Zrób sobie mózg

Zrób sobie mózg

Jeśli autor nie ma nic do powiedzenia, może go zastąpić dobrze wyszkolona małpa albo odpowiednio zaprogramowana maszyna

Prof. Zygmunt Vetulani – informatyk i inżynier języka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Czy w konstruowaniu sztucznej inteligencji nasze możliwości są nieograniczone?
– Przede wszystkim nasza wiedza w tej dziedzinie jest stosunkowo nikła, niepełna i nie sądzę, żeby można było mówić o „nieograniczonych możliwościach”. To raczej nieosiągalne, bo wiemy dużo, ale ciągle za mało.

A jednak są optymiści, którzy przewidują, że istnieje 50-procentowe prawdopodobieństwo osiągnięcia przez sztuczną inteligencję ludzkiego poziomu przed 2040 r.
– Mam wątpliwości co do takich prognoz, ich sensowności i prawidłowości metodologicznej. Wychodzi na jaw, że dyskutujący mówią i myślą o czymś zupełnie innym, a często są to wysoko kwalifikowani eksperci.

Czy fakt, że programy do gry w szachy są już dziś lepsze od arcymistrzów, wskazuje rychłą przegraną ludzkiego mózgu także w innych dziedzinach?
– Fakt wygrania przez komputerowego gracza partii szachów czy brydża z człowiekiem nie musi oznaczać, że urządzenie jest inteligentne. Wygrana wynika z tego, że w ostatecznym rozrachunku w urządzeniu zostały zastosowane odpowiednie algorytmy opracowane przez człowieka, np. wykorzystujące własności sztucznych sieci neuronowych. To nie urządzenie wygrywa z człowiekiem, np. z szachistą, ale człowiek – projektant urządzenia. To po prostu rywalizacja jednego intelektu z drugim poprzez medium, jakim jest informatyka.

Jednak często w dyskusjach na temat rywalizacji komputerów i ludzi pojawiają się pytania o to, czy i kiedy komputery staną się zagrożeniem dla człowieka.
– Człowiek, który przechodzi na drugą stronę ulicy, musi uważać, by nie potrącił go samochód, także wtedy, gdy będzie to pojazd automatyczny i bez kierowcy, samochód jest bowiem od człowieka mocniejszy. Powinniśmy się bać urządzeń, które funkcjonują w sposób dla nas niebezpieczny. Robot stanie się takim urządzeniem, jeżeli uda nam się wyposażyć go nie tyle w inteligencję, ile w mechanizmy imitujące skutki określonej funkcjonalności człowieka.

Na przykład złość, nienawiść, chęć dominacji?
– Niekoniecznie. Mam na myśli wyposażenie robotów w mechanizmy funkcjonujące podobnie jak świadomość istnienia oraz instynkt samozachowawczy człowieka. Nie chcę przez to powiedzieć, że urządzenie będzie miało świadomość, tylko że jego zachowanie będzie podobne do zachowania jednostki rozumnej, takiej jak świadomy swojego istnienia człowiek. Maszyna nie otrzyma świadomości, ale będzie tak się zachowywała, jakby ją miała. Tego typu rozważania pojawiły się już w literaturze science fiction w latach 20. XX w. Na przykład w słynnej sztuce Karela Čapka „R.U.R.”, skąd zresztą pochodzi słowo robot. W tej sztuce roboty zachowywały się jak ludzie walczący o przetrwanie i dominację. Podobne motywy odnajdujemy też w bliższym nam czasie, np. w klasycznym już filmie „Łowca androidów” (1982).

Czy doniesienia naukowe, że wykorzystujemy tylko 10% potencjału, wskazują, że człowiek może jednak wygrać ten pojedynek?
– Na razie tak. W pewnych pojedynczych działaniach osiągnięto bardzo wysoki poziom symulacji, np. podczas gry w szachy czy w go. Jesteśmy jednak wciąż bardzo daleko od możliwości modelowania całości zachowań człowieka, nawet bardzo prymitywnych. Liczba decyzji podejmowanych każdego dnia okazuje się tak ogromna, że minie dużo czasu, zanim powstanie urządzenie będące w stanie uporać się ze wszystkimi problemami, którego działania będą nieodróżnialne od ludzkich. Nie możemy przewidzieć, czy i kiedy tak się stanie, bo z dotychczasowych doświadczeń wynika, że żadna prognoza w tym zakresie się nie sprawdziła.

Zajmijmy się praktycznymi zastosowaniami sztucznej inteligencji. Czy z języka naturalnego można stworzyć sztuczny?
– Pytanie bardzo trafne. Co więcej, problem ten był przedmiotem poważnych badań naukowych, np. prowadzonych przez Richarda Montague, który zaproponował (1974), by semantykę języków naturalnych, takich jak język angielski, badać metodami opracowanymi dla języków sztucznych przez polskiego uczonego Alfreda Tarskiego. Montague zaproponował sprowadzenie opisu języka angielskiego do systemu reguł, który co do precyzji byłby porównywalny z regułami języka logiki matematycznej. Otworzyło to pole do prac w zakresie komputerowego modelowania języka naturalnego, a w dalszej perspektywie do zaopatrzenia robotów w kompetencję językową porównywalną z ludzką.

Czy maszynowe tłumaczenie tekstów może być kiedyś lepsze od ludzkiego? Gdy się korzysta z komputerowych tłumaczy, zdania z angielskiego wychodzą po polsku jako tako, z japońskiego – fatalnie.
– Systemy tłumaczące wciąż nie dorównują człowiekowi, choć w tej dziedzinie dokonuje się intensywny postęp. Jeśli chodzi o angielski, w badania zainwestowano mnóstwo pracy informatyków i lingwistów, co dało obiecujące wyniki w tłumaczeniu w obie strony. Jest to ważne, gdyż angielski, jako stosunkowo prosty, szybko wyparł inne języki pretendujące do roli lingua franca.

Specjaliści twierdzą, że systemy tłumaczące nadają się najbardziej do przekładania tekstów technicznych.
– To zrozumiałe, bo języki techniczne są językami sztucznymi, nadbudowanymi na językach naturalnych. Odwołują się do jednoznacznej terminologii, operują uproszczoną składnią i są pozbawione elementów charakterystycznych dla języka potocznego, a także literackiego. Nie posługują się metaforą ani chwytami retorycznymi. Człowiek mówi często na skróty, a maszyna musi się domyślać skrótów. Tłumaczenie i rozumienie tekstu składają się na jedno z najtrudniejszych wyzwań informatyki od 70 lat. Warto pamiętać, że tuż po zakończeniu II wojny światowej zaczęto pracować nad wykorzystaniem istniejących już maszyn matematycznych do tłumaczenia tekstów – ze skutkami, jakie każdy widzi. Modelowanie kompetencji językowych człowieka będzie wymagało modelowania także olbrzymiej wiedzy o świecie, jaką ma nawet najmniej wykształcony człowiek.

Jak donosi producent najnowszej wersji smartfona, ten telefon rozpoznaje rysy twarzy właściciela i nie jest potrzebny inny kod dostępu. A przecież takiego iPhone’a można chyba łatwo oszukać odpowiednią charakteryzacją, makijażem, nie mówiąc o operacji plastycznej.
– Można oszukać iPhone’a, tak samo jak można oszukać żywego obserwatora. Pewniejszym identyfikatorem wydają się linie papilarne lub tęczówka oka, chociaż w tym ostatnim przypadku założenie szkieł kontaktowych może zmienić kolor tęczówki.

Wspomina się także o innych pożytkach z komputera, np. w rozpoznawaniu mowy albo odręcznego pisma. To coś z gatunku problemu, jaki się pojawił w związku ze słynnym podpisem Lecha Wałęsy na dokumentach SB.
– Automatowi bym nie ufał, tak jak nie można do końca ufać wykrywaczom kłamstw, co do których występują zresztą liczne kontrowersje.

Czyli w przypadku badania podpisu lepszy jest żywy grafolog?
– Na 100% nie ufałbym ani jednemu, ani drugiemu.

Pozostaje zatem uwierzyć w to, co mówi sam prezydent Lech Wałęsa.
– Z różnych względów tak.

Zaawansowane programy informatyczne mogą także służyć twórcom. Ponoć utwory muzyczne wygenerowane przez komputer są nie do rozpoznania nawet przez specjalistów.
– Zadałbym jednak pytanie, czy utwór skomponowany przez maszynę można uważać za dzieło sztuki. Uważam, że nie. Aby mieć do czynienia z dziełem sztuki, musi być autor mający coś do powiedzenia odbiorcy poprzez swoje dzieło. Samo tylko dostarczanie przyjemnych dźwięków nie jest według mnie twórczością artystyczną. Jeśli autor nie ma nic do powiedzenia, może go zastąpić dobrze wyszkolona małpa albo odpowiednio zaprogramowana maszyna. Gdyby chcieć uważać wykonany artefakt za dzieło sztuki, trzeba by się dopatrywać artysty odpowiednio w treserze zwierząt lub programiście. Problem zresztą nie jest nowy. Ada Lovelace, córka lorda Byrona, uważana za pierwszego programistę w historii, tworzyła software na nieistniejącą maszynę Charlesa Babbage’a i jeszcze w połowie XIX w. przewidywała, że w przyszłości będą działały maszyny malujące obrazy i piszące muzykę.

Nowoczesne techniki z zakresu zarządzania personelem zakładają, że dzięki odpowiedniemu oprogramowaniu można z grona kandydatów do pracy wybrać najlepszego, najbardziej kreatywnego.
– Nie zaryzykowałbym. Wolałbym poprosić kogoś, kogo będę zatrudniał, żeby mi opowiedział, jaki film ostatnio oglądał, jaką książkę przeczytał albo jaki wiersz zapamiętał z dzieciństwa. Stąd będę czerpał wiedzę, której naprawdę potrzebuję, bo pokaże mi ona umiejętność zachowania się potencjalnego pracownika w sytuacjach dla niego nietypowych, niespodziewanych i nowych. I właśnie w ten sposób niektórzy definiują inteligencję.

Wydanie: 6/2018

Kategorie: Nauka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy