Zielona euforia

Zielona euforia

W eurowyborach partie rządzące CDU i SPD poniosły kolejną porażkę. A gdzie dwóch traci, tam zielony korzysta

Korespondencja z Berlina

Wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego okazały się kolejnym policzkiem dla Wielkiej Koalicji. Najsilniejsi wprawdzie pozostają chadecy (28,9%), ale w porównaniu z 2014 r. stracili 6,4%. Znacznie więcej powodów do zmartwień mają socjaldemokraci, na których zagłosowało zaledwie 15,8%, co plasuje ich na trzecim miejscu. Na domiar złego SPD straciła także swój regionalny bastion, jakim od 73 lat była Brema. W równocześnie przeprowadzanych wyborach lokalnych partia Andrei Nahles poniosła klęskę, zajmując drugą pozycję po CDU. Inna sprawa, że SPD przegrała w Bremie tylko o włos i porozumiewając się z Zielonymi i Lewicą, mimo porażki może jeszcze przedłużyć swoje rządy o kolejne cztery lata. Największymi wygranymi eurowyborów są bez wątpienia ponownie Zieloni, którzy z poparciem 20,5% wyborców znaleźli się na drugiej pozycji. Populistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) uzyskała 11%, a Die Linke i FDP odpowiednio 5,5% i 5,4%.

Roszady w SPD

Straty socjaldemokratów w Bremie (7,7 pkt proc. w porównaniu z 2015 r.) są nie tyle wynikiem kiepskich rządów lokalnej koalicji z Die Grünen, ile odzwierciedleniem pewnego ogólnokrajowego trendu, bo SPD od dawna traci poparcie. Tkwiąc latami w Wielkiej Koalicji, dała się sprowadzić do roli przystawki CDU i CSU. Stała się partią bezbarwną, niemogącą odzyskać lewicowego elektoratu. W prasie zaczęto wobec tego wieszczyć rychły kres SPD, jeśli Nahles nie poda się do dymisji. Niemieccy publicyści domagają się powrotu partii na drogę wytyczoną za czasów Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta.

„Najważniejsze pytanie brzmi teraz, czy szefowa partii i klubu parlamentarnego SPD się utrzyma. Pokusa, by nie czekać na to, że ją obalą, tylko wyjść z rządu, jest duża. Miałaby wtedy szansę na zachowanie przywództwa”, pisze dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, utrzymując, że poprzednik Nahles na fotelu szefa socjaldemokratów Martin Schulz i wicekanclerz Olaf Scholz depczą jej po piętach. Z drugiej strony dymisja Andrei Nahles może nie tylko rozsadzić rząd, ale i wyrządzić jeszcze większe szkody SPD. Zmiana kierownictwa krótko przed jesiennymi wyborami w Saksonii, Turyngii i Brandenburgii może odkleić plastry, którymi Nahles opatrzyła rany zadane jej partii przed odsunięciem Schulza. Tymczasem w najnowszym wydaniu tygodnika „Der Spiegel” pojawiły się pogłoski, że były szef SPD przygotowuje wewnątrzpartyjny pucz, który może szybko się przeistoczyć w wojnę o władzę. Tyle że inny poprzednik Nahles, Sigmar Gabriel, niedawno rozwiał wątpliwości. „Jeśli państwo czytają o rzekomym puczu jeszcze przed jego rozpoczęciem, to najczęściej wcale nie będzie miał miejsca”, tłumaczył były wicekanclerz w programie „Anne Will”, jednocześnie zaznaczając, że Nahles ponosi pełną odpowiedzialność za marny wynik SPD.

Ale być może wcale nie dojdzie do zamachu stanu. Oburzenie kolegów i wyborców Nahles gasiła dotąd stwierdzeniem, że „odnowa potrzebuje swojego czasu”. Po eurowyborach i stracie w Bremie przewodnicząca SPD w połowie ubiegłego tygodnia sama zasygnalizowała, że na przyśpieszonej konwencji zrezygnuje przynajmniej ze stanowiska szefa klubu w Bundestagu. Możliwymi następcami byliby Martin Schulz bądź sekretarz generalny SPD Lars Klingbeil. Każdy z nich może wprowadzić do frakcji nową jakość bez zakłócania pracy Wielkiej Koalicji. „Wyniki ostatnich wyborów nie mogą pozostać bez konsekwencji”, przekonuje Klingbeil.

Kolejnym zagrożeniem dla partii są wewnętrzne wojenki o podział politycznych konfitur. Miesiąc temu szef młodzieżówki SPD Kevin Kühnert wywołał popłoch marzeniami o przezwyciężeniu błędów kapitalizmu dzięki upaństwowieniu prywatnych koncernów (pisaliśmy o tym w PRZEGLĄDZIE nr 21). Zdaniem wielu członków SPD wystąpienie 29-latka wcale nie przyciągnęło lewicowych wyborców, zadziałało raczej jak wyłom w murach obronnych, zachęcający do ataków. Jedno wydaje się pewne – zerwanie Wielkiej Koalicji może jeszcze pogłębić kryzys w SPD, choć także przyśpieszyć kolejne roszady w CDU. W nowych wyborach obie partie rządzące prawdopodobnie osiągnęłyby te same wyniki i ugrzęzły w podobnej stagnacji jak w 2017 r.

Słabnąca CDU

Wyniki eurowyborów powinny być więc również sygnałem alarmowym dla samych chadeków, mimo zwycięstwa w Bremie. Znamienne zresztą, że Angela Merkel od 26 maja uporczywie milczy. Kanclerka postanowiła kiedyś połknąć SPD (a przynajmniej jej program), a teraz jej następczyni Annegret Kramp-Karrenbauer (AKK) może się tym kąskiem udławić. Merkel długo zakładała, że niewiążącą się z ryzykiem drogą do maksymalizacji wyników wyborczych jest poszerzanie elektoratu w centrum przy równoczesnym spychaniu przeciwników do nisz. Przez kilkanaście lat zawdzięczała sukcesy głównie skonsumowaniu wszystkiego, co było na lewo od niej, osłabiając wprawdzie SPD, lecz oddalając się od swojego matecznika. Przesunięcie się od centrum ku lewej stronie dostarczyło tymczasem paliwa AfD, nawet jeśli wszystkie medialne burze urządzane przez populistów wciąż są mało skuteczne. „Sukces w Bremie nie może przysłonić faktu, że partia CDU jest wyjątkowo słaba. Także AKK będzie musiała się zmierzyć z zarzutami, że jest słabym przywódcą”, wróżyła „Süddeutsche Zeitung” dzień po wyborach.

Tydzień później okazało się, że były to słowa prorocze. Tyle że Kramp-Karrenbauer z problemami zmagała się właściwie już wcześniej. Echem odbił się w mediach film młodego vlogera Rezo, którym autor trafił w nastroje niezadowolonego elektoratu CDU. Na YouTubie 26-latek zżymał się na „kłamliwych polityków” oraz ich „jawną ignorancję i niekompetencję” w sprawach związanych ze zmianami klimatu. Reakcja AKK pokazała, że w ciągu zaledwie kilku miesięcy wszystkie jej narzędzia się stępiły. W odróżnieniu od poprzedniczki szefowa chadeków co prawda nie przyjęła strusiej taktyki, za to zagalopowała się w przeciwnym kierunku. Annegret Kramp-Karrenbauer stwierdziła, że przedwyborcza propaganda w internecie powinna mieć granice. Potem próbowała się z tego wycofać, ale jej słowa zostały już usłyszane i wpisały się w wizerunek CDU jako partii zakazów. Oburzeniu, zwłaszcza młodych Niemców, nie było końca. „Błędne decyzje polityków dotyczą nie tylko eksploatacji naszej planety, ale też emerytur, oświaty i globalnych niesprawiedliwości. Młodzież, która się temu sprzeciwia, nie powinna spotykać się z pogardą, ale raczej stanowić powód do dumy”, sądzi dziennikarka „Süddeutsche Zeitung” Constanze von Bullion. Z kolei redaktor naczelny portalu netzpolitik.org Markus Beckedahl uważa, że AKK w kilku zdaniach zapowiedziała ograniczenie wolności słowa w sieci.

Tajna broń Zielonych

Cała afera wokół vlogera Rezo oraz postępowanie polityków CDU w tej sprawie sprzyja ugruntowaniu poglądu, że zamykają oni uszy na pomstowanie młodych ludzi. Co gorsza, niewiedza względnie tendencja do bagatelizowania istotnych dla młodzieży tematów, takich jak internet i klimat, rozlewa się na wszystkie skrzydła partyjne. Rządzący klepią młodych wyborców po plecach, a potem przechodzą do porządku dziennego nad ich potrzebami, zniechęcając ich do polityki. Modelowym przykładem przemiany zatroskanego działacza w aroganckiego polityka ze skłonnościami do zamykania się we własnym świecie stał się ostatnio premier Nadrenii Północnej-Westfalii Armin Laschet. Wiceszef CDU w rozmowie z wiceszefową Zielonych Annaleną Baerbock potraktował ją niczym niesforną uczennicę, a jej argumenty na temat polityki klimatycznej tak poważnie jak reklamę szamponu. Co więcej, w przypływie szczerości Laschet dodał, że światowe manifestacje młodzieżowego ruchu klimatycznego Fridays for Future (Piątki dla Przyszłości) oraz przemówienia 16-letniej Szwedki Grety Thunberg są drugorzędne wobec palących problemów, np. brexitu. Baerbock jedynie się uśmiechnęła, ponieważ wie, że takie zachowanie jest wizerunkowym prezentem dla Zielonych. Znakomity wynik swojej partii 38-letnia liderka nazwała „sygnałem większej troski o ochronę klimatu”, a wysokonakładowy tabloid „Bild” zauważył, że jej sprytny marketing przekłada się na realną siłę. Kiedy Nahles i Kramp-Karrenbauer nie mają ani sił, ani pomysłu na kolejną ofensywę, charyzmatyczny przewodniczący Die Grünen Robert Habeck jeździ po kraju i spokojnie odpowiada na pytanie, kiedy wreszcie zostanie pierwszym zielonym kanclerzem Niemiec: „Czy ja wiem…”.

Habeck zrozumiał, dlaczego młodzi odrzucili oferty polityczne chadeków i socjaldemokratów. 49-letni polityk usiłuje aktywizować potencjał młodzieży, zamiast ją usypiać i dawać jej powody do nieufności. Chce także rozbudzać społeczny optymizm. Zieloni poszli z duchem czasu, stawiając na ekologię i udział w demonstracjach, np. Fridays for Future. „Nie można realizować społecznych przemian, nie ciesząc się zaufaniem młodych ludzi”, wyjaśnia Habeck i właśnie ta strategia odwróciła sondażowe trendy. Zresztą już o wiele wcześniej notowania wskazywały, że Zieloni znaleźli odpowiedzi na pytania elektoratu, coraz bardziej zirytowanego brakiem sukcesów Wielkiej Koalicji. Ponadto niemieccy wyborcy dostrzegli, że partia Die Grünen jest elastyczna i potrafi tworzyć koalicje niemal z wszystkimi ugrupowaniami – z chadekami, socjaldemokratami, liberałami, a nawet z postkomunistami. Przy czym Habeck bynajmniej nie siedzi okrakiem na barykadzie. Na każdym lokalnym rządzie z udziałem jego partii odciska się wyraźny ślad Zielonych, ze szczątkową choćby troską o środowisko.

A jednak, mimo wszelkich zasług Habecka, tajną bronią Die Grünen pozostaje nieodmiennie wiceszefowa Annalena Baerbock, która nie tylko zabezpiecza jego tyły w mediach, lecz także przyciąga nowych wyborców i członków, choćby we wschodnich krajach związkowych, gdzie Zieloni z reguły musieli się obawiać, czy przekroczą w ogóle próg wyborczy. Młoda liderka potrafi niekiedy uderzyć w chadecką strunę (np. gdy mówi o deportacji afrykańskich przestępców), wlewając zarazem otuchę w serca tradycyjnych wyborców SPD (np. kiedy domaga się zmian w niemieckiej polityce zbrojeniowej). Bodaj najtrafniej opisała jej partyjną funkcję była szefowa Zielonych Claudia Roth: „Annalena jest korzeniem naszego drzewa. Bez niej kwiatki Roberta Habecka szybko by zwiędły”.

Tak czy inaczej, w przyszłym rządzie federalnym nie będzie już traktowana jak niesforna uczennica.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 23/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy