Zepsuta przez powodzenie

Zepsuta przez powodzenie

Agnieszka Osiecka: Chłopcy leźli mi w ręce i dali się lepić jak plastelina

Dzienniki 1953

8 II 1953, niedziela
Jest mi wesoło, ale jednocześnie nie czuję się zadowolona z siebie. Jak figlarz, który nabroił, cieszy się swoim kawałem (czy kawałami), ale jednocześnie sumienie go gryzie i męczy niezdecydowane poczucie czegoś, co trzeba rozważyć i może zmienić. I robi rachunek sumienia czy też „przeprowadza samokrytykę” (to już tylko rzecz terminologii). Wróćmy w tym celu do Bukowiny:

Było mi tam dobrze, wesoło. Sama też byłam wesoła, a często i „rozbrykana” na wzór i podobieństwo swoich „braciszków”. Tych „braciszków” jednak zdarzało mi się od czasu do czasu ostro skrytykować – „w duchu” i „na piśmie” – za zbytnie rozbisurmanienie. Sama byłam zwolenniczką złotego umiaru w „wygłupach”, choć często nie umiałam tego zastosować. I tutaj koncentrowały się wszystkie, niepoważne zresztą, „zgrzyty” między nami: ja chciałam „rozrabiać” „w miarę”, a oni „na całego”.

Pewnego dnia chłopcy „dobrali się” do moich pseudoliterackich wypocin, czyli pamiętnika, przeczytali trochę uwag i obserwacji o sobie, no i – brnęli dalej. I dobrnęli do miejsca, gdzie była mowa w jakimś, pożal się Boże, „opisie przyrody”, o strumyku, który szemrał… Do dzisiaj, gdy o tym pomyślę, mam szczerą ochotę zamordować samą siebie: oto jest istota, która krytykuje dwóch uroczych łobuziaków za przesadę w ignorancji podstawowych zasad tzw. wychowania (co robią z maximum wdzięku), a która ma im do przeciwstawienia kompletną niedołężność intelektualną w postaci „szemrzących” opisów przyrody!! Podczas kiedy [!] ktoś z rozmachem rozrabia i śmieje się, ja piszę o „braku kultury” i o… „strumyku, który szemrze”. Czy to ma być może ta kultura?!! To byłaby jedna sprawa, którą mam sobie do zarzucenia. A morał z tego taki:

Skoro już mam takie brzydkie przyzwyczajenie jak pisanie pamiętnika, to niechże chociaż to „przyzwyczajenie” otrzymuje jakieś formy sensowniejsze niż „szemrzące strumyki” i „tajemniczy las”. Przecież nie odczuwam przyrody w tak idiotyczny sposób; wydaje mi się nawet, że odczuwam ją w sposób warty przelania na papier – niech więc ją tak właśnie „przelewam”. (…)

A teraz druga rzecz: będąc z Januszkami w Bukowinie, miałam czasem ogromną ochotę przystosować się do nich, być na tyle „w ich stylu”, abyśmy naprawdę czuli się kolegami (co jest zresztą, przy ich stosunku do dziewcząt, raczej niemożliwe). Dlatego też, widząc, jak lubię mówić o „swoich przeżyciach” i zagadnieniach „tego typu”, dawałam się chętnie wciągnąć do tego rodzaju rozmów i opowiadałam im czasem więcej, niż chcieli usłyszeć o moich, z wielkim humorem przez nich traktowanych, „miłościach”. Teraz dopiero wyobrażam sobie w pełni, jaka byłam wtedy śmieszna!! Taka „głupia szczerość”, według określenia Janka. I wreszcie trzeci z moich bukowińskich idiotyzmów, to fakt, że prawie przez cały czas byłam skłonna zadurzyć się w Janku. Niby miłość „jako taka” nie jest jeszcze wariactwem (najwyżej jednym ze stopni do wariactwa wiodących), ale w tym wypadku to naprawdę więcej niż śmiesznie: po pierwsze, dlatego że nie mam w ogóle najmniejszych „szans” u Janka („w ogóle” w tym wypadku znaczy, że gdybyśmy oboje znajdowali się w jakimś dziwacznym miejscu, gdzie byłabym jedną kobietą wśród tysięcy mężczyzn, to i tak Janek by tej „pokusie” nie uległ), po drugie, dlatego że Janek już obecnie interesuje się dziewuszką stokroć ode mnie „ponętniejszą” (taka „żwawa” Danusia z MDK), po trzecie wreszcie, nie chciałabym nigdy kochać takiego człowieka jak Janek. Nie lubię ludzi sentymentalnych i egzaltowanych, gdyż nie wierzę w szczerość ich uczuć, ale nie lubię również ludzi niewrażliwych, o bardzo zimnej krwi i silnie egoistycznych pobudkach postępowania – a do tego drugiego typu Janek należy. Nie mówię, że są to ludzie szczególnie źli lub ludzie szczególnie do zła skłonni, ale przeraża mnie ich mądrość życiowa, bezwzględność, siła wreszcie, z jaką posuwają się ku przodowi, rozpychając się łokciami i przewracając ckliwych i nudnych, zawsze „bitych” słabeuszy.

Tacy ludzie jak mój ojciec, Stach, no i Janek właśnie, ludzie, którzy są zawsze „górą” w walce o byt, są chyba („w każdym razie na razie”) niezbędni i nie wierzę w skuteczność (a nawet konieczność) jakiegoś apelowania do nich o względy dla człowieka w swym posuwaniu się naprzód, zarabianiu, robieniu kariery… Trudno – są i pewno długo jeszcze będą. Ale nie chciałabym kochać takiego człowieka. W y ł ą c z n i e takiego człowieka. A Janek jest właśnie takim bardzo typowym żelaznym jegomościem, który zrobi karierę, dobrze się ożeni, a kiedyś, w dzieciństwie – płakał tylko ze złości.

Moje długoletnie doświadczenie w niemodnej dziś dziedzinie „kochania się bez wzajemności” okazało się w tym wypadku bardzo korzystne, gdyż pozwoliło mi opanować moją „skłonność” w zarodku i pośmiać się z niej samej i z siebie. Takie to były elementy mego zachowania i samopoczucia, które podczas pobytu w Bukowinie psuły czasem jego beztroskę i wesołość i spowodowały, że o ile ja „nabyłam” tam praw do robienia uwag na temat rozpuszczenia Januszków, o tyle oni zdobyli tam podstawy do zdrowego „pośmiania się” ze mnie, razem z całym moim „zaszemranym” intelektem. Całe szczęście, że chociaż oni nie wiedzą o tym, jak niedaleka byłam od „zabujania się” po uszy w Janku. Dość, że ja wiem, nie podoba mi się to i potrafię się „właściwie do tego ustosunkować”. O! (…)

9 II 1953, poniedziałek
(…) A w ogóle, mimo to, że uchodzę za istotę o sporym powodzeniu, nie mam (według mnie) „szczęścia” do chłopców: kiedy w zeszłym roku o tej porze poznałam Januszka L[ichomskiego], „zakochałam się” w nim na pewien przeciąg [!] czasu, tak że zapomniałam o Jerzym, zerwałam (to było chyba najpoważniejsze nasze „zerwanie”) ze Stachem i byłam „w siódmym niebie”. Ponieważ jednak nasza sympatia zaczynała się i kończyła na tańcu, prędko się do tego przystosowałam i przyznam, że wcale nie zastanawiałam się, d l a c z e g o jest tak a nie inaczej. Kiedy niedawno Janusz wspomniał mi, że traktowałam go wówczas jako „fordansera”, poczułam się zdziwiona i dotknięta – jak to, ja przecież traktowałam go wówczas identycznie tak samo, jak on mnie. Gdzież tu miejsce na tego rodzaju nieporozumienie? No, ale mniejsza o to – nigdy chyba się nie dowiem, co Janusz wtedy o mnie myślał i co czuł. Fakt, że było mi cudownie młodo, szaleńczo. Sama nie wiem, jak się rozwiało – chyba po prostu dlatego, że skończyły się zabawy, a zaczął basen, obóz, „nawrót Stacha”, no a potem uczelnia i – imieniny Januszka z Marylką i moją wielką, jakże niesłuszną i nieuzasadnioną „rozpaczą” – „S m a k  G o r y c z y”. Oczywiście prędko wyperswadowałam sobie te wszystkie naiwności i pozostałam najnormalniejszą w świecie (tyle że trochę „postrzeloną”) koleżanką Janusza. Nie mam do niego ani cienia żalu o to, że „miał dość” osoby, która „traktowała go jak fordansera”, a sama za źle tańczy na to, aby on ją w taki sam sposób traktował. Sama tylko nie wiem, czy Janusz z kolei wie, że był okres czasu [!], kiedy „traktowałam” go „trochę” inaczej. Ale tego to już się nigdy nie dowiem.

Fakt faktem, że Janusza straciłam, a długa i męcząca Stachowa historia wreszcie się skończyła („tak zupełnie” to też nie, ale za skończoną c h c ę  j ą  u w a ż a ć), Waldek zabłysnął i zniknął – tak że jestem wolna, nieskrępowana i czasem jest mi z tym oszałamiająco dobrze i wygodnie. Takie dzikie, upajające uczucie swobody po Stachowych „więzach”. Tylko z drugiej strony to stwarza czasem takie nieprzyjemne sytuacje, kiedy, mając jednocześnie kupę kolegów, w poszukiwaniu „partnera” pozostaję „na lodzie”.

Tak prawdę powiedziawszy, to ten mój „lód” też nie jest pustynią, ale jakoś nikt z tych, którzy się tam znajdują, mi nie „odpowiada”.

Wiem, że dobrze mogłabym się bawić tylko z jednym z Januszków, a skoro to jest niemożliwe, na żadnych potańcach mi nie zależy i „kwita”.

Ojej, co ja zrobię?!! (…)

11 II 1953, środa
Jestem piecuszek. Jak kot siedzę przy kominku, czytam i jem słodycze, o ile posiadam „takowe”. Czytam zresztą same „bzdurki” – przyjemne powieści angielskie. Życie towarzyskie, umiarkowana satyra na snobizm, umiarkowany humor, umiarkowana atmosfera dyskretnej „angielskości”. Lubię przy tym odpoczywać.

Jednocześnie czytam „Napoleona” E. Ludwiga. Ciekawie ujęte, chociaż nie różni się tak znacznie od ujęcia Tarlego, mimo „burżuazyjnego” autora (taki „bardziej postępowy” „burżuj”). Zresztą o tym będę jeszcze pisała.

Najczęściej spędzam masę czasu poza domem: kiedyś szkoła, Dom Harcerza, trening; teraz – Uniwerek, trening… Zawsze jestem „zalatana”. Weszło mi to w krew i rzadko kiedy męczy, tym bardziej, że warunki w domu sprzyjają pełnemu odpoczynkowi po takim spędzonym „bardzo w tempie”. A jednak teraz z chęcią sobie ten tydzień przeleniuchuję. Czy jestem z siebie zadowolona? Hm, chyba nie. Ostatecznie taki wolny tydzień można by bardzo „produktywnie” spędzić, zapełniając sobie czas tak szczelnie, jak ja to lubię i potrafię: czytać dużo, rozumnie i planowo, pisać „trochę” bardziej z sensem niż w tej chwili, chodzić do teatru, a nawet do kina, też pisać o tym, utrzymywać jakieś kontakty towarzyskie poza „muszkieterami”… A ja nic – czasem nawet myśleć przestaję. To wszystko razem nie jest zresztą w najmniejszym stopniu uzasadnione: ani odrobina nauki przed egzaminami, ani tym bardziej Bukowina (!) nie mogły mnie zmęczyć. Nie jestem też na żadnym polu „załamana psychicznie”, zrezygnowana czy coś w tym rodzaju. Ot, po prostu zebrało mi się na leniuchowanie i popuściłam sobie cugli. Wiem, że zdarzyło mi się to już nie po raz pierwszy i na ogoł „dobrze mi to robi” – mam potem masę energii i fantastycznie świeży, chłonny łeb. A to ostatnie będzie mi, zdaje się, nareszcie potrzebne, skoro chcę ciągnąć nadal i dziennikarkę, i prawo: będą egzaminy całosemestralne i dwa potworne colloquia z historii powszechnej państwa i prawa i historii Polski. Ojej, ale znalazłam sobie temat!!! (…)

5 VI 1953, Ustka
(…) Usiłuję zejść głębiej w siebie samą, niż się to zazwyczaj czyni. Zastanawiam się, czy naprawdę wszystko, co robię, nastawione jest w ostatecznym efekcie na zaspokojenie własnej próżności. A jeżeli tak, to jak wygląda ta sprawa u innych ludzi. Przecież ostatecznie nawet poczucie własnego męczennictwa, jakiejś krzywdy ogromnej – też daje coś w rodzaju upojenia sobą. A co dopiero kiedy zjednuje „aplauz” współczesnych i pozwala spodziewać się go po potomnych.

Odkąd powiedziano mi, że jestem „zepsuta przez powodzenie”, usiłuję często analizować się pod tym kątem i doszukiwać się w tym przyczyn osłabnięcia wszelkich dążeń. Bo przecież ja właściwie n i e  d ą ż ę: upajam się teraźniejszością. Czytam nie tak, jakby tego wymagały moje marzenia na przyszłość, ale po prostu tak, jakbym jadła smakowite owoce. Obżeram się literaturą, czytam, co mi smakuje, myślę o tym, żyję tymi czasami – ot, bo znajduję w tym ogromną przyjemność. A nie dlatego, że „kariera literacka wymaga ogromnego przygotowania”. To samo z nauką – uczę się tego, co mi sprawia przyjemność, czyli historii, od czasu do czasu biologii i wszelkich rzeczy filozoficznych. Resztę robię, „aby zbyć” z kolektywem przed egzaminem. Dlaczego nie robię większych wysiłków – a no bo po co, kiedy przy minimum wysiłku osiągam już wszelkiego rodzaju sukcesiki. Pod tym względem uniwerek zdemoralizował mnie całkowicie: pierwszy raz w życiu postawiono mnie wobec tak małych wymagań. Mam niepiękny zwyczaj pracowania na część wymagań i nadrabiania reszty pustym błyszczeniem. Ale na U[niwersytecie] wymagania i rywalizacja były tak nędzne, że w ogóle przestałam się „wysilać” i „pracuję nad sobą” prawie tak, jakbym wcale nie była na uczelni, czyli po swojemu. Czy ja się uczę? Pewno, że tak. Ale uczę się tyle, ile mi się podoba, i tego, co mi się podoba. Czy oceniam to jako zły przejaw? Nie, bo mnie się dosyć mądrze podoba.

A co do spraw codziennych i głupich: Kiedyś bardzo mi zależało na tzw. powodzeniu. Jako smarkula, kiedy tylko zaczęłam wyrastać z czasów chłopakowato-urwisowatych, szalałam wprost z zazdrości, że dziewczynki (co prawda starsze ode mnie) bawią się, „chodzą” z chłopcami, a ja nie. Marzyłam o kawałku chłopaka, żeby z nim tańczyć i chodzić. Ot, gęsiątko, ale potem był Jerzy i przestało mi na tym wszystkim zależeć. Od tego czasu oczywiście sytuacja gwałtownie się zmieniła – chłopcy leźli mi w ręce i dali się lepić jak plastelina. „Zepsuta przez powodzenie” – mój Boże, a któż by się nie zepsuł, nie „znieczulił” na te sprawy, kiedy od tego czasu, od Jerzego, „miałam prawie każdego mężczyznę, zanim zdążyłam o tym pomyśleć”. Ja o tym sporo myślę. Przede wszystkim dlatego, że m.in. to właśnie nie pozwala mi się zakochać. I zastanawiam się nad przyczynami tego zjawiska. Moja przeciętna dosyć, chociaż niebrzydka buzia i obfite kształty nie są nimi na pewno. Jasne, że nie występowałoby ono, gdybym była potworem, ale też jedyną przyczyną „uroda” moja być nie może – inaczej wszystkie moje naprawdę ładne koleżanki musiałyby być wprost oblężone.

I myślę, że przyczyną najbardziej istotną jest właśnie ta obojętność, ta „zimna krew”, która pozwala mi zawsze utrzymać przewagę nad partnerem, poznać jego wyobrażenie o „kobiecie idealnej” (prawie każdy chłopak ma coś takiego, jeżeli nawet nieuzmysłowione, to w każdym razie ma), zabawić się w jej ucieleśnienie albo na odwrót – czarować i dobijać kontrastami. Sama czasami, pochłonięta swoją rolą, nie zdaję sobie sprawy z tego, jaki stopień mistrzostwa osiągnęłam w tej gierce i w jej rozmaitych odmianach.

„Wyrafinowana obojętność” brrr…

Taktyka starych kobieciarzy. Hieronim de Fontaine…

Muszę trafić na kogoś, kto też umie ujarzmiać. Gdzie są tacy ludzie?! Przede wszystkim nie tu, gdzie przebywam – na dziennikarce. W sporcie są – ale mają do dyspozycji tylko ciało. A za mało intelektu. A jeżeli intelekt, to tak jak u Waldka – mocny, stalowy i z o r g a n i z o w a n y. Artyści są pod tym względem rozkoszni; ale nie ci pozujący w stylu Jasia Malarzyny, ale tacy trochę inni – mający szanse u kobiet i nieźle (ciekawie) w głowie. Takich nie znam. I w ogóle nie znam nikogo, kto by był na pewnym poziomie intelekt[ualnym] (jednak nauczyłam się tego wymagać) i kto by umiał ujarzmiać kobiety. Kogoś, z kim byłabym na remis.

Czasem silnie odczuwam potrzebę miłości, ale tylko czasem. I to też raczej tak jakoś pośrednio: ktoś, z kimś się migdali, albo nawet ja sama to „uprawiam”, i wtedy przychodzi mi na myśl: „Ach, gdyby tak pokochać i znajdować w tym prawdziwą, głęboką radość, a nie ledwo przyjemność albo nawet niesmak i znudzenie”. Bo jak do tej pory każda przydługa randka doprowadza mnie do wściekłości. Stachowi mówiłam w oczy, że mam go dość, bo lubię go rzadko i w małych porcjach.

A jednak chciałabym pokochać. Bo coraz bardziej skłonna jestem uwierzyć, że wszystko to mam już poza sobą, i że, „popsuta przez powodzenie” widzę już w miłości tylko odarte z całego czaru migdalenie się. Albo nawet oparte na głębokich przesłankach współżycie, którego rozkoszy j a nie jestem w stanie zakosztować, bo dla m n i e nie jest rozkoszą.

Stach, Jurata – czy to było szczęście? Nie, a tak bardzo c h c i a ł a m.

[dokończenie tematu podjętego kilka akapitów wcześniej:]

Ta sytuacja (to „powodzenie”) wywołuje u mnie jeszcze jedno, obok „wyrafinowanej obojętności” zjawisko: zaczynam „szalenie” zwracać uwagę na tych nielicznych, którzy nie ulegli moim „wdziękom”. I wtedy wmawiam sobie, że „to właśnie ten”, tego pokocham. I nagle dostaję bzika na punkcie gościa, którego jedynym atutem, jak to już kiedyś zauważyłam, jest, że ma mnie w d… I jak tu w tym gąszczu zjawisk i ludzi znaleźć „prawdziwą miłość”?!

Zapiski pochodzą z książki Agnieszki Osieckiej, Dzienniki 1953, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017

Wydanie: 28/2017

Kategorie: Książki
Tagi: dzienniki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy