Zjednoczeni w pomaganiu

Zjednoczeni w pomaganiu

W obliczu pandemii Polacy uruchamiają pokłady empatii i hojności

Bardzo proszę o pomoc łomżyńskiemu szpitalowi…”, „Szpital Uniwersytecki w Krakowie prosi…”, „Władze powiatu ostrowieckiego proszą mieszkańców powiatu o finansowe wsparcie…”. Na szpitale – a konkretnie na zakup respiratorów czy środków ochrony osobistej dla personelu medycznego – zbierają już chyba wszyscy. Ogólnopolskie zbiórki prowadzą największe portale pomocowe, m.in. Siepomaga.pl czy Zrzutka.pl, liczne lokalne skarbonki na rzecz konkretnych placówek założyli też użytkownicy Pomagam.pl oraz mediów społecznościowych. 20 mln zł na sprzęt medyczny do walki z koronawirusem przeznaczyła Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.

Wszystkie te akcje mają wesprzeć polski system ochrony zdrowia, który pozostaje w zapaści nawet bez pandemii. Polacy otworzyli jednak nie tylko portfele. Tysiące osób szyje maseczki, przynosi zakupy osobom w kwarantannie, kupuje posiłki personelowi medycznemu, wymienia się przydatnymi w kryzysie informacjami.

300 tys. darczyńców

– Nasza zbiórka to już ponad 19 mln zł (stan na 1 kwietnia). Cała kwota jest przeznaczona na wsparcie dla szpitali. Będziemy działać tak długo, aż starczy nam funduszy – przyłączyć może się każdy. Pomagamy pracownikom placówek medycznych, zaopatrując ich w sprzęt ochrony osobistej – mówi Monika Urban z Siepomaga.pl, gdzie zbiórka ruszyła już 3 marca, a więc zanim zanotowano pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce. – Wiedzieliśmy, że będzie potrzebna – wyjaśnia szefowa portalu. – Sytuacja szpitali jest nam znana, w zakupach sprzętu wspomagamy je przecież od lat. 30 marca w Warszawie wylądował czarter całkowicie zaopatrzony przez Siepomaga.pl. Przyłbice i kombinezony pod koniec tygodnia były wysyłane do szpitali. Oczekujemy też na tranzyt z milionem maseczek oraz informację, kiedy będzie gotowa kolejna partia 700 tys. maseczek. Ogromna popularność zbiórki świadczy o tym, że nie tylko my uważamy, że trzeba działać – dodaje.

107 tys. par pomocnych rąk

Tylu użytkowników liczy dziś facebookowa grupa „Widzialna Ręka” zrzeszająca ludzi, którzy chcą pomagać na różne sposoby – realnie i wirtualnie – oraz potrzebujących pomocy w związku z pandemią. Jak mówi jej twórca Filip Żulewski, początkowo przeznaczona była dla osób w kwarantannie: – Zdałem sobie sprawę, że, po pierwsze, nie znam odpowiedzi na pewne pytania, jak powinniśmy się zachowywać podczas kwarantanny, po drugie, potrzebuję pomocy na poziomie emocjonalnym. Grupa w krótkim czasie bardzo się rozrosła, pojawiły się też prośby o realną pomoc, a z drugiej strony oferty pomocy. Ktoś zasugerował, by dodać do postów hashtagi #pomagam i #potrzebuje, by ułatwić łączenie ludzi z konkretnych dzielnic Warszawy. Ponieważ jednak było z czasem coraz więcej osób spoza stolicy, zasugerowałem im tworzenie grup lokalnych i kopiowanie naszych celów, wypracowanych zasad i nazwy. Przestałem już liczyć nowo powstające grupy lokalne, gdy mieliśmy ich 220.

Grupa matka oraz grupy lokalne skupiają się wokół trzech rodzajów pomocy: wsparcia emocjonalnego, robienia zakupów spożywczych lub aptecznych oraz wyprowadzania psów. – Twórcy nowych grup podchwytywali nasz pomysł, ale wypracowywali sobie własne cele i reguły – opowiada Filip. – Powstało także wiele innych grup pomocy, np. „Pies w koronie” skupiająca się na wyprowadzaniu psów lub „Kultura w kwarantannie”. Użytkownicy wspierają się również w wymianie informacji związanych z zatrudnieniem i w poszukiwaniu pracy.

Twórca grupy wymienia przykłady pomocy w odpowiedzi na różne sytuacje życiowe: – Na początku epidemii zjawili się ludzie, którzy musieli wrócić z egzotycznego kraju. Na „Widzialnej Ręce” zdobyli konkretne informacje, jak dostać się do Polski. Była też osoba, która chciała dostarczyć telefon bliskiemu w szpitalu zakaźnym. Mimo że mieszka 60 km od szpitala, problem został rozwiązany w ciągu dwóch godzin.

Ale to nie wszystko. Filip: – Pojawiają się rozmowy na tak poważne tematy jak przemoc domowa w czasie pandemii. Najczęściej użytkownicy podają potrzebującym numery telefonów do podmiotów zajmujących się pomocą w tym zakresie: Niebieskiej Linii, Feminoteki czy Centrum Praw Kobiet. Ponieważ grupa jest bardzo liczna, radzimy uważać z podawaniem wrażliwych danych czy informacji o życiu osobistym i sugerujemy, by poprosić zaufanego znajomego o dodanie posta w naszym imieniu.

Zdaniem twórcy „Widzialnej Ręki” za jej sukcesem stoi ogromna potrzeba pomagania, a jednocześnie zaburzone poczucie bezpieczeństwa – grupa pomaga je odzyskać. W budowaniu tak szeroko zakrojonej akcji pomocne okazało się doświadczenie z wcześniejszej działalności Filipa w rozmaitych warszawskich inicjatywach kulturalno-społecznych czy w ekologicznej inicjatywie Obóz dla Klimatu. – Koncepcja grup wzajemnej pomocy była wcześniej praktykowana np. przez kampanię Obóz dla Puszczy. Podobnie działają grupy feministyczne, takie jak Dziewuchy Dziewuchom czy Strajk Kobiet. To już dość powszechny rodzaj oddolnego angażowania się ludzi w ważne kwestie – tłumaczy.

Czy „Widzialna Ręka” może się przekształcić w ruch społeczny? Filip: – Na razie zastanawiamy się, co zrobić z tym, co mamy. W tym momencie cieszę się, że ludzie w mniejszych miejscowościach zaczęli zakładać własne grupy i uczą się organizować pomoc. Te lokalne grupy mają szansę przetrwać dłużej. Nie spodziewam się jednak wielkiej rewolucji, choć wydaje mi się, że w naszej świadomości pozostanie na dłużej przynajmniej struktura takiej samopomocy – i w razie powrotu trudnych czasów będzie łatwa do powielenia. Zresztą wcale nie trzeba tu internetu – wystarczy rozmowa z sąsiadami. Zadzwoniła do mnie pewna osoba i opowiedziała o sprzedawczyni w markecie, która, nie chwaląc się tym na FB, z trzema koleżankami z pracy nosi zakupy sześciu sąsiadkom.

6 tys. wolontariuszy z aplikacji

Owocem „Widzialnej Ręki” są nie tylko liczne podgrupy lokalne, ale i ciekawe narzędzie pozafacebookowe. O swojej aplikacji IHELPYOU (pomagam ci), opowiada Jakub Król: – To darmowe narzędzie typowej samopomocy sąsiedzkiej, zorganizowanej przede wszystkim w odpowiedzi na potrzeby osób przebywających w kwarantannie lub będących w grupie ryzyka ciężkiego przebiegu COVID-19, np. seniorów, oraz innych osób niechcących lub niemogących wychodzić z domu.

Jak to działa? Aplikacja (można wejść na stronę ihelpyou.app, nie trzeba ściągać aplikacji) to po prostu mapa, na której zaznaczone są lokalizacje wolontariuszy z ich numerami telefonów. Dostępne rodzaje pomocy to: robienie zakupów, wychodzenie z psem, zakup leków lub transport medyczny – oraz „inne”, np. odpowiedź na czyjąś potrzebę rozmowy. Po znalezieniu wolontariusza na mapie wystarczy kliknąć w jego znacznik, a potem zadzwonić.

– Wszystko zaczęło się właśnie od facebookowej grupy „Widzialna Ręka” – wyjaśnia Jakub. – Na co dzień jestem szefem firmy IT.focus, zajmującej się tworzeniem aplikacji i programów. Wraz z pracownikami jako użytkownicy grupy zauważyliśmy potrzebę jeszcze skuteczniejszego i szybszego kontaktu między ludźmi, którzy zgłaszają się do pomocy, a tymi, którzy chcieliby z niej skorzystać. Pomysł stał się popularny, użytkownicy zaczęli prosić o kolejne wersje. Wolontariusze natomiast to po prostu osoby, które mogą i chcą pomóc. Aby do nich dołączyć, należy zarejestrować się na stronie. W przypadku potrzebujących pomocy rejestracja nie jest konieczna – wystarczy wejść na stronę.

Twórca aplikacji zapewnia, że zawsze pozostanie ona narzędziem darmowym: – Naszym celem nie jest zarabianie na niej, więc nie ma tam nawet reklam. Musi być prosta i transparentna. Mamy zarejestrowanych ponad 6 tys. wolontariuszy, a jeśli chodzi o osoby korzystające z pomocy, nie da się ich łatwo policzyć, ponieważ nie muszą się rejestrować, ale mogę powiedzieć, że zanotowaliśmy w systemie ponad 7 tys. prób uzyskania pomocy.

Co z osobami, które nie korzystają ze smartfonów i internetu? – Od początku zastanawialiśmy się, jak dotrzeć do tych, którzy pomocy mogą potrzebować najbardziej, czyli np. do osób starszych. Uruchomiliśmy więc infolinię, na którą potrzebujący mogą zadzwonić, by konsultant znalazł wolontariusza w ich imieniu. Nasz numer telefonu to: 22 267 17 17.

IHELPYOU zdobywa już popularność poza granicami Polski. – Mamy użytkowników w 20 językach, w takich krajach jak Wielka Brytania, Hiszpania, Niemcy, Luksemburg, a nawet USA, Japonia czy Maroko – wymienia Jakub. – W Polsce wolontariusze są dosłownie wszędzie, z małymi miasteczkami i wsiami włącznie. Jesteśmy onieśmieleni tak ogromną liczbą osób, które zaangażowały się w nasz projekt. Bardzo im wszystkim dziękujemy!

W całym kraju działają setki mniejszych, również indywidualnych, form wsparcia. Najpopularniejsze to bezpłatna pomoc psychologiczna (online lub przez telefon), pomoc prawna – dla osób, które straciły pracę lub tego się obawiają, a także porady dla przedsiębiorców, niepewnych, jakie formy pomocy obecnie im przysługują – tych informacji dostarcza np. Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna.

Szczególnie wzruszające są jednak działania prowadzone przez osoby, które zwykle same korzystają z pomocy innych. Przykładem jest inicjatywa Fundacji Kobiety Wędrowne założonej przez Czeczenki. To m.in. o nich opowiada reportaż Andrzeja Mańkowskiego (można go obejrzeć na portalu YouTube; poświęcony jest trójmiejskiej odnodze grupy „Widzialna Ręka”), z którego dowiadujemy się, że mieszkające w Gdańsku uchodźczynie z Czeczenii szyją maseczki dla polskich służb mundurowych i szpitali.

Pomagając innym, pomagam sobie

– W czasie epidemii możemy obserwować mnogość niecodziennych zachowań prospołecznych. Wydawać by się mogło, że to wzrost społecznej empatii. Czy tak jest rzeczywiście? – zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Leszczyńska. – Z jednej strony, głęboko porusza mnie informacja od gospodarza domu oferującego pomoc w zakupach czy wyprowadzenie na spacer psa, przyczepiona na ścianie budynku, w którym mieści się mój gabinet. Z drugiej, widzę w internecie rozpaczliwe apele fundacji i schronisk dla zwierząt, których konta w sytuacji pandemii świecą pustkami. Wydaje się więc, że mamy do czynienia nie tyle ze wzrostem zachowań altruistycznych, ile ze zmianą ich kierunku.

Co motywuje nas do udzielania wsparcia? – Myślę, że podstawowym problemem jest poczucie utraty kontroli nad własnym życiem – wskazuje Katarzyna Leszczyńska. – Ludzie czują się ograniczeni fizycznie i psychicznie. Nie mają wpływu na decyzje dotyczące ich życia prywatnego, podejmowane w obliczu dotykającego ich osobiście kryzysu, nie są w stanie przewidzieć kolejnych ograniczeń. Przestaliśmy mieć kontrolę nawet nad tym, czy kupimy w sklepie mydło, makaron bądź papier toaletowy – pozostało nam już tylko decydowanie, w którym pokoju aktualnie siedzimy. Co więcej, ze względu na rozbieżności w informacjach rośnie w nas nieufność i wrażenie braku wglądu w realną sytuację. Początkowo usiłujemy więc poszerzać nasze poczucie wpływu, porządkując mieszkanie, robiąc rzeczy, na które nie mieliśmy czasu – i to jest jedno z uzdrawiających zjawisk w obecnej sytuacji. Jednak w końcu wkrada się w nasze życie nuda i poczucie izolacji, które są dla większości ludzi trudne. I tu pojawia się w naszej emocjonalności miejsce dla starszej pani mieszkającej piętro niżej. Po pierwsze, sam kontakt z nią, zamienienie dwóch słów przy wejściu do klatki, nabiera charakteru niemal ekscytującej odmiany. Po drugie, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że wokół nas mieszkają osoby, które najpewniej przeżywają to samo co my. Ponieważ sami czujemy się samotni, odizolowani, pozbawieni wpływu na rzeczywistość i bezradni, nasuwa się pomysł, jak odzyskać poczucie sprawczości – możemy komuś pomóc. Hasło we wspomnianym ogłoszeniu brzmi: „Nie jesteś sam”. Pomagając sąsiadce wyprowadzić psa czy zrobić zakupy, rzeczywiście nie jesteśmy sami: ani my, ani ona. Pomagamy więc sobie – ktoś otrzymuje coś, czego i nam teraz brakuje, znamy tego wagę, a także zyskujemy poczucie mocy oraz sensu własnych działań.

Jak tłumaczy psychoterapeutka, podobną funkcję ma angażowanie się w szerzej zakrojone akcje internetowe czy wspieranie zbiórek dla szpitali: – Ważne jest, że bierzemy sprawy w swoje ręce, nie czekamy biernie na rozwój wydarzeń, tylko szyjemy maseczki, produkujemy przyłbice dla służby zdrowia, piszemy petycje, żeby dzieci nie były same w szpitalach. Te działania mają sens zarówno subiektywny – staramy się stworzyć korzystną sytuację w razie choroby dziecka – jak i obiektywny – bo na pewno niejedną pielęgniarkę postawił na nogi pyszny obiad z dobrej restauracji, nie wspominając o emocjonalnym znaczeniu poczucia wsparcia i docenienia. Pomagając jej, mamy wrażenie, że „razem walczymy”, że „ja też walczę”.

Czy to oznacza, że nasz altruizm wynika raczej z egoistycznej potrzeby poradzenia sobie w kryzysie? – Owszem, obecny zryw empatii i zaangażowania społecznego ma częściowo charakter realizowania własnych, indywidualnych interesów, co jest naturalne z psychologicznego punktu widzenia – potwierdza Katarzyna Leszczyńska. – Warto poświęcić chwilę refleksji tej sprawie i postarać się nie dopuścić, żeby wraz z końcem pandemii te tendencje zniknęły. Służą one nam wszystkim i sprawiają, że świat jest lepszym miejscem. Może więc, kiedy przeminie powszechne poczucie zagrożenia, uda nam się nie zapomnieć, że cierpienie – niestety – nie znika dla wszystkich. Dzisiaj jednak kluczowe znaczenie ma powstające w nas poczucie wspierającej się wspólnoty, niezwykle ważne do przetrwania trudnych momentów. Ma ono teraz szczególną wartość, ponieważ jest środkiem przeciwstawiania się masowej panice, która może być groźniejsza niż sama epidemia. Dajemy też przykład młodemu pokoleniu, na które tak często narzekamy, że jest konsumpcyjne i egocentryczne – a jest takie, ponieważ i starsze pokolenia w dużej mierze takie się stały.

Fot. Marek M. Berezowski/REPORTER

Wydanie: 15/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy