Złogi, złogi

Złogi, złogi

Witold Waszczykowski otrzymał od Jarosława Kaczyńskiego oficjalne polecenie, żeby wyczyścił MSZ ze „złogów”. Możemy tylko się domyślać, że jeżeli tego nie zrobi, sam zostanie uznany za „złóg”.

Waszczykowski nie mógł być tym poleceniem zaskoczony. Wcześniej upominano go, że ma „czyścić”, w tym celu przygotowywana była ustawa o służbie zagranicznej. Innymi słowy, do wielkiej wymiany kadrowej w MSZ był gotowy. Ba! Dorobił sobie nawet do tego ideologię, mówiąc, że dotychczasowi ambasadorowie nie potrafią w krajach urzędowania prowadzić aktywnej polityki, bronić władz w Warszawie, potrafią jedynie zbierać informacje. A to za mało.

Tyle teoria. Praktyka wygląda jednak inaczej.

O swojej rozmowie z Waszczykowskim opowiadał Andrzej Byrt, były ambasador w Niemczech i we Francji. Było to w czasie, kiedy minister odwoływał go z placówki w Paryżu, czyli mniej więcej w sierpniu 2016 r. Byrt pytał go, czy ma kandydata na to miejsce. Na co minister odparł, że rozmawiał z paroma osobami, ale mu odmówiły. A czy ma plan B? Powiedziano mu (cóż za piękna bezosobowa forma), żeby szukał w środowiskach akademickich.

No i szukał…

Rychło okazało się, że podwładni Byrta z placówki w Niemczech są filarami pisowskich kadr.

Za jego czasów pracowała w Niemczech Julia Przyłębska. Najpierw była konsulem, a potem radcą prawnym. Byrt o dzisiejszej prezes Trybunału Konstytucyjnego mówi tak: „Na tę funkcję (prezesa TK) zupełnie się nie nadaje. Mówię to po prawie ośmiu latach przyglądania się jej pracy podczas podwójnego jej pobytu na placówce dyplomatycznej w Niemczech. Przede wszystkim ze względu na brak merytorycznych kompetencji”. Wytknęli jej to w roku 2001 sędziowie w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, kiedy negatywnie zaopiniowali jej kandydaturę, gdy chciała wrócić do orzekania.

Dodajmy, że w tym czasie radcą w ambasadzie RP był Mariusz Muszyński, obecnie sędzia Trybunału Konstytucyjnego z nadania PiS. Kilka miesięcy temu „Gazeta Wyborcza” opisała taki fragment z jego życiorysu:

„Z relacji, które uzyskaliśmy (…), wynika, że w 1993 r. – po studiach prawniczych – Muszyński został przyjęty do UOP i skierowany na szkolenie w Ośrodku Kształcenia Wywiadu w Kiejkutach. Szkolenie ukończył w 1994 r., po czym przez rok pracował w centrali UOP w Warszawie. Potem w ambasadzie w Berlinie objął funkcję szefa działu prawnego. Zdaniem naszych informatorów była to »przykrywka« dla drugiego etatu – oficera służb.

W 1996 r. na życzenie strony niemieckiej Muszyński musiał w ciągu jednego dnia opuścić placówkę. Przyczyny nie znamy. Według jednoźródłowej informacji Niemcy zdekonspirowali go w trakcie działań operacyjnych i uznali, że »przekroczył granicę dozwoloną sojuszniczym służbom na terenie zaprzyjaźnionego kraju«”.

O Andrzeju Przyłębskim, pisowskim ambasadorze w Berlinie, w czasach Polski Ludowej tajnym współpracowniku SB ps. „Wolfgang”, nie ma już co wspominać. Nie „Wolfgang” go ośmiesza, ale działalność jako ambasadora – gdy w ciągu paru tygodni zdążył poobrażać prezydenta Gaucka i prezesa niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego Andreasa Vosskuhlego, mówiąc, że mają zawężone horyzonty. Obrażał też media (czyżby poczuł się w obowiązku czynnego prowadzenia polityki?). No i ośmieszył się, szukając kina, w którym mógłby wyświetlić film „Smoleńsk”.

Fajne trio. Zupełnie nie złogi.

Wydanie: 28/2017

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy