Życie z lustracją

Życie z lustracją

Film o Stasi spotkał się z ciepłym przyjęciem zarówno wśród radykalnych zwolenników, jak i przeciwników ujawniania współpracowników SB

Miniony rok w kinie europejskim upłynął pod znakiem wielkiego triumfu „Życia na podsłuchu” w reżyserii Floriana Henckela von Donnersmarcka. Europejska Akademia Filmowa uznała pełnometrażowy debiut 33-letniego niemieckiego reżysera za najlepszy film roku, doszły do tego wyróżnienia za najlepszy scenariusz i reżyserię oraz nagroda dla znakomitego Ulricha Mühego, jako odtwórcy głównej roli. Film zdobył również uznanie Amerykańskiej Akademii Filmowej, która nominowała go do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Warto podkreślić, że jako jedni z pierwszych to

polscy koneserzy docenili

jego wartość, przyznając mu Nagrodę Publiczności na 22. Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Obecnie film von Donnersmarcka w kinach całego kraju jest dostępny szerszej publiczności.
Jeśli chodzi o frekwencję, może on spokojnie rywalizować z amerykańskimi superprodukcjami, jeśli zaś chodzi o emocje, jakie wzbudza wśród publicystów i komentatorów politycznych, to bije je na głowę.
Co ciekawe „Życie na podsłuchu” spotkało się z ciepłym przyjęciem zarówno wśród radykalnych zwolenników lustracji spod znaku mediów skupionych wokół koncernu Axel Springer, jak i wśród jej przeciwników symbolizowanych przez „Gazetę Wyborczą”.
Tym pierwszym w smak była końcowa część filmu, gdy już po upadku NRD główny bohater – inwigilowany przez Stasi pisarz – udaje się do Urzędu Gaucka i otrzymuje całość materiałów, jakie zebrała na jego temat NRD-owska służba bezpieczeństwa. Dzięki obowiązującemu w Niemczech prawu lustracyjnemu każdy były obywatel NRD może zajrzeć do swojej teczki i dowiedzieć się, kto na niego donosił. Urząd Gaucka rozpatruje wniosek o udostępnienie akt kilkanaście tygodni. Zainteresowany następnie umawia się na wizytę i na miejscu otrzymuje do wglądu skopiowane dokumenty. Są na nich zaczernione nazwiska osób postronnych, ale nazwiska lub pseudonimy tajnych współpracowników pozostają ujawnione.
Film z całą pewnością nie stanowi jednak pochwały lustracji, wprost przeciwnie – obraz von Donnersmarcka można interpretować jako krytykę panującej nad Wisłą gorączki lustracyjnej. Postać głównego bohatera „Życia na podsłuchu”, Gerda Wieslera, granego przez wspomnianego już Ulricha Mühego, doskonale pokazuje, że funkcjonariusze bezpieki nie stanowili bezdusznej masy sadystycznych oprawców, wobec których należy zastosować zasadę

odpowiedzialności zbiorowej.

Zamiast bezwzględnego esbeka mamy do czynienia z wyciszonym człowiekiem, wierzącym w cel swojej pracy. Gdy system wartości, w jakie wierzył, ulega destrukcji, decyduje się postawić godność inwigilowanego przez niego artysty nad zachciankami zdegenerowanego aparatczyka partyjnego. Wiesler podejmuje niebezpieczną grę, w której stawką jest jego kariera, a może nawet życie. Życie udało mu się ocalić, kariera załamała się, jednak to on jest moralnym zwycięzcą. Von Donnersmarck nie pozostawia co do tego cienia wątpliwości, gdy w ostatniej scenie filmu były funkcjonariusz Stasi dostrzega na witrynie księgarni im. Karola Marksa książkę autorstwa inwigilowanego przez niego pisarza. „Sonata dla dobrego człowieka” – brzmi jej tytuł. „Czy zapakować?”, pyta sprzedawca. „Nie, to dla mnie”, odpowiada Wiesler, a jego ustami reżyser odpowiada również polskim lustratorom: „Tak, panowie, byli również dobrzy esbecy”.
Sam mam poważne wątpliwości, czy można używać kategorii dobra, mówiąc o funkcjonariuszach bezpieki. Nie zmienia to jednak faktu, że nie można stosować zasady odpowiedzialności zbiorowej wobec byłych funkcjonariuszy tajnych służb. Podobnie rzecz ma się z tymi, którzy byli ich współpracownikami. „Życie na podsłuchu” doskonale pokazuje, jak skomplikowane były sytuacje życiowe ludzi zmuszonych do współpracy. Czy wszyscy oni zasługują na jednoznaczne potępienie moralne?
Film Henckela von Donnersmarcka zdaje się bardzo głośnym wołaniem o indywidualne traktowanie każdego IM (Inoffizieller Mitarbeiter) czy TW. Zresztą niemieckie społeczeństwo potrafiło się na to zdobyć. Świadczy o tym chociażby przypadek Manfreda Stolpego, byłego premiera Brandenburgii i federalnego ministra budownictwa. Polityk SPD został zdemaskowany jako IM, jednak mimo to

wielokrotnie wygrywał wybory

w zjednoczonych Niemczech, gdyż obywatele uznali, że to nie przeszłość, lecz teraźniejszość jest w życiu politycznym najważniejsza.
Lustrować czy nie lustrować? – można zapytać po tym bardzo pobieżnym prześledzeniu niemieckich przygód z lustracją. Jest to z pewnością temat do dyskusji. Na pewno jednak nie do dyskusji na takim poziomie, jaka obecnie ma miejsce w Polsce, gdzie Jan Pospieszalski drżącym głosem pyta: „Jak żyć z sąsiadem agentem?”. Warto rozmawiać? Tak, za to Pospieszalskiego nie warto oglądać.

 

Wydanie: 6/2007

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy