Zgruzowana pamięć

Zgruzowana pamięć

Po radzieckiej bazie został tylko dziki sad, kilka bloków z powybijanymi szybami i ruiny

Kiedy budowano pałac dla gen. Friedricha von Paulusa, nikomu nie przyszło do głowy, że za kilka lat będą go burzyć, a na jego miejscu powstaną radzieckie koszary. W czasie gdy pałac jeszcze stał, miejscowość nazywała się Westwalenhof. Rosjanie, którzy przekształcili ją na bazę swoich wojsk w Polsce, nazwali ją Gródek. Stacjonowali na Pomorzu Zachodnim ponad pół wieku. Kiedy ostatnie kontyngenty wyruszających w nieznane rosyjskich żołnierzy wyjechały w 1992 r. z Polski, opustoszałe miasto oznaczono na mapach jako Kłomino. Jakby ten, kto przychodzi, chciał za każdym razem zmazać ślady poprzednika.
Dziś po miasteczku został tylko dziki sad i kilka bloków z powybijanymi szybami. Resztki dawnej szkoły. Jej dach zawalił się w tym roku. Żołnierska stołówka zamieniona w kupę kamieni. Znak przy wjeździe informuje o braku pokryw na studzienkach kanalizacyjnych. Nie warto zakładać nowych. Znowu ktoś zabierze. Drogę kładzioną jeszcze za Niemca rozkradli. Wystarczyło kilkanaście lat, żeby ostatecznie upokorzyć to miejsce kradzieżami. Nawet ośrodka dla uchodźców czy narkomanów już z niego nie będzie. Najpierw budynków pilnowało wojsko polskie, potem wynajęty stróż. Gdy z miasteczka zniknęło wszystko, co cenne, gmina Borne stróża odprawiła. Dla gminnych urzędników dewastacja Gródka to niewygodny temat. Teraz resztki tego, co zostało, zamieniane są w gruz. Skruszonymi cegłami z Kłomina utwardza się drogi w pobliskich lasach. Miasto powoli wsiąka w ziemię. Trochę lepiej niż budynki trzyma się pamięć. Ożywa w złotych obrączkach, które pozostawili po sobie Rosjanie. W Sypniewie i Ciosańcu każdy ma jakiś przedmiot przypominający niedawnych sąsiadów. Niechętnie jednak rozmawia się tu z obcymi o tamtych latach. Zupełnie jak o pierwszej, wstydliwej miłości.

Pianino oficera

– Złoty zegarek Zaria z wypukłym szkłem od nich kupiłam, wnuk się do dziś nim bawi – Alicja jak każdy z Sypniewa lubiła pohandlować z Rosjanami. Od nich miała pierwszy pierścionek, sygnety, na których wygrawerowała inicjały swoje i męża, latarkę i elektryczny samowar.
Najcenniejszy zakup był od rosyjskiego oficera: czarne pianino. Stoi w salonie, nieużywane od śmierci męża, kościelnego organisty. Oficer, który je sprzedał, gdy ich odwiedzał, często do pianina siadał. Grał, bo nie lubił wiele mówić. Czasem wyrwało mu się tylko: „Kto przeżył Afganistan, ten przeżyje wszystko”.
Towarzysko udzielała się za to jego żona. Rosjanki wszystkie były bardzo kontaktowe. Zresztą nie miały wiele do roboty. Nieliczne pracowały jako nauczycielki czy sklepowe. Pozostałe były towarzyszkami męża. Znudzone spacerowały po Gródku albo kilka razy dziennie chodziły do jedynego sklepu w miasteczku. Właśnie w nim najczęściej zawiązywano polsko-rosyjskie znajomości.
Luba, żona oficera, który sprzedał pianino, zaczepiła Alicję w kolejce. Od razu zaprosiła do domu. – Chodź ze mną – powiedziała po prostu. Nie było tam wiele: łóżko, jakiś stolik, na ścianie przybity barwny dywan.
Obrus, na którym Luba postawiła herbatę, przykryty gazetą „Prawda”, żeby się nie ubrudził. W innych mieszkaniach Alicja pamięta łóżka polowe i gazety zamiast firan. Oficerowie w każdej chwili mogli zostać przerzuceni do innej bazy. Nauczyli się nie przywiązywać do miejsc.
U Luby było przytulniej, jakby nie chciała się zgodzić na tymczasowość tego życia.
Rosjanki przyjeżdżały zwykle pół roku po mężu. Piękne były, więc na zabawach mężczyźni prosili je często do tańca. Ale Luba patrzyła wtedy na męża, jakby go wzrokiem pytała, czy iść. Potem odmawiała.
Mężczyzna to u nich car.
Jak się spotykały, lubiły pić samogon, Luba miała naprawdę dobrą rękę do niego. A jakie pielmienie gotowała. Alicja próbowała naśladować, ale nigdy nie podrobiła tamtego smaku.
Właśnie za smakami po Rosjanach najczęściej się tęskni w Sypniewie: mocne i zdecydowane. Co słodkie, to naprawdę słodkie, jak ogromne czekoladowe cukierki. Zapachu puszek z rybami Alicja też nie zapomni: soczyste, duże kawałki, zanurzone w oleju. Każda prawie litrowa. Oni zawsze mieli wszystko większe niż my. Kiedy kupowałeś w Gródku smalec czy masło, to sprzedawali ci w porcjach po 12 kilo.
Pamięta, jak w oficerskich oknach suszyły się na nitce ryby. Owinięte w gazetę przywozili je potem do knajpy w Sypniewie. „Zakanszali” przy wódce. Tego samego wieczoru często jeszcze do niej i męża któryś zaglądał. Kiedyś odwiedził ich dowódca rakietówki z takim politycznym z KGB, co miał na imię Iwan. Akurat kupiła na urodziny magnetofon synowi. Popijali, śpiewali wesoło, a ona nagrywała. Zanim wyszli, wszystko dokładnie skasowali.
Raz głupio poruszyła z pewnym oficerem temat wiary. Boga niet, odpowiedział. To było niedługo przed tym, jak w Sypniewie odbył się tajny chrzest. Mąż Alicji, kościelny organista, na co dzień pracował w geesie jako magazynier. Była tam knajpa, gdzie przychodzili Rosjanie. Jeden z nich obgadał po cichu z mężem sprawę chrztu. W ceremonii uczestniczyła tylko matka Ukrainka z kilkumiesięczną dziewczynką. Mała leżała cichutko w beciku, jakby wiedziała, że nie może zaszkodzić ojcu.
Najbardziej żal robiło się Alicji zwykłych żołnierzy. – Patrzyłam, że to dzieci na placu stoją. Do wojska brali osiemnastolatków.
Raz w Gródku batalion 200 takich biegł równo w pełnym uzbrojeniu. Przystanęła w cieniu drzewa. Tego dnia z nieba lał się żar. Za batalionem powoli jechała czarna wołga. W środku oficer z kierowcą. Nogi w oficerskich butach wystawił przez opuszczoną szybę, koszula cała porozpinana.
Ten sam parę dni wcześniej uderzył żołnierza mizerotę tylko za to, że tamten miał źle guzik zapięty. Widziała. Żołnierz nawet głosu nie wydał. Rosjanie to zahartowany naród.

Lepiej trzymać się z proporczykami

Szeregowi żołnierze mają zakaz opuszczania jednostki. Wyjeżdżają tylko, kiedy oficer bierze ich jako kierowców. Oficer zajdzie do Polaków, a żołnierz w samochodzie czeka po kilka godzin. Nawet jak ostra zima, zaproszenia do środka nie przyjmuje, bo nie może.
Pobory mu nie przysługują. Jedyny jego zarobek to handel wymienny. Przy tym jednak trzeba zaryzykować. Wynosi więc benzynę i puszki ze stołówki, potem zamienia na papierosy, porno karty, modne lusterka z nagimi kobietami czy jedzenie. Czasem nawet tuszonki na tuszonki, aby był handel.
Pan Edmund z Sypniewa pukanie żołnierzy słyszał tylko nocą. Czasem od nich coś kupił, czasem nie, bo oszukać też potrafili, sprzedając nieświeże mięso. Na handlu z Rosjanami dwa domy sobie wybudował. Najlepiej było trzymać się z oficerami, zwanymi tu proporczyki. Mieli pensje po 5 tys. Z Rosji nawieźli złota i telewizorów, że niby dla siebie. Bardzo lubili się poznakomić, czyli zaprzyjaźnić.
Ponad 30 lat Edmund codziennie tam jeździł po pracy. Już od obiadu go nosi, w domu nie ma co robić. A tak pojedzie człowiek na trzy godziny. Porozmawia z jednym i drugim. Do sklepu wejdzie. Zapyta, czy ten, co właśnie z Sojuza przyjechał, ma coś do przehandlowania.
Dostanie się do Gródka zwykle nie stanowiło problemu. Mijając budkę strażników, wystarczyło powołać się na kogoś stamtąd. A jak ktoś się dobrze zakręcił, to przepustkę sobie załatwił. Trudniej było do Bornego, ale tam też się czasem handlowało.
Raz, już na początku lat 90., Edmund jedzie do Bornego ze znajomym Władkiem, właścicielem dużego zakładu krawieckiego. Kierowniczka sklepu, kiedy ich widzi, wyrzuca na zewnątrz kilku żołnierzy, którzy dla zabicia czasu oglądają czapki i pagony. Zasłania okna. Edmund i Władek wypijają z grubymi sprzedawczyniami dwie butelki wódki. Picie na początek interesu służyło rozładowaniu napięcia po obu stronach. Kiedy już się rozluźnili, kierowniczka wyjrzała na zewnątrz. Ostro krzyknęła na przechodzących koło sklepu dwóch żołnierzy, żeby załadowali towar. Bez szemrania belek z tkaniną do żuka nanosili.
Szeregowcy na poligonie byli wtedy w hierarchii niżej od sprzedawczyni. Stres, poniżanie i przeciążenie organizmu ćwiczeniami kończyły się co jakiś czas spektakularną ucieczką. Poznać, że uciekł żołnierz, można było po wzmożonych patrolach na drogach. Nie zawsze takiego żołnierza ściągnęli z powrotem. Czasem uciekinier był szybszy. Zanim go złapali, zdążył popełnić samobójstwo.

Zniknęli w jedną noc

Wiosną ’68 do Gródka czołgi jadą, jadą i przestać nie mogą. Edmund widzi, jak ciągną je na wielkich transporterach. Najechało żołnierzy z Ukrainy i Białorusi. Wszędzie mówią, że na ćwiczenia. Rozstawili duży obóz z kinem i kantyną. Przez dwa miesiące Edmund pasł w okolicy krowy, więc sobie popatrzył na ich obozowe życie. Któregoś dnia przychodzi, a łąka już pusta. W jedną noc zniknęli.
Kiedy Edmund oglądał wgniecioną od namiotów trawę, żołnierze byli już w Czechosłowacji. Odlecieli nad ranem z wojskowego lotniska.
Kto się tego domyślił, nie dopytywał Ruskich. Polacy też wiedzieli, że są rzeczy, o których nie trzeba mówić. Za rozmowę o wojnie czy Stalinie groziłoby Rosjanom wydalenie.
– My sami nie wiedzieliśmy, co z tą polityką, to co mieliśmy ich pytać? – wzrusza ramionami Edmund. Prowadzili więc dialogi o koksie czy paliwie.
Z wybranymi osobami rozmawiało się też o świniach, ale cicho, bo przekręt był poważny.
– Ruscy mieli dużą świniarnię – Edmund nawet dziś, gdy o tym opowiada, nerwowo się rozgląda. – Chcieli zarobić, więc przywozili do Sypniewa podrośnięte świnie. Rolnicy na to miejsce dawali im prosiaka. Byle ilość sztuk się zgadzała. Oczywiście, dorzucali też pieniądze. Rosjanie odjeżdżali z prosiakiem, którego po cichu wpuszczali do stada. Obie wtajemniczone strony były zadowolone z tego interesu. Co innego kucharze w Gródku. Wciąż dyskutowali, dlaczego świnie tak źle rosną.
Rosjanie przyjeżdżali do Sypniewa nie tylko ubijać interesy. Przyciągały ich zachodnie filmy. W Gródku mimo dwóch kin był zakaz puszczania „Szczęk” czy „Wejścia smoka”. A tu można było Bruce’a Lee po kilka razy oglądać.
Z końcem lat 80. Edmund coraz rzadziej jeździł do Gródka. – Dużo Tadżyków i Kaukazów się wtedy pojawiło. Po wyjściu z Afganistanu przerzucono ich na odpoczynek do Polski. Nawet nie umieli mówić po rusku – wzdycha rozżalony. To byli głównie tacy cwaniacy, co nie warto z nimi gadać o interesach.
Ostatnie pół roku przed likwidacją bazy było pechowe dla Rosjan. Na zakręcie w Sypniewie dużo ich wtedy naginęło. Wszystko przez stare wołgi, które pozwolono im kupować. Wsiadanie po alkoholu do samochodu było normą. Najbardziej gubiła ich pewność siebie. Jak tego porucznika, co bojowe wozy w garażu ustawiał. „Jak jedziecie, towarzyszu! Bliżej, równiej… Do mnie, do mnie!”. Tak się pieklił, aż niedoświadczony kierowca, co chciał być posłuszny rozkazowi, wgniótł oficerskie ciało w ścianę hangaru.

Papugi w bazie rakietowej

Na początku lat 70., nieopodal drogi łączącej Sypniewo ze wsią Szwecja, zaczęła się w lesie budowa. Ogrodzili ją trzema liniami drutu. Nawet napis „ściśle tajne” nie był potrzebny. Raz Bronek Werner z Ciosańca zaplątał się na grzyby w tamtą okolicę. Za pierwszą warstwą zasieków rosły piękne kurki. Prawie go zastrzelili. Miał szczęście, że nie wszedł dalej. Skończyło się na milicji.
Strzeżone znacznie pilniej niż pobliski Gródek miejsce nazywało się Kolonia Brzeźnica. Potocznie mówiono jednak rakietówka. Co tam Rosjanie trzymali, do dziś nie wiadomo. Zostały silosy i puste bunkry, w których śpią nietoperze. Na ścianie jednego widać urwany przewód po liczniku Geigera. Niedawno spece od radioaktywności z Poznania zmierzyli w środku promieniowanie – było 0,5 ľSv/h. Chodziły też słuchy, że w Brzeźnicy rodzą się dzieci nie takie jak trzeba. Niewielu ich tam było. Może z 300 osób, co nie mogły się poznakomić, jak ci z Gródka. Czasem widziało się tylko, jak Rosjanki z krzaków na autobus do Wałcza wyskakiwały. Ryzykowały, bo miały zakaz opuszczania bazy. Dla kobiety zakupy jednak rzecz najwyższej wagi.
Pan Edmund, kiedy czasem o czwartej rano do roboty w polu jechał, widział, jak wracali z manewrów. Urządzali je tylko nocą. Samoloty wtedy dudniły.
Co jakiś czas od strony rakietówki widać było w Sypniewie dużą łunę. Szeptano, że to ćwiczenia chemiczne. Raz po serii takich łun bratanek sołtysa poszedł wypasać krowy dla ludzi ze wsi. Padło 20. Trzy jeszcze na poligonie, reszta kilka dni później. Wszystkie mleczne, najżerniejsze. Bratanek sołtysa dziesięć lat temu zmarł na raka, ale kto powie, czy od tego. Podobno oficerowie z rakietówki hodowali w każdym domu papugi. Jak zdychały, robili alarm. Coś się jednak ulatniać musiało, bo każdy oficer miał oczy, jakby cebulę tydzień obierał.
Krzysztof z Ciosańca, zwany Grubym, Kolonię Brzeźnica jeszcze przed samym wyjściem Rosjan zobaczył. Jeden znajomy pułkownik, nazwisko się wymazało, powiedział: Krzysiu, jak chcesz, to weźmiesz stamtąd niepotrzebne rzeczy.
Przejechali przez bramę wartowniczą ciągnikiem. Szyba jedna w budce strażnika zbita. W środku sosnowego lasu trzy bloki i dziesięć oficerskich domów stało. Nieopodal sad, jabłonka, bania. Gruby inaczej to sobie wyobrażał. Z bratem załadował na ciągnik wapna i żelastwa. Tyle tego było, że trzy razy dziennie nawracali po nowe. Aż polski major, co przyjechał, żeby objąć bazę, straszył: wami się specjalna grupa zajmie. Gruby przestraszony podszedł do Ruskiego. Do dziś nie zapomni, w jaki sposób oficer wtedy się uśmiechnął. „Ja tu rządzę jeszcze trzy dni. Oni sobie na razie mogą tylko zwiedzać”, poklepał Grubego po ramieniu.
Gruby Krzysiek z Ciosańca złego słowa na Rosjan nie powie. To byli najbliżsi sąsiedzi. Raz gazikiem major na ich podwórku zaparkował. Przedstawił się i wytłumaczył, że przyjechał w celu poznakomienia. Obok szopy leżało akurat drewno. Patrzą, a on rąbie je dla nich, żeby uczcić nowo zawartą przyjaźń. Za godzinę cała przyczepa tego była. Major często ich odwiedzał. Potem wysłali go do Afganistanu. Pół roku później żonę i dzieci stąd wywieźli. Chyba nie przeżył.
Ciągle się jakieś pamiątki po Ruskich znajduje. Choćby ta oszukana obrączka, co miała być złota. Do rana zrobiła się sina, bo z mosiądzu. Matka ją od jakiegoś szeregowca dla Krzyśka kupiła. Może przez to on wciąż kawaler? A bram ile postawionych w Ciosańcu z ruskiego materiału. W jednej ciągle sterczą dumnie czerwone gwiazdy. Po wsi koty mieszańce latają. Rosjanie przywozili takie ogromne syberyjskie z puszystymi ogonami. Można więc chyba powiedzieć, że najtrwalsza pamięć po Rosjanach w kocich genach została.

Czołgiem na zabawę

50 lat mężczyźni z Gródka cierpieli na deficyt kobiet w bazie. Zapoznawali je więc u sąsiadów z Polski. Dziś starsze już panie z Sypniewa i Ciosańca milczą o tym jak grób.
– Na szybki flirt nie było problemu – odpowie za nie Edmund. Oficerowie, podoficerowie czy cywile z Gródka mieli swobodę działania. Wystarczyła jedna zabawa w wiosce. A do Ciosańca potrafili przyjechać na nią nawet czołgami.
Wiedzieli, jak wrażenie odpowiednie zrobić. Jednak nawet niezobowiązujące romanse bywały niebezpieczne. 30-letni kinooperator z Sypniewa, jadąc wozem przez las, kulkę dostał. Skąd ona, nie wiadomo do dziś. Według oficjalnej wersji był to rykoszet. Są jednak tacy, co plotkują, że jego młoda żona romans z Rosjaninem miała.
Miłości trzeba więc tu było najbardziej unikać. Bywała niebezpieczna. Bo kto zakochany, ślubu chce. Władzy się to nie podoba. Co jeśli będzie chciał w Polsze zostać? Za dużo wie. Dlatego przezorna władza wysyła zakochanych oficerów do Rosji.
Tylko jeden z nich, płk Machajko, władzę ubiegł i wesele w Gródku wyprawił. Zaraz potem dostał skierowanie na Sachalin. Wiele lat po konfliktowych i odległych bazach się tułał. Odsłużyć musiał zakazaną miłość. Dopiero po rozpadzie ZSRR na emeryturę do Sypniewa z żoną wrócił. Tu zmarł. Pochowany jest na miejscowym cmentarzu.
Rok temu Edmund odbiera telefon. Dziewczyna, co ją tu matka w Sypniewie samotnie wychowywała, chce się spotkać i porozmawiać o ojcu. Ładna taka. Czarnula z kręconymi włosami. Teraz w Berlinie mieszka, gdzie zapoznała Gruzinki. Mówią jej: „Ty taka jesteś do naszych podobna”. Przyjechała odnaleźć ojca. Edmund kojarzy, że był tu w końcówce lat 70. taki Gruzin, co zarządzał kotłownią. Często rozmawiali w barze. Ale co dziś u niego, nie powie. Edmund nie wie nawet, jak miał na nazwisko. – Ja tam nazwisk unikałem. Lepsze były przezwiska. Jak ktoś np. w Czechosłowacji służył, wołaliśmy na niego Czech – uśmiecha się, chociaż dziewczyny żal. Z niczym do Berlina wróciła. I przez Rosjan szukała, też nie pomogli. Papiery podobno poginęły.
Według Edmunda to matki powinny zadbać, żeby zapisać adres i nazwisko. Ale niektórym było wtedy co innego w głowie. Jedna pani z Sypniewa zamiast alimentów zażyczyła sobie kolorowy telewizor. Dostała.

Specjaliści od niewybuchów

Kiedy Rosjanie wyjechali, miejscowi utrzymywali się z niewybuchów.
– Ruscy 50 lat je walili. Masę tego było – Gruby pamięta, jak ciągnikami przywozili je z poligonu, czasem uzbierało się dwie tony dziennie. Wtedy to wszystko leżało i mchem porastało. Dopiero teraz trzeba szukać pod ziemią.
Zbierało się od ósmej do szesnastej w miejscach, gdzie kiedyś ustawiano kulochwyty. Było z tego 400 zł dziennie na łebka.
Olaf z Ciosańca tłumaczy, że od dzieciństwa je zbierali. Każdy tu jest od niewybuchów specjalista. Wie, że jak nie pobudzisz tam, gdzie nie trzeba, nic się nie stanie. Chociaż raz gość nazbierał pocisków i trzymał je w stodole. Jeden eksplodował. Pół Ciosańca tu policji było. Inny rozbrajał pocisk. Wybuchł, kiedy trzymał go między nogami. Kurę na drobne kawałki rozerwało, poloneza mocno uszkodziło. Jemu, poza drobną raną na łydce, nic nie było. W szczecińskiej hucie też raz towar od nich bombnął. Zniszczył piec. Tak się dzieje, kiedy zapalnik niewykręcony. Ładunki szły w Ciosańcu nie tylko na użytek skupu.
Jeszcze dwa lata temu wysadzano nimi żeremia bobrze. Kiedyś znowu jezioro we wsi zamarzło. Jeden eksperymentator do przerębli na ryby ładunek włożył. Poszło na kilkanaście metrów w górę. Szyby sąsiadom powybijało.
W Sypniewie podobno było nawet kilka akcji CBŚ. Najpierw kręcili się tam Arabowie, szukali kontaktów do Ruskich. Po nich warszawiacy coś kupowali. Chyba skutecznie, bo wciąż wtedy wybuchało w Markach. Chłopaki z Nadarzyc przez taki handel w więzieniu siedzą. Sprzedawali dla mafii proch. Jednemu przy tej robocie pourywało ręce.
Olaf też miał wypadek z niewybuchami. Jest pracownikiem Zakładu Usług Leśnych. Samobieżną maszyną rozgarniał w lesie gałęzie. Huknęło. Potem zapadła cisza. Myślał, że stracił słuch. Pod kołem wybuchł pocisk moździerzowy. Rozerwało oponę za 12 tys. O tym wypadku pisali nawet w ogólnopolskiej gazecie. Kiedy poszedł ubezpieczyć się od niewybuchów, usłyszał, że nikt się tego nie podejmie.

Jabłek nie ma komu objeść

– Jak Ruski odjeżdżały, to płakały – wzdycha matka Grubego Krzysztofa. Dwóch żołnierzy u nich tydzień w domu koczowało. Spali na tej samej kanapie, na której siedzi teraz z synem. Nie wiedzieli, gdzie będą mieszkać w Rosji, bali się. Jeden z nich, Tadżyk, czarno-białe zdjęcie nawet zostawił. Jakby chciał tym gestem przekupić ich pamięć. Zdjęcie stojące na komodzie żyje tu z nimi 15 lat. Chłopak w wojskowym mundurze spogląda poważnie z dużej fotografii na rodzinę Grubego Krzysztofa.
W Bornem dużo zastrzelonych psów leżało. Nie mogli ich ze sobą zabrać, to zabijali, żeby zwierzę nie zostało samo. Większość dobytku wywozili na wysypisko. W tych śmieciach nawet projektor filmowy można było znaleźć. Wszyscy rzucili się na śmietnik po Ruskich czegoś się doszperać.
Alicja myślała, że nie wyjadą. Tylu ich tu było. Chodziło się tymi ślicznymi uliczkami. Większość budynków była jeszcze poniemiecka. Teraz strach ogarnia, jak się tam rowerem jedzie na grzyby. W okolicach miasteczka pełno jabłek rośnie, odmiany jeszcze przedwojenne. Nie ma Ruskich, nie ma komu objeść.
Pamięta, że zostawiono wszystko w dobrym stanie. Każdemu, kto ją spyta, powie, że Gródek rozkradli Polacy. Nawet przedwojenny elewator padł od polskiej chciwości. W okolicy mówią: „Elewator przeżył Hitlera, przeżył komunizm, a demokracji nie przeżył”. Rozbierali go nocą spece z Sypniewa. Najpierw poszedł jeden kraść, inni za nim. Całą noc jeździły te samochody. Tylko odbłysk urządzeń widać było.
Alicja wolałaby, żeby jednostka została, bo patrzeć nie można, jak miasteczko zapada się w ziemię. Najpierw ludzie myśleli, że coś z tego będzie. Pół roku pilnowała budynków polska jednostka. Potem stróż, który niezbyt się przykładał do pracy. Ludzie zobaczyli, że nic się nie dzieje, zaczęli rozkradać. Według Alicji żadna ochrona nie była potrzebna, ale nasze państwo rządzić nie umie. Wystarczyło do każdego bloku wprowadzić dwie, trzy rodziny z dziećmi. Mało takich? Czasem w jedynym nadającym się do użytku bloku gmina kogoś umieści, ale nawet najbiedniejsi nie chcą tu długo zostawać.
Edmund opowiada, że największą żyłą złota był kabel. Na poligonie szło to jak szachownica. Jeszcze Ruscy tu byli, a ludzie już kabel kradli. Traktorami się go wyciągało. W Kolonii Brzeźnica przez noc nawet 5 tys. mogli zarobić. Z metra mieli cztery kilogramy miedzi. Żeby uniknąć porażenia, najlepiej jest rozpalić z dwóch stron ognisko. Potem można bezpiecznie wyciągać przepalone przewody. W zeszłym roku kabel się skończył, więc chłopaki trafostację wykopali. Jeden przy tej operacji zrobił zwarcie. Przeżył. Serce mocne, ale dziury w nim zostały.
Edmund kilka lat nie był w Gródku. Dziś tam jedzie drogą, której prawie nie ma. Kostka cała już rozkradziona. A kostki było tutaj tysiące ton. Plac cały w kostce paulusowskiej, ręcznie łupanej. Kilometr w jedną stronę. Kilometr w drugą. Do jesieni stała tu kruszarka, co miele cegłę z niszczonych budynków. Powstały w ten sposób gruz usypuje się w hałdy na placu.
Czasem orzeł przeleci, bo lubi miejsca, gdzie nie ma ludzi. Na poligonie od kilku lat mieszkają też wilki.
– Tu była szkoła. Tu stołówka. Centrum dowodzenia poszło na zgruzowanie – Edmund oprowadza po terenie, którego już nie poznaje. Dachy pozapadane. Strach tam wchodzić. – Nie wierzyłem, że oni wyjdą. Naprawdę nie wierzyłem – powtarza. Pamięć trzyma się lepiej niż budynki, ale to już niedługo. Ci, co wspominają tamte czasy, często urywają wątki, zapominają nazwisk. A młodzi nie wiedzą nic. Patrzą w roztargnieniu na obrączki, samowary czy wytarty koc z wielbłąda w sypialni babci.
W tych kruchych przedmiotach kończy się wspólna historia Polaków i Rosjan z Gródka.

PS Imiona niektórych bohaterów na ich życzenie zostały zmienione.

Wydanie: 10/2009

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy