Żniwa u lidera

Żniwa u lidera

Kalinowski i Lepper: dwóch chłopskich przywódców i dwa odmienne wizerunki rolnika

Jarosław Kalinowski, lider PSL, i Andrzej Lepper, szef Samoobrony – dwaj przywódcy chłopscy i dwa różne spojrzenia na polskie rolnictwo, zdecydowanie odmienne metody pracy na roli. O tym, jak bardzo różnią się jako rolnicy, można było się przekonać podczas tegorocznych żniw.
Kiedy jedziemy na żniwa do Jarosława Kalinowskiego do znajdującej się na Mazowszu, 50 km od Warszawy, wsi Jackowo Górne, mija półmetek żniw, ale na polach nie widać gorączkowo uwijających się żniwiarzy. Tylko gdzieniegdzie można dostrzec powoli przesuwający się samotny czerwony kombajn. Nad złocącymi się łanami zbóż leniwie krążą bociany. Na końcu wsi, nieco oddalony od pozostałych, stoi dom należący do Kalinowskiego. Wybudowany na wzniesieniu jest widoczny z daleka. Nie wygląda na wiejski dom, raczej na podmiejską willę – zaprojektowaną z prostotą, w dobrym stylu, szykowną. Żółta elewacja, brązowe ramy okienne, brązowe balustrady przy schodach, w oknach doniczki z kwitnącymi na czerwono pelargoniami. Przed budynkiem – co najwyraźniej jest modne wśród wiejskiej elity – oczko wodne i unoszący się nad taflą wody drewniany mostek. Obok budynku stoi nowy volkswagen w kolorze – jak przystało na prezesa PSL – ciemnozielonym. Z okien domu roztacza się piękny widok na skąpane w słońcu wzgórza i ginące w cieniu doliny. Krajobraz malowniczo poprzecinany kwadratami: złote pola zbóż i zielone lasy. – Jak jest ładna pogoda, widać wysokościowce w Warszawie. Kiedyś nawet Pałac Kultury można było dostrzec. Nocą też jest pięknie, bo taka łuna bije od miasta. Jest na co popatrzeć – opowiada Władysław Kalinowski, ojciec Jarosława.
Kilkanaście metrów od domu stoi zbudowana z szarych pustaków obora. Na dole są pomieszczenia dla świń, na piętrze składuje się ziarno i słomę.
Kiedy podjeżdżamy pod dom, wita nas Jarosław Kalinowski. W niczym nie przypomina eleganckiego, ubranego na co dzień w garnitur i białą koszulę polityka z gmachu parlamentu. Jest gotowy do wyjścia w pole – w wytartych dżinsach, spranej bawełnianej koszulce ozdobionej emblematami polskich firm i granatowej czapeczce z daszkiem, obowiązkowej przy pracy w pełnym słońcu. Tylko buty przypominają, że mamy do czynienia z inteligentem – wytarte od starości, ale jednak lakierki.

Pan na włościach

Zupełnie inaczej prezentuje się nam lider Samoobrony, kiedy dwa tygodnie później odwiedzamy go w domu. W jasnej koszuli i nowych dżinsach nie wygląda jak osoba, która za chwilę ma ruszyć w pole. – Ja zawsze tak idę do pracy – zapewnia, ale nie da się ukryć, że bardziej przypomina menedżera z odległości czuwającego nad przebiegiem prac niż zapracowanego chłopa. I rzeczywiście, zajęty polityką Lepper w tym roku nie bierze udziału w żniwach. Do domu przyjechał tylko na dwa dni i raczej w charakterze gościa. Koszą syn i dwóch wynajętych pracowników. Żniwa u Lepperów trwają niemal trzy tygodnie. Całości dogląda pod nieobecność męża Irena Lepper. – Robotnikom częściowo płacimy w naturze. Dostają mleko, zboże, obiad. Do tego dodajemy około tysiąca zł – wymienia Andrzej Lepper.
– Wciąż jednak potrafię kosić na kombajnie, nie zapomniałem, jak się pracuje w polu – zastrzega z ożywieniem i zaprasza na przejażdżkę po należących do jego rodziny gruntach. Wprawdzie do dyspozycji gospodarza jest – idealny na jazdę po polnych drogach – gazik, ale jego awaria sprawia, że wybieramy się polonezem.
Ziemie Leppera leżą w województwie zachodniopomorskim, zaledwie kilka kilometrów od morza. Okolica piękna, ale widać, że ludziom się nie przelewa. Inaczej niż na Mazowszu, tu rozpadające się stare domy czy stodoły nie należą do rzadkości. Miejscowi przyzwyczaili się do wystawianych coraz częściej tablic z napisem: „Na sprzedaż”.
Kiedy w Darłowie, a później w Sławnie pytamy, jak dojechać do Zielnowa, nasi rozmówcy reagują podobnie: – Pewnie do naszego przewodniczącego? – odgadują. Z perspektywy Warszawy Lepper to najczęściej nieokrzesany demagog, lecz z dala od stolicy opinia o szefie Samoobrony zmienia się znacznie. Dla większości tutejszych to człowiek, który miał odwagę powiedzieć „nie” miejskim politykom, walczący o prawa zwykłych chłopów. Ale cokolwiek myśleć o Lepperze, nie jest on przeciętnym rolnikiem – takim, o których interesy (i głosy) zabiega. Jego gospodarstwo wykracza znacznie poza średnią krajową. Rodzina Lepperów ma bowiem ponad 100 ha własnej ziemi (42 ha należą do Andrzeja Leppera, a 60 do jego 24-letniego syna). Tomasz Lepper dzierżawi dodatkowo 140 ha ugorów.
Przy takim areale gospodarstwo Kalinowskiego wydaje się niepozorne – raptem 24 ha. Ale na Mazowszu takie gospodarstwo zalicza się już do całkiem sporych, bo średnia powierzchnia gospodarstw wynosi tu 5 ha.

Żniwa to nie zabawa

– Żniwa to nie zabawa, to ciężka praca. Jak ktoś jest ciekawy, jak wyglądają, powinien przyjechać na wieś i samemu się przekonać, jak to jest, a nie czytać o tym w gazecie – mówi nam Kalinowski. – Taki ciekawski szybo by wracał do miasta – dodaje z przekąsem.
Idziemy na pole, na którym pod nieobecność prezesa PSL zaczął pracę jego ojciec, przeszło 70-letni, ale wciąż energiczny. Słońce niemiłosiernie praży. Jest duszno, lecz tuż przy ziemi czuć zniewalający zapach świeżo skoszonego zboża. – Plony w tym roku są takie sobie. Ani nie najgorsze, ani nie najlepsze. Gdyby było więcej deszczu, kłosy byłyby większe, ale i tak nie jest źle, bo tu na Mazowszu nie dopadła nas klęska suszy jak w innych częściach kraju – mówi.
Jarosław Kalinowski fachowo opowiada o przebiegu procesu technologicznego koszenia: co dzieje się ze zbożem, kiedy zostanie ścięte, jak pod ciśnieniem wypychane jest ziarno z kłosów. Kiedy kombajn skończy pracę, w pole wyjedzie kolejna maszyna i sprasuje słomę w prostokąty. Te zbiera już cała rodzina. Pracuje się szybko, bo nigdy nie wiadomo, kiedy niebo zasłonią ciężkie, ołowiane chmury, a deszcz zmoczy wysuszoną słomę. Jeśli przy koszeniu pracują dwie, trzy osoby, w zwożeniu słomy bierze udział już cała rodzina. Kalinowskiemu pomagają wszystkie dzieci (oczywiście oprócz najmłodszego, dwuletniego syna). Podczas gdy jedni widłami nabijają słomiane prostokąty i wrzucają je na wóz, reszta układa je, tak aby wykorzystać jak najwięcej miejsca.
24-hektarowa gospodarka Kalinowskiego w większości (18 ha) obsiana jest pszenżytem, odmianą najbardziej odpowiednią na niezbyt urodzajne ziemie Mazowsza, przeznaczaną na paszę. Na reszcie uprawiane są ziemniaki i owies.
Plonów Kalinowski nie sprzedaje, bo wszystko idzie na potrzeby własne gospodarstwa. – Musimy nawet jeszcze dokupować – mówi. Wyjaśnia, że prowadzi produkcję roślinno-zwierzęcą, bo oprócz uprawy ma jeszcze hodowlę świń. Nie jest wielka – raptem 12 macior. – Czy to przynosi dochód? – śmieje się, powtarzając pytanie, jakby upewniał się, czy dobrze słyszy – Nie, na pewno nie. Do tej hodowli się dopłaca.
Prezes ludowców sprawia wrażenie, jakby nieopłacalność jego gospodarstwa była czymś tak oczywistym, że pytanie o zyski budzi niemal wesołość. Gdzie jest granica, która wyznacza opłacalność? – Jeden z sąsiadów ma 600 macior. Przy takiej liczbie można już coś mieć dla siebie – ocenia ostrożnie.
Im większe gospodarstwo, tym większa szansa na zysk. Dlatego sam ma też w planach rozbudowę hodowli – ale na razie tylko do 60 sztuk.

Duże daje więcej

W przeciwieństwie do Kalinowskiego Lepper przyznaje, że jego gospodarstwo przynosi dochody. – Jeśli się ma dużo pola i łamie się zasady ekologii, czyli stosuje dużo nawozów sztucznych, to można wyżyć z rolnictwa. Moje gospodarstwo jest na poziomie unijnych, a nawet wyższym, dlatego przynosi dochody. Plony z hektara przewyższają średnie plony unijne – mówi Lepper.
– Jestem dumna z tego, że gospodarstwo przynosi zyski. Cieszę się, że nie musimy jak Kalinowski dokładać z diety poselskiej męża – dodaje Irena Lepper.
Z 80 ha, na których rodzina Leppera uprawia zboże, zbiera się około 500 ton. – Mamy około 7-8 ton z hektara. To bardzo dobry wynik, mimo że u nas są dość kiepskie grunty – wyjaśnia Lepper. Z jego 42 ha tylko 13 kwalifikuje się jako ziemia przeliczeniowa, czyli podlegająca wymogom jakościowym. Połowa zbiorów jest od razu sprzedawana. Resztę ziarna przeznacza się na paszę (głównie pszenzboże) dla trzody chlewnej i bydła. Lepperowie mają około 70 macior, z których rocznie sprzedają 1,3-1,5 tys. tuczników. To wynik imponujący nie tylko na polskie, ale także na europejskie warunki. Przy tej liczbie rolnik nie musi martwić się, że będzie dokładał. Podobnie w przypadku hodowli bydła – na pastwiskach Lepperów jest około 100 krów. Tajemnica sukcesu, według Andrzeja Leppera, tkwi nie tylko w liczbie, ale także w bardzo dobrej, a więc opłacalnej rasie krów. – Właściwie moje gospodarstwo nie bazuje na uprawach, ale na hodowli trzody chlewnej i bydła. To jest główne źródło dochodu – mówi, zatrzymując się na pastwisku.
Śmiało wchodzi między kilkusetkilogramowe byki. Na naszą prośbę usiłuje złapać jednego za rogi, ale wystraszone zwierzę ucieka. – Mnie i moją rodzinę znają, ale nie daj Boże, jak obcy wejdzie do stada. Niedawno o mało co psa nie rozerwały. Takie u nich poczucie, że muszą strzec młodych w stadzie. Nawet nie pilnujemy bydła, bo ono pilnuje się samo. Takie to mądre stworzenie! A zimą, jak woda zamarza, to kopytem lód łamie, wkłada łeb w dziurę i do wody się dostaje – opowiada wyraźnie zafascynowany zwierzęcą pomysłowością. – Kazali nam wybudować pomieszczenie dla bydła, w którym mogłoby przezimować. No to wybudowaliśmy drewniany barak, ale one z niego uciekają i wolą stać na zewnątrz. Nawet cielą się pod lasem. Tak to się miastowi często nie znają na zwyczajach zwierząt – przekonuje.
Cielęta już na jesieni Lepper sprzeda. Pojadą na rzeź do Włoch. – Nie żal? – pytam patrząc na cielaka spokojnie ssącego wymiona jałówki. – Nie. To przecież produkcja. Nie ma miejsca na sentymenty – ocenia trzeźwo.
Ale nietypowe jak na chłopa upodobania świadczą o sympatii Leppera do zwierząt. Szef Samoobrony z zapałem zakłada na podwórku własne zoo. Za drewniane ogrodzenie trafiły już trzy gatunki strusi, piękne białe daniele, egzotyczne muflony, swojskie dziki i miniaturowe czarne świnki. W drugiej części podwórka przechadzają się królewskie pawie i bażanty. Lepperowie mają też siedem koni. – Lubimy na nich czasem pojeździć – zdradza Irena Lepper.

Żniwa zautomatyzowane

Kalinowscy są dumni, że nowoczesność zawitała w ich domu i zagrodzie jako u pierwszych we wsi. Kombajn (Bizon) Kalinowskich ma już 20 lat i… – To był pierwszy kombajn we wsi. Teraz jest ich sześć, siedem w Jackowie, a w powiecie około 60, ale my pierwsi mieliśmy tak zmechanizowane gospodarstwo – podkreśla Jarosław Kalinowski, a jego ojciec opowiada, jak ów kombajn trafił do rodziny: – SKR nie miał pieniędzy na wykupienie, no i myśmy go wzięli. Sąsiedzi nie zazdrościli, bo się go pożyczało i była korzyść też dla innych. Teraz sprowadza się kombajny z Niemiec. Dla tamtejszych rolników to sprzęt, który nadaje się już na złom, więc tanio puszczają. Oni mają lepsze, bardziej nowoczesne. Takie cacuszka. Starych się pozbywają. A u nas te ich maszyny jeszcze jakoś pracują. Za grosze się to kupuje, bo jak można u nas nowy kupić, gdzie, za ile?
20 lat temu Kalinowscy z pewnością byli wzorem nowoczesności, dziś niewiele z tego zostało. Dostrzega się to, zwłaszcza patrząc na podwórko Andrzeja Leppera, na którym podziwiamy ogromny park maszynowy: kombajn, cztery ciągniki, kilka przyczep i kilkanaście maszyn, których przeznaczenia nawet nie potrafię się domyślić. Lepper sam przyznaje, że ma wszystkie urządzenia, o których może marzyć rolnik. W najbliższym czasie nie planuje już żadnych zakupów. – To mój najnowszy nabytek – mówi, pokazując jedną z maszyn. – Można od razu bronować i siać. Szczyt nowoczesności. Gdy się ma takie maszyny, rolnictwo staje się bardzo przyjemnym zajęciem. Choć zawsze lubiłem pracę w polu – dodaje. Szef Samoobrony ocenia, że jego gospodarstwo jest warte około 5 mln zł.
Żniwa u Lepperów są całkowicie zautomatyzowane. – Teraz rękami już się nie pracuje – opowiada. Kiedy pytamy, czy możemy zrobić mu zdjęcie z widłami, szczerze się oburza: – Co wy chcecie, żebym na jakiegoś zacofanego chłopa wyszedł? A do czego ja tu wideł mogę używać?

Zwyczaje do lamusa

Po malowniczych snopkach, które jeszcze 10-20 lat temu dominowały na polach, ani śladu. Ale podczas gdy mieszczuchy z sentymentem wspominają dawne żniwa jako czas owiany romantycznym urokiem, mieszkańcy wsi mówią o morderczej pracy w upale i szarpiącej nerwy niepewności, czy zdąży się zebrać wszystko z pola, zanim pogoda nie zniszczy w ostatniej chwili plonów decydujących o finansowym bycie rodziny w następnym roku.
To, czego można żałować, a co bezpowrotnie wyparła technika, to poczucie wspólnoty i budowanie więzi społecznych przy okazji prac polowych. – Teraz żniwa nie są żadnym wydarzeniem dla wsi, nikt nie chodzi po sąsiadach, każdy kosi sam. Nawet się nie wie, kiedy kto zaczyna i kiedy kończy – opowiada Kalinowski. – Żniwa teraz wyglądają zupełnie inaczej niż dawniej. Nie ma w nich nic z romantyzmu. Ot, wjeżdża maszyna na pole i kosi – potwierdza Lepper.
Wraz z pojawieniem się kombajnów odeszło w zapomnienie coś, co odróżniało społeczność wiejską od odizolowanej od siebie społeczności miejskiej. Znikła mianowicie konieczność pomagania sobie nawzajem i wspólna praca na polach – własnych i sąsiadów. Wspólnie siadano do stołu, żartowano, poznawano się lepiej. Dziś już nie widać kilkunastu mężczyzn uwijających się na jednym polu, pracujących z nimi kobiet i dzieci przynoszących kompot i kanapki. Jeśli widać dwie, trzy osoby, to wszystko. Jeden człowiek na kombajnie, drugi na traktorze z przyczepą, na którą wsypuje się ziarno.
– Dziś taki samotny żniwiarz wsiądzie na kombajn i przez kilka godzin nie ma nawet do kogo gęby otworzyć. Słońce pali w głowę i ramiona, od maszyny bucha żar, a huk zagłusza nawet własne myśli. Trudno też oddychać, bo pył unosi się taki, że zatyka w piersiach. Po zejściu z pola żniwiarz jasne ma tylko białka oczu. Ale za to pracuje się kilka razy szybciej. Gdyby była ładna pogoda, takie pole jak nasze można by skosić w trzy, cztery dni – twierdzi Władysław Kalinowski.
Mimo to nie ma czasu (i chyba bardziej ochoty) na kultywowanie dawnych obyczajów. Niemal wszystkie odeszły do lamusa – robienie znaku krzyża przed rozpoczęciem żniw, przeznaczanie ostatnich kłosów na dożynkowy wieniec.
– Ja nauczyłem syna, że kiedy pierwszy raz wyjeżdża w pole, musi się przeżegnać. Ale po innych zwyczajach to już śladu nie ma – mówi Andrzej Lepper.
Na pytanie o zwyczaj symbolicznego ścinania pierwszych kłosów sierpem – narzędziem znanym rolnikom od 4 tys. lat, Jarosław Kalinowski z politowaniem kręci głową. – Dziś nikt się w to już nie bawi. Niektórzy jeszcze wybierają środę lub sobotę na rozpoczęcie żniw, ale też coraz rzadziej – przypomina sobie. – Kosa to inna epoka, o której mało kto nawet pamięta. U Kalinowskich i u Lepperów – jak zastrzegają – takiego sprzętu nie znajdziesz. Nie zatrzymali nawet na pamiątkę. Ale prezes PSL twierdzi, że gdyby trzeba było, pewno umiałby jeszcze posłużyć się sierpem, kosą czy skręcić powrósło, którym wiązało się dawniej snopki.

Wiejska bieda

Obaj liderzy uważają, że czasy, gdy rolnikom było lepiej, dawno minęły. – Z roku na rok jest coraz gorzej i mało kto jeszcze ma cierpliwość czy serce wierzyć, że kryzys na wsi minie. Ale najlepiej było w późnych latach 60., gdy Gomułka wrócił z więzienia. Wcześniej chodziły trójki i zabierali, co było odłożonego w stodole. „U was tyle dobra, a u innych głód!”, mówili i zabierali, płacąc jakieś grosze. A jak Gomułka nastał, to tych, co mieli kawałek ziemi na własność, przestali gnębić. Rolnik mógł wtedy wyżyć z roli i jeszcze coś odłożyć. Za to za Gierka była prawdziwa Ameryka! Można było kupić niemal wszystko na kredyt. Ja sam z roli postawiłem cztery domy. Dla wszystkich synów. I siostry wcześniej spłaciłem. Teraz to się tylko dopłaca do rolnictwa – przekonuje pan Władysław. – Syn zdołał 2 ha dokupić. I tyle. – Całe szczęście, mam z czego dokładać. Cała poselska pensja idzie w gospodarstwo – przyznaje Kalinowski.
Dla Leppera lepsze czasy także sięgają PRL-u. – Tak naprawdę pieniądze zrobiłem na ziemniakach, ale wtedy to były czasy, gdy podpisywało się państwowe kontrakty. Rolnik wiedział, że ma gdzie sprzedać, miał gwarancję ceny – opowiada.
– Nie trzeba było się martwić, co zrobić, kiedy nadejdzie czas zbiorów.
Tym, co dobija polskiego rolnika, jest ogromna niepewność ekonomiczna. – Nie wiadomo, co opłaca się uprawiać, bo państwo ma niestabilną politykę rolną. Sieje się, sądząc, że za dane zboże dostanie się tyle a tyle, a kiedy się zbiera, okazuje się, że wszystko się zmieniło i nie dostanie się tyle, ile rząd obiecywał, ale mniej. O ile w ogóle ktokolwiek to kupi – wyjaśnia szef Samoobrony. – Sąsiedzi czasem przychodzą i pytają, co mają robić, ale co ja im mogę doradzić? Jak mam im powiedzieć, że muszą mieć sporo pola i dobre maszyny? Za co mają je kupić?

Lepper na studiach

Kalinowscy i Lepperowie to nietypowe jak na wieś rodziny, nie tylko dlatego, że w domu jest polityk. Także dlatego, że dużą wagę przykładają do wykształcenia. – Powiedziałem sobie, że wszystkie moje dzieci muszą skończyć studia. Wykształciłem najstarszych trzech synów, ale kiedy dorósł najmłodszy, Jarek, ludzie zaczęli mi mówić: „Po co ty go do szkoły posyłasz? Przecież ktoś musi zostać na wsi, ktoś musi ci pomagać.” No a Jarek wykształcił się i na wieś wrócił – opowiada pan Władysław. Czy lepiej mają ci, którzy ze wsi odeszli? – Sam nie wiem, czy opłacało się im iść do miasta. Ziemię już pewno przejedli, ale czy się lepiej ustawili? Pewno nie. W mieście też ciężko, a bez roboty to może i ciężej, bo na wsi zawsze coś do jedzenia masz – mówi.
To na studiach na SGGW Kalinowskiego wciągnęła polityka. – Ja go do polityki nie namawiałem – zastrzega, śmiejąc się, pan Władysław.
Do wykształcenia przykłada wagę również lider Samoobrony. Wprawdzie nie słychać o tym, aby zamierzał uzupełniać braki w swojej edukacji, ale zadbał, aby dzieci poszły na studia. Niedawno ożeniony Tomasz Lepper studiuje na Uniwersytecie Szczecińskim, na wydziale żywienia zwierząt. – Syn rzuca się na książki trzy dni przed egzaminem. Ale złym studentem nie jest. Kiedy zaczynał, było ich około 60 na roku, teraz jest chyba 17 – mówi z dumą Andrzej Lepper. – Córka, Gosia, studiuje prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Ona z kolei jest bardzo pilna. Uczy się systematycznie i wszystko bierze sobie do serca. Kiedyś jakiś profesor zaczął jej mówić o tym, jaką złą partią jest Samoobrona. Przyszła do mnie z płaczem, że na pewno ją ten profesor obleje, ale jednak egzamin zdała, więc pewno umiała, bo inaczej by jej nie przepuścił – podkreśla.
W końcu dobre wykształcenie oznacza większą szansę na ułożenie sobie życia z dala od wiejskich pól. Bo skoro przyszłość należy do wielkich gospodarstw, a nie drobnych, to dla wszystkich miejsca na wsi nie starczy.
Czas zbioru plonów dobiega już końca – dla większości naszych rolników, tak jak dla Jarosława Kalinowskiego, żniwa nie są synonimem obfitości, nie oznaczają poprawy warunków finansowych. Dobrze, jeśli wyjdzie się na czysto i nie straci. Jedynie nieliczni chłopi zarabiają jak Andrzej Lepper na swoich – obowiązkowo nowoczesnych – gospodarstwach. Są w stanie to osiągnąć kosztem wysokich inwestycji, eksperymentalnej uprawy, nietypowej hodowli, analizowania, co może się opłacać, a co nie.
Jarosław Kalinowski i Andrzej Lepper będą wprowadzać członków i sympatyków swoich ugrupowań do Europy. Wydaje się, że pod względem nowoczesności gospodarstwa, wielkości upraw i specjalizacji hodowli niechętny UE szef Samoobrony już w niej jest, gdy tymczasem popierający integrację z Europą prezes ludowców dopiero do Unii aspiruje.


Z Powszechnego Spisu Rolnego przeprowadzonego w 2002 r. przez GUS wynika, że:
– w Polsce jest prawie 3 mln gospodarstw rolnych (w porównaniu z 1996 r. ich liczba zmniejszyła się o 4%); zajmowały one powierzchnię ponad 19 mln ha),
– najwięcej (72%) jest gospodarstw do 5 ha,
– wzrosła powierzchnia ugorów i odłogów – z 1,5 mln ha w roku 1996 do 2,3 mln ha,
– rolnictwem zajmuje się ok. 10,5 mln osób, czyli 27% ludności kraju; w porównaniu z 1996 r. liczba ta zmniejszyła się o 10%,
– 48% ludności związanej z rolnictwem utrzymuje się z pracy na roli, to o 30% mniej niż sześć lat temu. O 60% zmalała liczba osób, dla których rolnictwo jest dodatkowym źródłem dochodów.

Sytuacja ekonomiczna
Sytuacja ekonomiczna na polskiej wsi pogarsza się z roku na rok. W ubiegłym roku dochody rolników zmniejszyły się o 47% w porównaniu z 1997 r. Według danych Eurostatu, firmy badającej finanse gospodarstw domowych, w 2002 r. rolnicy osiągnęli najniższe dochody ze wszystkich grup społecznych. Gorsze wyniki zanotowano jedynie u rodzin utrzymujących się z pomocy społecznej. W przeliczeniu na jedną osobę rodziny pracownicze miały dochody o 38% wyższe, a rodziny rencistów i emerytów o 33% wyższe od rolników.
Dochody rolników zmniejszają się, ponieważ z jednej strony, spadają ceny skupu artykułów rolnych, z drugiej, rosną koszty produkcji. Tylko w tym roku koszty kupna nawozów, paliwa, środków chemicznych itp. wzrosły o 14%.

Rolnik w Polsce i UE
Przeciętne gospodarstwo: w Polsce 9 ha, w UE ponad 19 ha
Udział w tworzeniu PKB: w Polsce 3%, w UE 1,5%
Przeciętne zatrudnienie w rolnictwie: w Polsce 25 osób na 100 ha (w Małopolsce 50 osób na 100 ha), w krajach Beneluksu (Belgia, Holandia, Luksemburg) 2,5 osoby na 100 ha
Liczba ciągników na 1 ha: w Polsce jeden na 14 ha, w Niemczech tak samo, ale w Polsce jeden traktor użytkowany jest średnio przez 14 lat, w Niemczech przez pięć-siedem.
Poziom wykształcenia osób zajmujących się rolnictwem (źródło GUS, 2002 r., dane w zaokrągleniu)
wyższe 4%
średnie (w tym zasadnicze zawodowe) 49%
podstawowe 39%
bez wykształcenia 5%

 

Wydanie: 35/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy