Bogowie mikrofonu

Bogowie mikrofonu

Ciągle porównuję dziennikarzy z lekarzami. Naprawdę, nieudolnie używanym mikrofonem, klawiaturą komputera, piórem można zabić

Prof. Janusz Adamowski – medioznawca, profesor nauk humanistycznych, dziekan Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiego Radia SA.

Zastanawiał się pan, co powoduje, że ludzie słuchają radia?

– Radio jest medium nieinwazyjnym, medium tła. Ono nie przeszkadza, a niektórym wręcz pomaga. To wielka zaleta, że w odróżnieniu od telewizji, wymagającej skupienia się, patrzenia na obraz, tutaj można wykonywać różne czynności.

I słuchać: w sklepie, w biurze, w korku, podczas prac polowych, budowlanych…

– Poza tym jest medium szybkim. Szybko przekazuje wiadomości, łatwiej skorzystać z radia niż z gazety, która ma swój cykl produkcyjny. Pogłoski o śmierci radia są więc na pewno mocno przesadzone. Za wcześnie otrąbiono ten koniec. Radio po prostu się zmieniło. Już nie gada do wszystkich i do nikogo, tylko jest sformatowane. W rozmaity sposób – może być medium lokalnym, może być medium grającym określoną muzykę albo informacyjnym, użytecznym przy różnych okazjach.

Głosy, które przejdą do historii

Przepraszam, a Jedynka?

– Ona jest utrzymywana w tym formacie, w jakim do tej pory nadawała, ze względu na przyzwyczajenie słuchaczy i szacunek dla nich. Mnóstwo osób, przeważnie starszych, ma odbiornik radiowy na stałe ustawiony na tym paśmie. Tak jest np. z moją mamą, która innego radia nie słucha, ma ten swój odbiorniczek na stole i to jest Jedynka. Takich ludzi należy szanować, bo oni tworzą znaczną część audytorium. Choć dodam, że Jedynka powoli staje się medium dla nieco młodszych.

Trójka też ma takich wiernych słuchaczy.

– To inna generacja, pokolenie, które zaczynało słuchać radia w latach 60. i 70. Oni pozostaną Trójce wierni. Dla nich Piotr Kaczkowski przez lata był bogiem mikrofonu.

Nikt go nie widział.

– Poza nielicznymi.

A jednocześnie jest przez miliony Polaków kojarzony, szanowany.

– Tak! Ile przychodziło listów – do niego, do radia… Sam czytałem takie listy, w których pojawiało się określenie „głos”. On był głosem dla ludzi, magicznym, który uwodził.

Przenosił w zaczarowany świat.

– W radiu jest sporo głosów, które przejdą do historii. Tak jak kiedyś Bocheński był kultową postacią, tak teraz, myślę, na pewno zostaną zapamiętane głosy Tadeusza Sznuka i Wiesława Molaka.

Na czym ta magia głosu polega?

– To jest dar. Owszem, głos można doskonalić, ale pewne cechy są już nabyte. Nie wierzę w to, że głos można od zera wykształcić.

Ktoś mówi z głośniczka, a my zaczynamy mu ufać, dobrze w tym towarzystwie się czujemy.

– Takich ludzi w radiu publicznym jest sporo. W Trójce ma pan Marka Niedźwieckiego, Piotra Barona… To autorytety dla wielu ludzi.

A czy nie na tym właśnie polega filozofia dobrego radia, że budujemy autorytety i wierzymy, że potrafią one przytrzymać słuchacza?

– Myślę, że radio publiczne musi bazować na autorytetach. I musi dawać ofertę inną niż nadawca komercyjny. Ale to nie oznacza, że komercyjni nie mają autorytetów, głosów, wokół których gromadzi się publiczność. Mają! Znam wiele odejść z radia publicznego, za większe pieniądze, do RMF czy do Zetki.

Stawia pan tezę, że słuchacza w wielkim stopniu przyciąga osobowość dziennikarza.
– Tak! To dla mnie absolutnie pewne, że magnesem jest człowiek. Szukam przykładu… Odejście z Zetki do radia publicznego dziennikarza z jego „Dzwonię do pani/pana w bardzo nietypowej sprawie” – jest dla mnie oczywiste, że w ślad za nim do radia publicznego przyszli słuchacze. Przynajmniej spora ich część.
Na czym polega więź między dziennikarzem radiowym a jego słuchaczem? Ludzie przyzwyczajają się do głosu?
– Dziennikarz wypracowuje sobie pozycję autorytetu. Moja mama była przywiązana do Andrzeja Zalewskiego. On był dla niej autorytetem. To są tego typu przyzwyczajenia. Pamiętam z własnego dzieciństwa audycje, których słuchali dorośli. Były związane z nazwiskami bardzo konkretnych ludzi i z konkretnymi głosami.
Autorytet u słuchaczy buduje się długo, ale stracić go można bardzo szybko.
– Tak jak Jacek Kalabiński, który długo musiał pracować na odzyskanie zaufania. A wszystko przez nieprzemyślany udział w programie „Tu Jedynka”.
Nie tak dawno walczono o słuchacza muzyką, skeczami. Teraz okazuje się, że równie ważną, a może ważniejszą sprawą są w radiu autorytety.
– Osobowości w dużym stopniu są magnesem, który przyciąga. Oczywiście format muzyczny też. Jakiś pomysł… Ale siłą radia publicznego, instytucji o wiele stabilniejszej niż media komercyjne, gwarantującej dziennikarzom stabilność materialną i zawodową, jest to, że ma sporo dobrych nazwisk.
Czy radio stać na to, by ich utrzymywać?
– Póki jest abonament – stać.
Chyba największym zagrożeniem dla mediów publicznych są więc pieniądze, a raczej ich brak, i rewolucje kadrowe.
– Tego typu instytucja nie lubi rewolucyjnych posunięć. Ewolucja – tak! Jedni muszą drugich zastępować, odchodzą starsi dziennikarze… Ale tu też jest bardzo często relacja mistrz-uczeń. Młodzi, pracując u boku doświadczonego dziennikarza, wiele się uczą. Powinno to się odbywać na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji – że przychodzi jakaś ekipa i wycina, po czym wprowadza swoich.

Dziennikarz jak lekarz

Radio się zmienia. Jest sformatowane, są radia lokalne… Czy to nie spowoduje, że za chwilę zabraknie pieniędzy na utrzymywanie tych wszystkich formatów?
– Na pewno potrzebna jest świadomość, że jeśli mówimy o radiu publicznym, to nie przeżyje ono bez wsparcia społecznego, bez publicznych pieniędzy. Radio publiczne nie przeżyje, jeśli nie będzie miało zagwarantowanego źródła zasilania.
Abonamentu…
– Ludzie mylą podstawowe pojęcia – raz uważają, że abonament to opłata za świadczone usługi, innym razem, że to forma daniny publicznej, a teraz coraz częściej abonament rozumiany jest jako opłata audiowizualna. Czyli w ramach tej opłaty pieniądze powinny być płacone również przez nadawców komercyjnych. A w zamian radio publiczne i pewnie TVP powinny zrezygnować z reklam. Bo w mediach publicznych nie powinno być reklam, a przynajmniej nie tak wiele jak dziś. One odrzucają słuchaczy, telewidzów. Media publiczne nie mogą być finansowane przez pieniądze komercyjne. Muszą mieć główne źródło zasilania w postaci pieniędzy publicznych.
Dlaczego?
– Dlatego, że to im daje niezależność. Pieniądze nie mogą być państwowe, bo wtedy media będą uzależnione od państwa, czyli od tych, którzy państwem rządzą. Komercyjne też nie, bo wtedy grozi uzależnienie od głównych reklamodawców. To powinny być pieniądze publiczne, dzielone przez instytucję niezależną od władzy administracyjnej.
To ideał. Na razie ważniejsze jest, żeby byli tu dziennikarze, którzy potrafią realizować misję mediów publicznych.
– Niewątpliwie. Ważne, żeby mieć ludzi z kręgosłupem, czujących potrzebę rzetelnego wykonywania swoich zadań. Może jestem idealistą, ale ciągle uważam, że dziennikarstwo to zawód misyjny, nie takie czyste wyrobnictwo. Ciągle porównuję dziennikarzy z lekarzami. Naprawdę – nieudolnie używanym mikrofonem, klawiaturą komputera, piórem można zabić. I dlatego potrzebni są ludzie z wiedzą, z umiejętnościami, z głosem, z wyglądem, ale również z kręgosłupem.
Cha, cha, wszyscy się śmieją, że najbardziej połamane kręgosłupy to są w mediach publicznych.
– Moim zdaniem, niesłusznie. Oczywiście zdarzają się tu różne sporadyczne akcje, zwłaszcza po zmianach politycznych, wycinane są jedne ekipy i sprowadzane drugie. Na szczęście to nie są masowe zjawiska. Myślę, że dotyczą zazwyczaj kierownictw, które natychmiast obudowują się swoimi. Najwierniejszymi giermkami. Ale myślę, że ci dobrzy dziennikarze mogą się uchować.

Bój mediów o Polskę

Mówimy o nieuchronności formatowania…
– Proces formatowania jest nieuchronny. Nie da się już dzisiaj robić radia dla wszystkich, trzeba formatować, i to nie tylko pod względem wiekowym, ale także tematycznym. Z tego punktu widzenia proces cyfryzacji jest więc niesłychanie istotny, bo likwiduje barierę dobra rzadkiego – do tej pory w radiu analogowym największym problemem była ograniczona liczba częstotliwości. Cyfryzacja tę barierę likwiduje całkowicie. I można pójść w tym kierunku – ale to proces kosztowny. Dlatego kwestionowany przez wielu nadawców komercyjnych. Bardzo mocno opierają się oni temu procesowi, ponieważ wiedzą, że będą musieli wyłożyć spore pieniądze bez żadnej gwarancji polepszenia wyników ich słuchalności. Mało tego – może to nawet dać efekt odwrotny, ponieważ rynek się poszerzy.
Patrząc na wyniki słuchalności, jak pan ocenia – czy radio publiczne się broni?
– Takim progiem dla radia ogólnopolskiego, publicznego, jest 18-20% słuchalności. Dziś cała polska radiofonia publiczna to ok. 25% rynku. I myślę, że jest to bariera do utrzymania, a może nawet do pokonania, także w przypadku pomyślnego przeprowadzenia procesu cyfryzacji.
Cyfryzacja spowoduje, że ta część jeszcze się zmniejszy?
– Może się zmniejszyć, choć nie musi. To zależy, jak będą sformatowane programy. Oczywiście może nieco ubyć Jedynce czy Trójce. Ale otworzy się szansa dla Czwórki czy Dwójki, bo zwiększy się im zasięg, z 30% pokrycia terytorialnego do 100%, będą zatem mogły poprawić wyniki. Choć Dwójka jest specyficznym programem kultury bardzo wysokiej, więc jej wynik powyżej 1% byłby dla mnie wielkim zaskoczeniem… Ale zsumujmy! Proszę spojrzeć na telewizję, tam ten proces widać bardzo wyraźnie – kiedyś rządziły cztery wielkie kanały telewizyjne (publiczne Jedynka i Dwójka oraz TVN i Polsat). Razem miały powyżej 90% udziału w rynku oglądalności. A dzisiaj mają grubo poniżej 45%!
To jednak nie znaczy, że np. grupa Polsat tak wiele straciła…
– Nie straciła, bo trzeba zsumować wszystkie jej programy. Podobnie jest z telewizją publiczną – popatrzmy na wszystkie jej programy, te dobrze sformatowane. Z radiem też tak może być – że zaoferuje słuchaczom urozmaicony produkt i że kolejne propozycje, których rozwój teraz jest przyhamowany ze względu na brak pieniędzy (na razie są trzy kanały cyfrowe), pozwolą mu wyjść poza barierę 18-19%.

Publiczne czy prywatne?

Czym się różnią media publiczne od komercyjnych? Tym, że mają misję? A co to w ogóle jest?
– Misja zdefiniowana jest w ustawie o radiofonii i telewizji, notabene już starej, z grudnia 1992 r. Sądzę więc, że trzeba ją ciągle definiować na nowo, bo ona się zmienia. Media w latach 90. były zupełnie inne niż teraz. Ale na pewno podstawowa różnica polega na tym, że media publiczne biorą się do realizacji takich zadań, których komercyjne nie wezmą na swoje barki.
Media publiczne muszą więc czasami brać się do spraw kontrowersyjnych.
– Przynajmniej powinny.
Ale tego najbardziej się boją! Wolą iść środkiem, wtedy nikt się nie przyczepi.
– Media publiczne najbardziej boją się tego, że narażą się siłom politycznym. Dlatego są mediami środka. Dodajmy, że również bardzo starannie bada się w nich, ile razy kto występuje, ile czasu poświęca się tej czy innej partii politycznej. To potrzebne, bo co chwila pojawiają się różne oskarżenia.
Przecież nie częstotliwość występów decyduje o sukcesie danego polityka!
– To oczywiste.
Ale politycy tego nie wiedzą.
– Dając dowód elementarnego niezrozumienia, czym są środki masowego przekazu. To nieszczęście. Ludzie powinni wiedzieć, do czego służą media, i mieć świadomość, jak umiejętnie z nich korzystać.
Jaka będzie przyszłość mediów publicznych?
– Jestem pewien, że przetrwają. Mogą mieć różne momenty w swojej historii, potrzeba więc rozumnej polityki państwa wobec nich. Tam, gdzie taka polityka jest, te media kwitną. Szwecja, państwa skandynawskie mogą być tego przykładem. Natomiast jeśli media publiczne będą traktowane czysto utylitarnie, jako narzędzie politycznego nacisku na opinię publiczną – będzie źle.

Wydanie: 47/2015

Kategorie: Media

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy