Zmagania Franciszka

Zmagania Franciszka

Rządzi jak jezuita, ubiera się jak dominikanin, żyje jak franciszkanin
Gdy 13 marca zeszłego roku nikomu nieznany kardynał Buenos Aires Jorge Bergoglio został wybrany na papieża, okazało się, że ten argentyński hierarcha był również jezuitą. Jako były jezuita zostałem potraktowany jako wiarygodne źródło informacji i byłem przepytywany przez różnych dziennikarzy, co też o tym jezuicie mniemam bądź nie mniemam. Nie kryję, że podobnie jak prawie wszyscy nie miałem pojęcia, kim on jest ani jakim będzie papieżem. Jednak, czerpiąc z własnych doświadczeń (jezuitą byłem od 1976 do 2005 r.), bez trudu zrekonstruowałem jego profil duchowy i intelektualny, którego poznanie może, jak sądzę, ułatwić zrozumienie pierwszego roku urzędowania tego jezuickiego papieża. W przeciwieństwie do dość rozpowszechnionej opinii nie jestem zaskoczony ani słowami, ani gestami Franciszka. Wyrastają one bowiem z jego doświadczeń w Ameryce Łacińskiej i tam są odbierane jako oczywiste. Tylko Europa, a zwłaszcza Polska, wydaje się zaskoczona działalnością Franciszka. U nas latynoski model katolicyzmu był odbierany przez pryzmat krytyki ze strony Watykanu, formułowanej głównie przez Jana Pawła II i później Benedykta XVI. Stąd też nieporozumienia. To, co dla Franciszka jest oczywistością, dla wielbicieli ostatnich papieży jest rewolucją.

Praktyka dialogu

Od razu muszę dodać, że sam przez wiele miesięcy podzielałem ogólne zaskoczenie i nawet po sierpniowej wizycie Franciszka w Brazylii byłem przekonany, że ten papież rewolucji raczej nie zrobi. Dzisiaj skłonny jestem myśleć inaczej. Otóż wydaje mi się, że owszem, Franciszek w istocie rewolucji nie zrobi, ale tylko dlatego, że ona już się dokonała i dla niego jest oczywistością, nad którą nie ma potrzeby się rozwodzić. Inaczej mówiąc, jego Kościół jest Kościołem głęboko przemienionym przez teologię wyzwolenia, a jego bliskie kontakty z jej twórcami nie są kurtuazyjnym gestem, tylko wypływają z głębokiego poczucia duchowej wspólnoty.
Zacznę jednak od przytoczenia opinii Zygmunta Baumana, który w rozmowie z dziennikarzem „L’Osservatore Romano” na pytanie, co uważa za szczególne novum w sposobie nauczania papieża Franciszka, odpowiedział: „Uderzył mnie nacisk, jaki papież kładzie na swoją praktykę dialogu. To dialog skuteczny, polega nie na dobieraniu sobie rozmówców, którzy myślą podobnie, ale na zderzeniu się z punktami widzenia odmiennymi od twojego. W takim wypadku może rzeczywiście zdarzyć się, że dialogujący zmienią stanowiska, które zajmowali wcześniej. Tego typu konfrontacji pilnie dziś potrzebujemy, bo musimy rozwiązywać problemy niesłychanie poważne, a gotowych rozwiązań nie mamy”. Jak się wydaje, Bauman nie tylko uchwycił cechy charakterystyczne języka, którym posługuje się papież Franciszek, ale również wskazał radykalną zmianę zachodzącą na naszych oczach w samym Kościele katolickim. Oto instytucja, która nie bez słuszności uchodzi za uosobienie konserwatyzmu i niezmienności w traktowaniu własnego nauczania, gwarantowanego dogmatem nieomylności papieża, deklaruje gotowość jego zmiany, jeśli zaistnieją ku temu racjonalne przyczyny.
Bauman odwołuje się do wywiadu, jakiego Franciszek udzielił redaktorowi dziennika „La Repubblica” Eugeniowi Scalfariemu. Sądzę, że warto przywołać kilka znaczących fragmentów. Scalfari deklaruje się jako wychowany katolicko agnostyk, jest więc byłym katolikiem. Ale właśnie dlatego papież zaproponował mu rozmowę i zapewnił, że nie tylko nie będzie próbował go nawracać, lecz także odpowie na każde pytanie. Co powiedział na powitanie, reagując na uwagę Scalfariego, że pewnie zechce go nawrócić? „Prozelityzm to wierutne głupstwo, nie ma sensu. Trzeba się poznać, wysłuchać się i coraz lepiej poznawać świat, który nas otacza. Zdarza mi się, że po spotkaniu chciałbym spotkać się jeszcze raz, gdyż rodzą się nowe idee i odkrywa się nowe potrzeby. To jest ważne: poznać się, wysłuchać, poszerzyć krąg myśli. Świat przebiegają drogi, które się zbliżają i oddalają, ale ważne, by prowadziły nas ku Dobru”. Odwołując się do otrzymanego od papieża listu, Scalfari przypomina, że Franciszek napisał, że sumienie jest autonomiczne i każdy powinien iść za głosem sumienia. Papież nie zaprzecza, ale podkreśla: „I to powtarzam. Każdy ma swoje pojęcie Dobra i Zła i powinien wybierać Dobro i zwalczać zło, tak jak je rozumie. To wystarczyłoby, by świat stał się lepszy”.
Scalfari podsumowuje cały wywiad następująco: „Jeśli Kościół stanie się taki, jak on o nim myśli i jak chce go zmienić, to zmieni się cała epoka”. Sądzę, że ma rację. Wystarczy przywołać kilka najważniejszych stwierdzeń z tej rozmowy, by zdać sobie sprawę, że Franciszek zamknął pewien rozdział w sposobie sprawowania urzędu papieskiego i otworzył nowy. Jego najbardziej znaczącym rysem jest wsłuchiwanie się w racje innych, a nie osądzanie tych, którzy nie podzielają doktryny katolickiej. Najważniejszymi problemami dla Kościoła są trudne położenie ludzi starych i brak pracy dla młodych. „Dwie największe zmory, jakie prześladują dzisiejszy świat, to bezrobocie młodych i samotność, w jakiej pozostawieni są starzy. (…) To jest również najpoważniejszy problem Kościoła”. A pytany o komunizm i teologię wyzwolenia papież stwierdza, że komunizm go wprawdzie nie uwiódł, ale ceni komunistów, którzy potrafili za swoje przekonania cierpieć, a nawet ponieść śmierć, jak jedna z jego wykładowczyń na uniwersytecie w Buenos Aires: „Miałem wykładowczynię, którą szanowałem i darzyłem przyjaźnią. Była gorliwą komunistką. Często mi czytała i dawała do czytania teksty partii komunistycznej. W ten sposób poznałem tę bardzo materialistyczną koncepcję. (…) Kobieta, o której mówię, została później aresztowana, poddana torturom i zamordowana przez reżim dyktatorski, jaki wówczas rządził w Argentynie”. To dzięki niej zrozumiał później, jak wiele elementów wspólnych z komunizmem miała nauka społeczna Kościoła.
Na wyznanie Scalfariego, że zdarza mu się być antyklerykałem, gdy spotka klerykała, papież reaguje słowami: „To i mnie się przydarza, wobec klerykała staję się od razu antyklerykałem. Klerykalizm nie powinien mieć żadnego związku z chrześcijaństwem”. Na uwagę, że we Włoszech katolicy stanowią 20-procentową mniejszość, przy czym praktykujących jest 8-15%, a na świecie miliard chrześcijan w stosunku do 7 mld całej populacji też jest mniejszością, Franciszek odpowiada, że tak naprawdę bycie mniejszością nie jest czymś złym, a prawdziwa misja Kościoła nie polega na nawracaniu: „Naszym celem nie jest prozelityzm, ale wsłuchiwanie się w potrzeby, pragnienia, rozczarowania, w rozpacz i nadzieję. Powinniśmy przywrócić nadzieję młodym, pomagać starym, otworzyć się na przyszłość, bronić miłości. Biedni pośród biednych. Powinniśmy przygarnąć wykluczonych i głosić pokój. Sobór Watykański II, natchniony przez papieży Jana XXIII i Pawła VI, zdecydował się patrzeć w przyszłość z duchem nowoczesnym i otworzyć się na współczesną kulturę. Ojcowie soborowi wiedzieli, że otwarcie się na kulturę współczesną oznaczało ekumenizm religijny i dialog z niewierzącymi. Od tamtego czasu bardzo mało zrobiono w tym kierunku. Mam pokorę i ambicję, by to zrobić”.
W tej rozmowie Franciszek nie tylko odpowiada. On również pyta, chce się dowiedzieć, co stanowi istotę niewiary, co nadaje jej sens. Oto wyjaśnienia Scalfariego: „Różnią nas myśli, ale jesteśmy podobni jako ludzie, nieświadomie ożywiani przez nasze instynkty, które przekształcają się w odruchy, uczucia, wolę, myśl i rozum. W tym jesteśmy podobni”. Ale papież chce wiedzieć więcej, czym jest Bycie, w które wierzy jego rozmówca. Scalfari: „Bycie jest wiązkami energii. Energii chaotycznej, ale niezniszczalnej i pozostającej w wiecznym chaosie. Z tej energii wyłaniają się kształty, kiedy energia dociera do punktu wybuchowego. Kształty mają swoje prawa, swoje pola magnetyczne, swoje elementy chemiczne, które łączą się w sposób przypadkowy, ewoluują, w końcu gasną, ale ich energia nie znika. Człowiek jest prawdopodobnie jedynym zwierzęciem obdarzonym myślą, przynajmniej na tej planecie i w tym systemie słonecznym”. Franciszek nie jest przekonany i przywołuje list do Scalfariego, w którym wcześniej pisał: „Z mojej strony zauważam, że Bóg jest światłem, które oświeca ciemności, nawet jeśli ich nie rozprasza, i iskra tego światła jest w każdym z nas”.

Jezuickie obyczaje

Być może znacznie ciekawszy jest wywiad udzielony przez Franciszka jezuickiemu pismu „La Civiltà Cattolica”, z którego wyłania się obraz Kościoła nie tylko otwartego na dialog, ale również gotowego do przyjęcia twórczych impulsów ze strony szeroko rozumianej kultury. Mnie szczególnie uderzyło odwołanie się do Michela de Certeau. Franciszek określił go jako „ulubionego myśliciela francuskiego”. To znamienne wyznanie. Jak wiadomo, prace historyczne de Certeau miały ogromny wpływ na zmianę historiografii jezuickiej. Pozwoliły one na ukształtowanie oryginalnej koncepcji antropologicznej, której korzenie sięgają jego intensywnych badań nad historią i duchowością zakonu. Zostały one dość nieoczekiwanie wyparte przez analizę życia codziennego, w którym właściwie zabrakło miejsca dla tradycyjnej religijności. Stąd zapewne żywe zainteresowanie tym, jak ludzie żyją, i nie aż tak wielkie kwestią, jaką wiarę wyznają.
Sądzę, że wyjaśnienie tej radykalnej zmiany można znaleźć w przemianie, jaka dokonała się w ostatnich dziesięcioleciach w zakonie jezuitów, bo Bergoglio „mówi” dokumentami tej instytucji. Zacznijmy od autodefinicji sformułowanej w 1975 r. przez samych jezuitów na kongregacji generalnej. Na pytanie, kim jest jezuita, odpowiadają: „Być jezuitą to wprawdzie wiedzieć, że jest się grzesznikiem, ale powołanym przez Boga, podobnie jak niegdyś Ignacy na towarzysza Jezusa Chrystusa”. To jedno z najczęstszych i najbardziej szokujących określeń, jakie Franciszek stosuje wobec siebie. I właśnie te „jezuickie akcenty” są podkreślane przez jezuitów przy różnych okazjach. Oto opis spotkania Franciszka z generałem zakonu Adolfem Nicolásem w Domu św. Marty 17 marca ub.r., a więc już cztery dni po wyborze Bergoglia na papieża: „On stał przy wejściu i przywitał mnie zwyczajowym jezuickim uściskiem. Na jego prośbę zrobiono nam kilka zdjęć, a na moje przeprosiny, że nie trzymam się protokołu, nalegał, bym traktował go jak każdego innego jezuitę i bym zwracał się do niego per ty, a nie Wasza Świątobliwość czy Ojcze Święty. Zaoferowałem mu wszystkie nasze jezuickie siły, gdyby czegoś potrzebował na swoim nowym stanowisku, porady, myśli, osób itd. Okazał za to wdzięczność i na moje zaproszenie przyjścia do nas na obiad odpowiedział, że zrobi to z przyjemnością. Całkowicie zgadzaliśmy się w wielu tematach, które omawialiśmy, i jestem przekonany, że będziemy świetnie pracować wspólnie w służbie Kościoła w imię Ewangelii”.
Dla jezuitów pamiętających, jak ich generał Pedro Arrupe miesiącami darmo wyczekiwał wezwania od Jana Pawła II i na środowych audiencjach razem z pielgrzymami wsłuchiwał się w głos i wolę papieża, to spotkanie oznacza zasadniczą zmianę na lepsze. Ale nie to jest ważne, tylko czerpanie z duchowości jezuickiej i ukształtowanego przez nią modelu chrześcijaństwa.
Przypomnijmy: jezuici to zakon, który dzięki tej humanistycznej szkole potrafił nawiązać kontakt ze światem i ludźmi inaczej myślącymi. Bergoglio jako prowincjał jezuitów argentyńskich akceptował zaangażowanie poszczególnych członków zakonu w bycie blisko ubogich, mieszkanie w fawelach. I nie ulega wątpliwości, że widzi on obecność Kościoła pośród ubogich bardzo dosłownie, w duchu teologii wyzwolenia, która w dużym stopniu była współtworzona przez jezuitów. Ja akurat znam tę tradycję od wewnątrz, lata 70. i 80. to były moje lata w zakonie. Pamiętam dokumenty, jakie wówczas studiowali jezuici, i czym się inspirowali. Dokumenty te współtworzył również Bergoglio.
Warto przypomnieć, że Jan Paweł II wolał słuchać doradców związanych z Opus Dei, którzy mówili mu o zarażeniu jezuitów marksizmem, a część uważała wręcz Arrupę za marksistę, jego doradców zaś za bolszewików. Rzeczywiście byli wśród nich znawcy myśli Marksa, np. francuski jezuita Jean-Yves Calvez, który już w 1956 r. opublikował do dziś aktualną książkę o myśli Marksa. Ale przecież pisanie o marksizmie nie oznacza, że ktoś jest marksistą.

Syn Kościoła latynoamerykańskiego

W Polsce jak zwykle wszystko sprowadzono do absurdu i groteski, bo przecież teologia wyzwolenia w znaczeniu ortodoksyjnym, tym realizowanym i osłanianym przez zakon jezuitów, także przez Bergoglia, oznaczała przede wszystkim wezwanie do rezygnacji z ogromnych posiadłości ziemskich, z pałaców biskupich, do życia razem z ludźmi, we wspólnotach zawodowych, lokalnych. Szczególnie zaś była wezwaniem, by ortodoksję łączyć z praktyką, a wyznawaną wiarę przekładać na język zrozumiały dla ubogich i prześladowanych.
Nie obyło się naturalnie bez nieporozumień i napięć wewnątrz samego zakonu. Przykładem jest pochodzący z Węgier Franz Jalics, który po wyrzuceniu jezuitów z kraju znalazł się pod koniec lat 50. właśnie w Argentynie. W czasach junty był więziony i torturowany, mimo że nie walczył z bronią w ręku, tylko pracował wśród ubogich. Bergoglio był jego przełożonym w zakonie. Akceptował jego pracę wśród biednych. Pojawiły się jednak oskarżenia, że akceptował uwięzienie księży, w tym jezuitów. Opis tych wydarzeń można znaleźć w książce Jalicsa „Rekolekcje kontemplatywne”. Na pewno Bergoglio nie był wówczas entuzjastą teologii wyzwolenia, ale być może wtedy właśnie zobaczył, że jeśli Kościół katolicki w Ameryce Południowej ma szansę na odzyskanie jakiejś wiarygodności, to tylko przez zbliżenie się do ubogich. I to jest jego doświadczenie formacyjne, bez którego nie sposób zrozumieć rezygnacji z apartamentów papieskich, złotych krzyży czy reprezentacyjnych szat. Bergoglio jest częścią tradycji Kościoła latynoamerykańskiego, i to w jego szczególnej formie – tej, która zdecydowała się żyć z ubogimi i dla ubogich. I tylko w tym kontekście wszystkie gesty i działania podejmowane przez papieża od pierwszych godzin pontyfikatu mają swój sens. Inaczej byłyby maskaradą. Oczywiście, że rezygnowanie z tych wszystkich oznak przepychu jest zachowaniem symbolicznym, ale wyłącznie w tradycji teologii wyzwolenia jako tradycji prawdziwie chrześcijańskiej te symbole coś znaczą. W tej tradycji oczywiste jest, że bogactwo jednego gromadzi się kosztem drugiego. Nie można myśleć, że rozwarstwienie społeczne nie niesie konsekwencji etycznych.

Odmrażanie Kościoła

Warto przy okazji sobie uświadomić, że Bergoglio nie jest wyjątkiem w Kościele. Być może podobnie byłoby, gdyby papieżem został inny jezuita, a przy tym znacznie poważniejszy kandydat na tę funkcję – mam oczywiście na myśli zmarłego w 2013 r. kard. Carla Marię Martiniego. Przed śmiercią jednoznacznie napiętnował on straszliwe zapóźnienie cywilizacyjne i kulturowe Kościoła. Była to wypowiedź bardzo głośna, ale o tym samym mówił Martini w książce opublikowanej w 2008 r. z jezuitą Georgiem Sporschillem zaangażowanym w pracę z dziećmi ulicy w Rumunii. To też był wyraz akcesu do teologii wyzwolenia.
Jednak w gruncie rzeczy cały ten pozytywny wewnątrzkościelny ruch odnowy, odwołujący się do Soboru Watykańskiego II, jest wyrazem szerszej tęsknoty za powrotem do reform i negocjacji z nowoczesnością. Pamiętam taką książkę, serię wywiadów innego jezuity, tym razem niemieckiego, Karla Rahnera, z początku lat 80. – to już było po kilku latach pontyfikatu Wojtyły. Rahner, jeden z najwybitniejszych teologów Soboru Watykańskiego II, nazwał ten okres Winterzeit, zimą Kościoła, poczuł bowiem po paru latach pontyfikatu Jana Pawła II, że powiał zimny wiatr, który zmroził wszelkie pączki nadziei. Stan taki trwał do 13 marca 2013 r. To nie była zatem nawet kwestia wymyślenia nowych scenariuszy, ale oczekiwanie na ożywienie tego wszystkiego, co zostało zamrożone, ale co przecież było w Kościele. Aktualne pozostaje wszak wezwanie, które Hans Küng sformułował i powtarzał pod adresem Wojtyły, a później Ratzingera: „Wróćcie do tego, cośmy razem robili w latach 60., kiedy Kościół był żywy”.
Dziś w Polsce Kościół cenzuruje te zmiany, opóźnia. Tak się działo przez ostatni rok. O słowach i gestach Franciszka dowiadywaliśmy się raczej z prasy i mediów pozakościelnych, które ograniczają się do relacjonowania budujących obrazków i jak ognia unikają prawdziwej rozmowy na temat koniecznych zmian. Ale to nic nowego, tak się działo również przed Soborem Watykańskim II, a nawet w jego trakcie, gdy informacje przekazywali w odpowiednio spreparowanej formie polscy biskupi.
Ale przecież integrystyczna i fundamentalistyczna twarz Kościoła nie zniknęła po soborze, tylko po jakimś czasie przestała być reprezentatywna. Jan XXIII samym uśmiechnięciem się i rozłożeniem szeroko ramion zmienił Kościół w tym sensie, że ci w Kościele, którzy mieli optymistyczny stosunek do świata, zobaczyli w papieżu sojusznika. A ci, którzy wciąż w nowoczesności dostrzegali wyłącznie wroga, stracili w nim oparcie, co w takiej instytucji jest ważne. I przez kilka lat aggiornamento trwało, bo był inny punkt odniesienia dla całej instytucji. W tym sensie Franciszek, nawet jeśli nie zrewolucjonizuje polskiego Kościoła, gdyż Kościoły lokalne mają znaczną autonomię, to przez sam fakt, że chętniej będzie nadstawiał ucha na głos teologów wyzwolenia niż zatroskanych o stan posiadania integrystów, zmieni i polski katolicyzm.
Na koniec warto przypomnieć, że w Polsce zakon jezuitów też był raczej sojusznikiem oświecenia niż jego wrogiem. Jezuici zostali skasowani m.in. za to, że proponowali inny model katolicyzmu, bardziej otwarty, który z nowoczesnością i oświeceniem mógłby istnieć w dialogu, a nie ograniczać się do anatem. Ale to, co jezuitom się nie udało w XVIII w., teraz może się udać w Kościele. W tym sensie nie ma zupełnie znaczenia, kto jest przewodniczącym Episkopatu Polski. Każdy z polskich biskupów jest „z ludu wzięty i do ludu posłany”, tzn. jest dzieckiem tego Kościoła lokalnego, który utożsamił hierarchię i kler z samym katolicyzmem. Jedyną możliwość nawiązania kontaktu z przemianami dokonującymi się dzięki Franciszkowi w Watykanie widzę we włączeniu w szeregi biskupów ludzi ukształtowanych gdzie indziej, np. w Ameryce Łacińskiej, którzy doświadczyli służebnej roli kleru i podmiotowego charakteru laikatu. Z takiego katolicyzmu wyrósł Jorge Bergoglio i dlatego proponuje inny rodzaj obecności w świecie. Nazywam to praktyczną teologią wyzwolenia.

Autor jest teologiem, historykiem, antropologiem kultury, profesorem nauk humanistycznych, pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego


Co o papieżu Franciszku mówią jego słowa i gesty?

Prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca,
Uniwersytet Warszawski

Jako człowiekowi stosunkowo małej wiary trudno mi oceniać papieża. Z pobieżnej obserwacji wnioskuję, że jest wiarygodny w odróżnieniu od wielu innych. Co do jego języka, używanych słów, nie znam hiszpańskiego, a tłumaczenia być może nie oddają istoty. Jeśli jednak sądzić po jego wizerunku, wszystko wydaje się u niego spójne, każdy gest i mimika odpowiadają słowom, a nie przeczą im. Na ten obraz zewnętrzny nakłada się postawa wobec świata, którą umownie określa się jako dobroć. Choć to może bardzo prosta charakterystyka, wydaje mi się, że podobne cechy miał papież Roncalli, czyli Jan XXIII. U niego i u Franciszka dostrzegam zupełny brak śladów aktorstwa.

Prof. Zbigniew Nęcki, psychologia,
Uniwersytet Jagielloński

Mogę dokonać takiej analizy, opisując pięć cech psychologicznych człowieka. Pierwsza to stosunek do ludzi. Franciszek jest otwarty, przyjazny, dąży do bliskiego kontaktu z innymi, nie zasłania się, nie boi się dotykać tych, którzy bardzo cierpią, nie boi się bólu i napięcia w kontaktach z ludźmi. Taki jest jego stosunek i do Boga, i do ludzi. Drugą cechą jest zrównoważenie emocjonalne, będące odwrotnością neurotyzmu i innych niespokojnych działań. Jego gesty są bardzo zrównoważone, nie macha nadmiernie rękami, wszystko jest stosowne do tego, co mówi. Ma więc zintegrowany wewnętrznie język słów i ciała. Jego uśmiech jest życzliwy, a nie wymuszony, i idzie w parze z treścią słów. Trzecią cechą jest sumienność. Na razie wszystkie zapowiedziane decyzje i działania zostały przez niego podjęte, a on sam wygląda na człowieka bardzo pracowitego i odpowiedzialnego. Nie zauważyłem, aby w czymś, co postanowił, zaszła zmiana. Czwartą cechą jest otwartość na nowe doświadczenia – tak wielka, że grozi konfliktami z bardziej konserwatywnymi duchownymi. Mówi: precz z przepychem, precz z bogactwem, wykazuje też większą otwartość i tolerancję wobec współczesnych zjawisk społecznych niż poprzedni papieże. Z jednej strony, jest bardzo prostym człowiekiem, z drugiej – ogromnie kreatywnym, do tego dochodzi ogromna liczba inicjowanych przez niego spotkań. Wreszcie piątą cechą jest wielka wrażliwość na ludzkie problemy, co nazywamy uspołecznieniem. Nie ma w nim śladu egoizmu, przejmuje się innymi, ogarnia ich ciepłym spojrzeniem. Bliska jest mu funkcja służebna wobec ludzi. Nie tyle zajmuje się budowaniem wielkości papiestwa, ile lokuje swoje uczucia w okolicach biedy. Cała jego psychologiczna wrażliwość układa się harmonijnie.

Prof. Franciszek Adamski,
socjologia religii, Krakowska Akademia im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego

W przeciwieństwie do dwóch poprzedników, którzy fascynowali słowem, homiliami, papież Franciszek przemawia głównie gestami. Jest bardziej bezpośredni i znaki wysyłane przez niego wydają się błahe części społeczności chrześcijańskiej, ale ten sygnał jest bardzo cenny i pożyteczny, zjednuje mu nawet tych, którzy nie interesowali się Kościołem, i mieszkańców krajów, gdzie chrześcijaństwo nie jest popularne. To właściwy pontyfikat na dzisiejsze czasy.

Wiesław Gałązka,
ekspert wizerunku medialnego

Słowa, gesty i sposób bycia Franciszka można by uznać za doskonały PR, gdyby nie fakt, że wcześniej postępował podobnie. Jednak takie zachowanie na Stolicy Piotrowej oczywiście zaskakuje i budzi wielkie zainteresowanie oraz sympatię nawet niewierzących. Szkoda tylko, że na razie niewiele to zmieniło wśród hierarchów np. w Polsce, gdzie biskupi nawet dla pozoru, że też jeżdżą używanymi autami, nie pozamieniali się drogimi limuzynami. W postępowaniu papieża Franciszka widzę jednak pewne niebezpieczeństwo, gdyż historia dowodzi, że w państwach i systemach niedemokratycznych zbyt głębokie reformy i przedkładanie interesów „poddanych” nad interesy tych, którzy powierzyli stanowisko, może stworzyć poważne problemy, a nawet mieć nieprzewidziane następstwa. Wystarczy przypomnieć sobie wizerunek Gorbaczowa i jego pierestrojkę.
Not. BT

Wydanie: 12/2014

Kategorie: Kościół

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy