O czym milczy Antoni?

O czym milczy Antoni?

Bitwa o Smoleńsk: jakiej prawdy boi się PiS?

Jak długo będzie dzielił Polaków spór o przyczyny katastrofy prezydenckiego TU-154 w Smoleńsku? Teza, że bohaterski prezydent poległ w wyniku zdradzieckiego zamachu, to clou religii PiS, można więc odpowiedzieć, że jak długo będzie PiS, tak długo będą trwały spory. Ale sytuacja jest chyba poważniejsza. Spór o Smoleńsk dzieli Polskę nie tylko na część pisowską i niepisowską. Jest jeszcze jeden podział, głębszy – na szukających rozwiązań poprzez „męd­rca szkiełko i oko” i na tych, którzy dopatrują się w tym zdarzeniu spisków, podstępnych działań, mistycznych symboli.

Czy oznacza to, że Polska zawsze będzie w sprawie katastrofy podzielona? Niekoniecznie. Wciąż bowiem trwa publiczna debata między zwolennikami tezy o podłożonej bombie a tymi, którzy przyczynę katastrofy sprowadzają do nieszczęśliwego wypadku lub błędów popełnionych przez ludzi, i ma ona wpływ na opinie Polaków.

Hipotezy jak króliki z kapelusza

W tej debacie zwolennicy bomby, mimo braku dowodów na to, że bomba rzeczywiście była, mają dziś inicjatywę. To po części zrozumiałe – rządzą, mają do dyspozycji instytucje państwa, mogą inicjować jakieś działania, a potem je nagłaśniać. Po drugie, napędza ich wiara, że za chwilę, za rogiem, odkryją „prawdę”. Zapowiada to na kolejnych „miesięcznicach” Jarosław Kaczyński. Że już, już… Że są blisko.

Oni zresztą co chwila odkrycie tej „prawdy” ogłaszają. Katastrofę miały wywołać sztuczna mgła, hel, samolot miał wylądować, a potem dobijano rannych, w samolocie były uszkodzone silniki… Teraz w PiS obowiązuje wersja, że na pokładzie była seria wybuchów i maszyna rozpadła się w powietrzu.

A że zapisy czarnych skrzynek temu przeczą? Bo przecież wybuch trotylu nie wywołałby alarmu: Terrain aheadPull-up, pull-up. Na to PiS odpowiada, że czarne skrzynki zostały sfałszowane.

Odpowiedź zdecydowana, ale w debacie publicznej średnio przydatna, bo zbyt fantastyczna. Choć jeżeli byłaby dostatecznie długo powtarzana… I to jest klucz do oceny debaty dotyczącej katastrofy smoleńskiej. Jeżeli bowiem jedna strona co chwila przedstawia jakieś nowe teorie, a druga milczy, opinia publiczna ocenia, że ta druga strona nie ma nic do powiedzenia.

Jest to tym dziwniejsze, że w ostatnich sześciu latach poczyniono sporo ustaleń, które rzucają nowe światło na katastrofę. Nie przebiły się one jednak do opinii publicznej.

Te ustalenia to przede wszystkim nowa wersja nagrania głosów z kokpitu, zgrana i cyfrowo oczyszczona. Pozwala na odczytanie 30-40% więcej wypowiedzi. Nie wyjaśniają one wszystkiego, ale mogą być znakomitym punktem wyjścia do dalszego śledztwa. Zwłaszcza że Antoni Macierewicz bardzo dokładnie te wątki pomija. Co więc jest dla niego niewygodne, o czym nie chce wiedzieć?

Kto zdecydował: lądujemy?

Pierwszy wątek po przesłuchaniu zapisów nasuwa się sam: kiedy zapadła decyzja, że samolot wyląduje w Smoleńsku? Nie ma na to pytanie łatwej odpowiedzi. Ze stenogramów, tych pierwszych, i tych najnowszych, wiemy, że piloci o tym, że nad Smoleńskiem jest gęsta mgła, dowiedzieli się podczas lotu. Pierwszy o trudnych warunkach w Smoleńsku poinformował ich kontroler z Mińska. O godz. 8.14 przekazał, że z powodu mgły widoczność na lotnisku wynosi 400 m. Już ten komunikat powinien być sygnałem do skierowania samolotu na lotnisko zapasowe. Dla TU-154 i lotniska takiego jak Smoleńsk-Siewiernyj granicą była widoczność 1,5 tys. m.

Reakcja załogi była jednoznaczna. – O k…! – to nawigator. – Nasze meteo jest naprawdę zaj… – to z kolei słowa dowódcy.

O godz. 8.17 dowódca rozmawiał ze stewardesą: jest nieciekawie, wyszła mgła, nie wiadomo, czy wylądujemy. I usłyszał: oni nie zdążą, oni muszą tam być.

Kilka minut później, o 8.24, już nad Rosją, zgłosiła się wieża kontrolna w Moskwie. Kontroler potwierdził widoczność w Smoleńsku – 400 m. Pytał, ile paliwa pozostało w zbiornikach TU-154 i jakie są w planie lotu zapasowe lotniska. Dowódca odpowiedział, że Witebsk i Mińsk.

Już z tych rozmów możemy wnios­kować, że lądowanie w Smoleńsku nie było przesądzone. Załoga realnie rozpatrywała inne warianty. Zgodnie zresztą z sugestią kontrolerów lotu, którzy bynajmniej do lądowania we mgle pilotów nie namawiali.

O godz. 8.26 do kabiny zajrzał dyrektor protokołu dyplomatycznego Mariusz Kazana. Nie wiemy, z jakiego powodu. Możemy tylko spekulować, że wysłano go, by potwierdził informacje stewardesy. Ale to tylko spekulacje, mógł przecież zajrzeć przypadkowo, nic nie wiedząc o mgle.

Za to wiemy, jak przebiegała jego rozmowa z dowódcą TU-154. – Panie dyrektorze, wyszła mgła w tej chwili i przy tych warunkach, jakie są w tej chwili, nie damy rady usiąść – mówił kpt. Arkadiusz Protasiuk. – Spróbujemy podejść, zrobimy jedno zajście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. Tak że proszę już myśleć nad decyzją, co będziemy robili. Kazana odpowiedział: – Będziemy próbować do skutku. Po czym wywiązał się między nimi następujący dialog:
– Paliwa nam tak dużo nie starczy, żeby do skutku.
– To tu mamy problem.
– Możemy pół godziny powisieć i odchodzimy na zapasowe.
– Jest zapasowe?
– Mińsk albo Witebsk
– To może do Mińska?
– Panie dyrektorze, wróćmy.
I na tym rozmowa się urwała.

O godz. 8.30 Kazana wrócił do kabiny pilotów, by oświadczyć: – Na razie nie ma decyzji prezydenta, co robimy. Tak oto dowiedzieliśmy się, że to prezydent miał podjąć decyzję dotyczącą odejścia na lotnisko zapasowe. Ale później w zapisie rozmów nie pojawiło się nawet jedno zdanie, jaka to była decyzja. Załoga zaczęła się przygotowywać do lądowania. Co więc się stało, że dowódca odłożył na bok wariant odejścia na lotnisko zapasowe i zaczął się przygotowywać do lądowania w Smoleńsku? Czy to miało być owo „jedno zajście”, o którym Protasiuk mówił Kazanie?

Zmieścisz się śmiało

Ze stenogramów wiemy, że w kabinie znajdowała się przynajmniej jedna osoba niebędąca członkiem załogi. Ci, którzy odcyfrowywali zapis czarnej skrzynki, wskazują, że był to dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik. Czy właśnie jego załoga witała o godz. 8.36? Mimo że wcześniej Protasiuk wypraszał z kabiny osoby postronne.

To jedna z najważniejszych spraw do wyjaśnienia. Ta osoba – jak wynika ze stenogramów – czuła się w kabinie nad wyraz swobodnie, przepytywała pilotów, a oni posłusznie odpowiadali na pytania, potem brała udział w manewrze lądowania, odczytując wskazania wysokościomierza i udzielając dowódcy porad.

Kto to był? W sposób oczywisty nasuwa się jedna odpowiedź – mógł to być tylko ich przełożony, dowódca sił powietrznych gen. Błasik. Jednak wszystkich, którzy tak twierdzą, Antoni Macierewicz nazywa zaprzańcami i zwolennikami wersji Moskwy, a wdowa po generale Ewa Błasik mówi, że obrażają polski mundur i szargają pamięć jej męża. Mamy więc ze strony PiS ścianę zaprzeczeń. Ale chyba nie warto tych krzyków się bać. Bo kto w takim razie był tą osobą de facto dyrygującą pilotami w najważniejszych minutach?

To dyrygowanie najprawdopodobniej zadecydowało o katastrofie.

O godz. 8.39 samolot zszedł poniżej 400 m. O 8.40 pojawił się po raz pierwszy sygnał: Terrain ahead.

Chwilę potem drugi pilot zaproponował poderwanie samolotu: – Mówisz, do widzenia. Ale Protasiuk był jeszcze zdecydowany na próbę lądowania. – Ktoś za to beknie – zapowiadał. I słyszał głos pasażera w kabinie: – Po-my-sły! I jeszcze: – Zmieścisz się śmiało.

Samolot schodził ku ziemi, zbyt szybko, przekraczając regulaminową prędkość, co zauważył drugi pilot, mówiąc: – Dochodź wolniej.

Chwilę później, zniżając się do wysokości 60 m, dowódca zdecydował: odchodzimy. Jednak było za późno. Masa i prędkość powodowały, że TU-154 był już niesterowalny.

Nasuwają się więc oczywiste pytania, na które Antoni Macierewicz nigdy nie odpowie: kto podjął decyzję, by nie odlatywać na lotnisko zapasowe, tylko lądować w Smoleńsku? Kiedy została ona podjęta? Jak przekazano ją pilotom? Co robił w kabinie pilotów gen. Błasik? Czy „Zmieścisz się śmiało” to jego słowa?

Nawiasem mówiąc, stenogramy ujawniają jeszcze jedną anomalię, która miała wpływ na pilotów, na ich koncentrację i zdolność podejmowania decyzji. Otóż w kabinie panował nieustanny ruch i gwar. Potwierdzają to powtarzające się próby uciszenia przebywających obok albo w samym kokpicie osób trzecich. Taśma zarejestrowała aż siedem prób uspokajania i uciszania. Od spokojnego „Ćśś-ćśś”, „Cicho tam!”, przez „Wychodzić mi stąd!”, po zdecydowane „K… przestańcie, proszę” dwie i pół minuty przed rozbiciem się samolotu.

Rozmowa braci

Jest jeszcze jeden wątek, często podnoszony, najczęściej przez Lecha Wałęsę. Otóż parę minut przed lądowaniem Lech Kaczyński zadzwonił z telefonu satelitarnego do Jarosława. O czym rozmawiali? W tej sprawie mamy tylko relację szefa PiS. Jarosław Kaczyński mówił o tym m.in. w Radiu Maryja. Zapewniał, że rozmowa dotyczyła stanu zdrowia matki. „Nie było najmniejszych oznak niepokoju. Rozmowa była gdzieś o 8.20 rano, o 8.25 może (…). Piętnaście minut przed katastrofą, ale z tego, co wiemy dzisiaj, to jeszcze było kilka minut przed tym, zanim poinformowano, że jest zła pogoda. Brat mówił mi wyłącznie o stanie zdrowia mamy. To była codzienna rozmowa”. Czy tak było naprawdę?

Faktycznie Lech Kaczyński jeszcze przed odlotem do Smoleńska rozmawiał z lekarzem matki. I to on znał najświeższe informacje na temat stanu jej zdrowia. W tym czasie Jarosław spał. Można więc uznać za rzecz naturalną, że po godz. 8, jeszcze przed uroczystościami w Katyniu, które miały przecież trwać dosyć długo, chciał się podzielić z bratem najważniejszymi wiadomościami. A czy nie chciał poradzić się, czy z powodu mgły przełożyć uroczystości? Tego nie wiemy.

Rozmowa, jak ustalono, odbyła się o godz. 8.23. Czyli jeszcze przed wizytą dyrektora Kazany w kabinie pilotów, ale już po tym, jak o mgle dowiedziała się stewardesa. Wariantów rozwoju wydarzeń jest co najmniej kilka, do czasu ujawnienia tej rozmowy jesteśmy zatem skazani na domysły. A rozmowa na pewno została nagrana przez służby specjalne Rosji, Białorusi i USA. Nie była szyfrowana, bo wprawdzie telefon prezydenta był wyposażony we wkładkę szyfrującą, ale telefon Jarosława Kaczyńskiego już nie.

Mamy więc co najmniej trzy wątki wymagające pilnego wyjaśnienia. One jednak Antoniego Macierewicza nie interesują, PiS skrzętnie je omija i krzyczy o zamachu. A tak naprawdę to one są najważniejsze, jeżeli chcielibyśmy wyjaśnić, dlaczego doszło do katastrofy i kto w największym stopniu za nią odpowiada.


Pytania, na które Antoni Macierewicz nigdy nie odpowie:

• Kto podjął decyzję, by nie odlatywać na lotnisko zapasowe, tylko lądować w Smoleńsku?
• Kiedy została ona podjęta?
• Jak przekazano ją pilotom?

Wydanie: 45/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy