Zimbabwe – tonący Titanic

Zimbabwe – tonący Titanic

Reżim Roberta Mugabe doprowadził kwitnące państwo do upadku

Zimbabwe pogrąża się w chaosie. 83-letni dyktator Robert Mugabe bezlitośnie prześladuje swych przeciwników i zamierza zostać prezydentem na kolejną kadencję. Krytykującym go zachodnim przywódcom poradził, aby poszli się powiesić.
Przywódca opozycyjnej partii Ruch na rzecz Demokratycznej Przemiany (MDC), Morgan Tsvangirai, został zatrzymany podczas wiecu i bezlitośnie pobity przez policję. Po dwóch dniach tortur przewieziono go do sądu – z pękniętą czaszką i złamaną ręką. Sędzia nakazał umieszczenie nieszczęśnika w szpitalu.
„Wkrótce przeciwnicy prezydenta Mugabe będą publicznie chłostani i zostawiani pod palącym słońcem na głównej ulicy w Harare”, przewiduje kenijski dziennik „The Nation”. Minister spraw zagranicznych, Simbarashe Mumbengegwi, wezwał dyplomatów innych państw i zagroził, że jeżeli nadal będą wspierać opozycję, zostaną wyrzuceni z kraju. Oburzony ambasador USA wyszedł z sali.
Sytuacja ekonomiczna Zimbabwe jest fatalna. Gospodarka kraju „zwija się” najszybciej na świecie. Od 1998 r. została zredukowana o 40%.

Tylko co piąty obywatel ma pracę.

85% społeczeństwa żyje w nędzy. Rząd nie dysponuje już środkami na opłacanie policjantów. Pozwolono więc stróżom prawa na łupienie ludności pod pozorem walki ze spekulantami. Za to budżet Central Intelligence Office (CIO), tajnej policji Roberta Mugabe, jest kilkakrotnie wyższy niż budżet Ministerstwa Zdrowia.
A przecież w „Domu Wodza” (tłumaczenie nazwy Zimbabwe) szaleje AIDS. Przewidywalna długość życia w 1990 r. wynosiła prawie 60 lat. Obecnie – tylko 34 lata. W szpitalach nie ma personelu, a w aptekach lekarstw. Ludziom zagląda w oczy głód. Brakuje podstawowych środków żywnościowych, takich jak zboże czy olej jadalny. Jeszcze kilkanaście lat temu gospodarka kraju prosperowała – Zimbabwe było spichlerzem Afryki.
Inflacja osiągnęła rekordowy w świecie poziom 1700% (dla porównania w drugiej na liście inflacyjnych rekordzistów Birmie pieniądz traci rocznie „tylko” 60% wartości).
Zdaniem ekspertów, pod koniec roku inflacja w Zimbabwe osiągnie 4000%. „Dziś litr benzyny kosztuje 12 tys. dol. (0,21 dol. USA według czarnorynkowego kursu). Wczoraj cena wynosiła 7,5 tys. dol. za litr, jutro będzie jeszcze wyższa”, żali się 25-letnia bibliotekarka Tafada z Harare. Kuku, 26-letni pracownik firmy telekomunikacyjnej, opowiada, że nikt już nie trzyma pieniędzy w banku, gdzie natychmiast tracą wartość. Każdy usiłuje wydać je jak najszybciej, dopóki jeszcze są coś warte. „Jeśli nie kupisz towaru rano, wieczorem będzie dwa razy droższy”, mówi Kuku, który marzy o wyjeździe do Republiki Południowej Afryki, uważanej obecnie przez mieszkańców Zimbabwe za raj na ziemi. Kiedy pieniądze nie mają wartości, w kraju kwitnie handel wymienny. Bardzo pożądane są randy, „twarda” waluta RPA. Policja jednak nawet na nędznych targach i bazarach poluje na waluciarzy.
Prawie 3 mln obywateli (czyli jedna czwarta populacji) wyjechały już z kraju. Codziennie władze RPA odsyłają z Johannesburga tysiące nielegalnych imigrantów. Ale ludzie deportowani do swej ubogiej ojczyzny wkrótce próbują znowu przekroczyć granicę. Prezydent Zambii, Levy Mwanawasa, powiedział: „Zimbabwe przeżywa tak ostre trudności gospodarcze, że może być porównane do tonącego ťTitanicaŤ, którego pasażerowie skaczą do morza, aby ratować życie”.
Zimbabwe było kolonią brytyjską o nazwie Rodezja. W 1965 r. biali rasiści w Harare ogłosili niepodległość i przez lata bezlitośnie szykanowali i dyskryminowali czarnoskórych mieszkańców kraju. Reżim nie przebierał w środkach walcząc z wolnościową partyzantką.
Dopiero w 1980 r. powstało Zimbabwe, państwo gwarantujące równe prawa wszystkim obywatelom. Rozmowy pokojowe prowadzono za pośrednictwem brytyjskim w Lancaster House w Londynie. Ustalono m.in., że zostanie przyjęta konstytucja chroniąca prawa mniejszości, ziemię zaś należącą do białych farmerów rząd będzie mógł przejmować tylko na zasadach wykupu za zgodą właścicieli.
Po wyborach przywódcą Zimbabwe został Robert Mugabe, bohater wojny o wyzwolenie spod jarzma apartheidu, lider partii Zanu. Mugabe rządzi do dziś i nie myśli o oddaniu władzy. „W kulturze Zimbabwe królowie panują aż do śmierci, a Mugabe jest naszym królem”, oświadczył jeden z najbliższych współpracowników prezydenta, Didymus Mutasa.
Mugabe

brutalnie zapewniał sobie posłuch

w kraju. W 1982 r. wysłał 5. brygadę sił zbrojnych przeciwko rebeliantom z ludu Ndebele, wśród których było wielu dawnych weteranów wojny o niepodległość. Wyszkoleni w Korei Północnej żołnierze dokonali licznych masakr, których ofiarą padło podobno 25 tys. ludzi.
W latach 90. Zimbabwe wmieszało się w wojnę domową w Demokratycznej Republice Konga. Politycy partii rządzącej bogacili się na handlu kongijskimi diamentami, jednak interwencja wojskowa okazała się kosztowna. Pojawiły się pierwsze oznaki kryzysu ekonomicznego. W 1999 r. powstał Ruch na rzecz Demokratycznej Przemiany – ugrupowanie, które stało się poważnym zagrożeniem dla reżimu. Mugabe zrozumiał, że musi posłużyć się radykalnymi środkami, aby utrzymać władzę. Wiedział, że liczni weterani wojny o niepodległość są niezadowoleni z tego, że nie otrzymali dostatecznej nagrody za swe poświęcenie. Dyktator z Harare postanowił więc zyskać ich poparcie poprzez rewolucję agrarną. Polegała ona na przymusowym wywłaszczeniu białych farmerów, posiadaczy najlepszych ziem uprawnych i pastwisk w kraju. Nikt nie kwestionował konieczności reformy rolnej w Zimbabwe. Zdaniem wielu komentatorów, powinna ona jednak zostać przeprowadzona

w sposób cywilizowany,

a przynajmniej przemyślany i rozłożony w czasie. Komercyjnych farmerów jednak wypędzono szybko i brutalnie. Spośród 4,5 tys. białych posiadaczy ziemskich pozostało zaledwie 600. Tylko 120 farmerów otrzymało odszkodowania. Ci, którzy odwołali się do sądów, nie mogli liczyć na żadne rekompensaty.
Można oczywiście uznać wywłaszczenie białych obszarników za akt sprawiedliwości dziejowej, ale konsekwencje dla ekonomii kraju okazały się fatalne. Tysiące robotników rolnych straciło środki do życia. Weterani, którzy otrzymali ziemię, nie umieli gospodarować, nie dano im też odpowiednich środków na inwestycje. W rezultacie zbiory soi i tytoniu spadły o dwie trzecie, a pogłowie bydła – z 1,2 mln do 200 tys. sztuk. W bieżącym roku sytuację pogorszyły anomalie klimatyczne spowodowane prawdopodobnie przez ciepły prąd morski u wybrzeży Ameryki Południowej – El Niźo. Plony zapowiadają się mizernie.
W chaosie rewolucji agrarnej Mugabe postanowił stłamsić opozycję. W 2002 r. parlament w Harare wydał ustawę ograniczającą wolność mediów. Dyktator został ponownie wybrany na prezydenta w wyborach, w których policja i bandy weteranów terroryzowały opozycję. W odpowiedzi Unia Europejska i Stany Zjednoczone obłożyły Zimbabwe sankcjami. Dygnitarze z Harare nie mogą już wyjeżdżać na Zachód, a ich konta bankowe zostały zamrożone. W styczniu 2005 r. USA uznały Zimbabwe za jeden z sześciu światowych bastionów tyranii. Na Mugabe i jego pretorianach nie zrobiło to wielkiego wrażenia.
Tylko interwencja Republiki Południowej Afryki mogłaby zmusić reżim w Harare do ustępstw. Ale prezydent RPA, Thabo Mbeki, nie zamierza wystąpić przeciwko Mugabe, którego wciąż uważa za bohatera wojny z białymi ciemiężcami.
Tajna policja dyktatora z Harare sprawnie doprowadziła do rozłamu w MDC. Mugabe zarządził akcję likwidacji slamsów, jakoby w celu poprawy wyglądu wielkich miast. Slamsy uważane były jednak za gniazda opozycji. Kiedy zrównano już z ziemią nędzne chaty i szałasy,

700 tys. ludzi straciło dach nad głową.

Wielka emigracja osłabiła partię opozycyjną. Mugabe uznał, że może czuć się bezpiecznie.
Ale kryzys ekonomiczny kraju zaostrza się. Nieoczekiwanie Morgan Tsvangirai zdołał doprowadzić do pojednania w MDC. Przywódcy wszystkich frakcji opozycyjnej partii spotkali się 1 marca na połączonym z modlitwą wiecu. Zapewne to zjednoczenie opozycji doprowadziło władze do białej gorączki. Policja zatrzymała i skatowała Tsvangiraia i kilku jego zwolenników. Doszło do starć z demonstrantami, z których jeden zginął od policyjnych kul.
Komentatorzy zastanawiają się, czy reżim Mugabe przetrwa. Pewne zjawiska świadczą, że w rządzącej partii prezydent traci poparcie. Czołowi dygnitarze Zanu, Solomon Mujuru i Emmerson Mnangagwa, nie chcą już dłużej czekać na schedę po długowiecznym prezydencie. Uprzednio Mugabe potrafił ich ze sobą skłócić, ostatnio jednak potencjalni sukcesorzy „starego lwa” zaczynają ze sobą współpracować. Prezydent uprzednio zamierzał zmienić konstytucję, tak aby mógł rządzić bez przeprowadzania wyborów do 2010 r. W partii rządzącej podniosły się jednak głosy sprzeciwu i wybory odbędą się w konstytucyjnym terminie 2008 r. Sędziwy prezydent zamierza w nich wystartować.
Dla kraju byłoby jednak lepiej, gdyby odszedł na emeryturę. Komentatorzy podkreślają, że nie należy jeszcze spisywać Zimbabwe na straty. Infrastruktura, aczkolwiek osłabiona w wyniku ekonomicznej zapaści, wciąż istnieje. Pewne jest jednak, że tylko po odejściu dyktatora kraj będzie miał widoki na lepszą przyszłość.

 

Wydanie: 13/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy