Zbrodnia w każdym domu

Zbrodnia w każdym domu

Następny serial nazywa się pięknie „Uwikłani”, a powinien się nazywać zwyczajnie, po polsku: „Wrobieni”, ponieważ niemiecki format to historyjki o zwykłych ludziach, których ktoś brzydko wkręca. Ot, dyrektorowi warszawskiej agencji reklamowej trafił się skok w bok. Jakoś tam wytłumaczalny – on pracoholik, żona alkoholiczka, syn z padaczką. Niestety, w trakcie przygody dostał w łeb od nieznanych sprawców, jednego z nich podobno zabił i teraz go szantażują. Historyjka jak cię mogę, ale nie ona tu najważniejsza. Pilnujemy szczegółów. Bo format wprawdzie niemiecki (serial „In Gefahr”), ale na ekranie polnische wirtschaft. Jak dyrektor pozbywa się ciała, to razem z dokumentami i telefonem komórkowym. Żeby trup zaraz po znalezieniu doprowadził do niego jak po sznurku. No, ale czego wymagać od faceta, który klepie gotowce w rodzaju: „Czy ten koszmar się nigdy nie skończy?”, „Wszystko, w co do tej pory wierzyłem, okazało się jednym wielkim kłamstwem”. I tak w kółko. A syna żegna jak przedstawiciel handlowy: „Miłego dnia!”. Wniosek? Nie tylko nie obejrzał w życiu żadnego kryminału, ale i nie czytał niczego powyżej harlequina. To już bandyci zachowują się jak z Dostojewskiego. Zanim zażądają forsy za milczenie, pytają: „A gdzie sumienie?”. Zresztą serial napisany jest z wyraźnym zamiarem umoralniania klasy średniej. W kolejnym odcinku mecenas o nienagannym prowadzeniu łyknął podsuniętą mu przez sekretarkę „pigułkę gwałtu” i wylądował w jej łóżku. A ona się nawet potnie – jak to psychiczna – byle tylko zatrzymać go dla siebie. I znowu – mecenas nie odrobił lekcji. Nie obejrzał „Fatalnego zauroczenia” z Michaelem Douglasem i Glenn Close, a tam przedstawili historię identyczną, w skali 1:1. Co na to wszystko policja? Też nie nadąża. Gdy w zeznaniach pada tytuł kluczowego dla śledztwa filmowego klasyka „Gabinet doktora Caligari”, to policjant oczywiście przekręca go na „Gabinet doktora Kaliguli”. I szukaj wiatru w polu.

Vega. Długo nic. Potem przerwa. I wcale nic

No i opowieść z innej półki. Jak dla mnie – z najwyższej. „Służby specjalne” Patryka Vegi.

Tu dygresja, gdyż Vega – moim zdaniem, jako jedyny – „wyszedł z grupy”. Zawalczył w lidze międzynarodowej. Dlatego należy mu ustawić tło.

„Aż dziw, że nie wzorują się na zagranicznych”, chciałoby się powtórzyć za Maklakiewiczem z „Rejsu”. No bo weźmy takiego „Detektywa” (u nas na HBO). Tu nic nie jest oczywiste: policjant zabija z zimną krwią, mafioso okazuje się probierzem cnót. I tylko my, widzowie, o tym wiemy. Publiczność sali sądowej tradycyjnie uważa, że oskarżony jest winny, prokurator występuje w interesie publicznym, nie zaś z niskich pobudek osobistych, a sędzia to arbiter bez skazy. Ale jak już wiemy, to mamy „materiał do przemyślenia” (jak by powiedział Stirlitz). I on się łatwo nie odczepi.
Albo brytyjski „Upadek”. Od pierwszego odcinka wiadomo, kto jest seryjnym mordercą z Belfastu. Nie wiadomo tylko (aż!), jak faceta z problemami na styku mężczyzna-kobieta dopadnie agentka feministka. Oboje inteligentni i wyrafinowani.

O serialowym „Fargo” wspominamy z przyzwyczajenia, bo tej krzyżówki kryminału z czarną komedią, gdzie Biblia przeplata się ze śmietniskiem popkultury, posmakowaliśmy już w filmie braci Coen. Zgoda, u nas takie szpikowanie fabuły cytatami byłoby jak rzucanie grochem o ścianę. Aluzja ma to do siebie, że odsyła do czegoś, co widz usłyszał, obejrzał i przeczytał. A jak widz od lat nie czyta niczego poza etykietkami na butelkach?

No więc te „Służby specjalne” Vegi. Napisy ostrzegają, że to od lat 18, jak za PRL. Pewnie chodzi o to, że każdy odcinek otwiera fundamentalne pytanie: „Co jest, kurwa?”. Pytanie zadaje Janusz Chabior, aktor z oscarową facjatą (Steve Buscemi dałby się za taką pokroić), który wszystko, co mówi i robi, spóźnia średnio o trzy sekundy. Dzięki temu pozostaje cudownie odklejony. Od scenariusza, reżysera, śledztwa. Zwłaszcza że serial ma ambicje wyjaśnić hurtowo: FOZZ, fotosy z M.M., Art-B, szajbę Macierewicza, śmierć Blidy, stryczek Leppera… Pewnie doszliby tak do Smoleńska, ale odcinki się skończyły. A przecież pozostaje drugie tyle spraw nierozwiązanych. Lekarka sądowa ogląda nagie zwłoki w towarzystwie kolegów: „– Po co on się wieszał, jak miał taką pałę? – Moja żona mówi, że to nie ma znaczenia. – Bo nie ma. Byleby był długi i gruby”.

Agenci „ABWehry” kierują się zasadą: „Jak nie możesz ich pierdolnąć za coś, to stuknij ich za nic”. I są wyniki! Z tym że do takich poświęceń zdolni są tylko ludzie najbardziej oddani Rzeczypospolitej. Państwowcy. Bo zwykły glina ma w dupie: „Za osiem zeta na godzinę nie będę się narażał”. W nagrodę agenci biorą od losu drobne przyjemności. Jak panienka na imprezie zakładowej: „– O, przyszła ta »Grypa«. – Czemu »Grypa«? – Bo grypę każdy miał”. Albo wóda po godzinach w knajpie. Dopóki jej nie zabraknie, bo większość wypili już goście balu mistrzów sportu.

Z serialu wynikałoby, że cała III RP to jedna wielka emanacja służb. Każdy, kto coś w Polsce znaczy, jest byłym TW. Są na niego teczki i można go uruchomić, kiedy się chce i do czego się chce. A gawiedź myśli, że on tak sam z siebie… Tyle że Vega zaraz koryguje tę przenikliwą diagnozę: w Polsce nie rządzą służby – w Polsce rządzą bałagan z głupotą. A te mityczne haki? Są, pewnie, że są. Ale co z tego, skoro każdy ma haka na każdego?

I pomyśleć, że tak będzie do naszej usranej śmierci…

Foto: materiały prasowe TVP

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 46/2015

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy