnego zachowują się jak postacie z Niziurskiego, Siesickiej czy Bahdaja (choć o nich pewnie nie słyszeli). Jak już wstaną z betów, ogarną się, wyślą poranne SMS-y i zajrzą na Fejsa, to energii im starcza tylko na zabawę z psem Aleksem. Ale nie szkodzi. Zwierzak i tak jest bystrzejszy niż oni razem wzięci. Przestępcę wywącha, wytropi, a nawet aresztuje. Zupełnie jakby występował w radzieckim cyrku. Inna sprawa, że łódzka przestępczość jest tak w sam raz na bystrego owczarka niemieckiego. Jak robią skok na jubilera, to nie rififi, lecz włam na rympał. Więc jednak „miasto meneli”…

Popelina jest wieczna

Popelina jest kontynuowana, bo i widz serialowy jest niezniszczalny. Na ekranach pojawił się więc serial „Prokurator”. Scenariusz napisali „bracia Miłoszewscy”, więc od razu podkręciliśmy głośność. Zupełnie niepotrzebnie. Bo to mieszanka firmowa z wyrobów czekoladopodobnych. W centrum tytułowy prokurator. Na pierwszy rzut oka – doświadczenie i dystynkcja. Garniak skrojony pod figurę jak sosenka, worki pod oczami, ale nie od gorzały, lecz od nocnego ślęczenia nad aktami. Ale zaraz występują rysy na wizerunku. Bo elegant stołuje się w zaplutym barze mlecznym Bambino. Smakosz leniwych w marynarce od Zary? Kawę pija ze szklanki. Muzyki słucha z walkmana (na taśmy, które się ciągle wkręcają), filmy ogląda z kaset VHS, po godzinach układa puzzle. Od palenia odzwyczaja się jak kapitan Sowa z serialu Barei. Sprzeczności wyjaś­niają się niebawem – pan prokurator jest po prostu cofnięty. Pod każdym względem. Bo zagadki, które rozwiązuje, szybciej rozsupłałby dzielnicowy. I to by było tyle w kwestii „Prokuratora”, gdyby nie zabawne szczegóły. Ot, prokuratorowi, co to zawsze do podsądnych: ą, ę, ależ proszę, ależ dziękuję, trafił się podejrzany gej. I prokurator od razu wali do pedała na „ty”. Cóż, zapamiętał może z czasów akcji „Hiacynt”. W innym odcinku dzieciarnia zwiedza Muzeum Powstania Warszawskiego. Na którejś ekspozycji leży esesman wymiarów naturalnych z przestrzeloną głową. Nikt nie zwraca uwagi, bo nie takie fajerwerki tam pokazywali. Aż jedną nauczycielkę coś tknęło. Okazuje się, że to ofiara wczorajszej zbrodni, tyle że w historycznym przebraniu. Dyrekcja pewnie zaczęłaby coś podejrzewać, dopiero gdyby zwłoki zaczęły cuchnąć…

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 46/2015

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy