Aktor nie musi być inteligentny

Aktor nie musi być inteligentny

Inteligencja bywa przydatna i do wielu wspaniałych efektów można dojść dzięki pracy głową, ale nie tylko tędy droga

Maciej Stuhr

Przez 20 lat na zawodowej drodze spotkał pan wielu reżyserów: Kieślowski, Pasikowski, Bajon, Szumowska, Holland… Czy oni odcisnęli na panu piętno swojej indywidualności, osobowości?
– Różnie z tym bywa. Reżyser pewnego filmu, który pani bardzo się podoba, był elementem zbędnym. Byłoby dużo lepiej, gdyby go nie było, bo tylko się pałętał, coś krzyczał i histeryzował. Film zrobili scenarzysta, operator i aktorzy. Oczywiście są reżyserzy, za którymi idzie się jak w ogień, np. Wojtek Smarzowski. Cała ekipa dałaby się pochlastać za niego. „Wesele” to była jedna z moich największych przygód emocjonalnych. Wszyscy byliśmy wkręceni w Wojtka. Jak widzę ten film na ekranie, od razu mam posmak żołądkowej gorzkiej w ustach. Ten zbiór ludzi: Iwona Bielska, Marian Dziędziel, Tamara Arciuch, Ela Jarosik, Bartek Topa, Tymon Tymański… Moja rola na tle korowodu tych barwnych typasów, postaci i potworów gdzieś tam w sumie znikała, była tylko przewodnikiem po tej historii. O wiele ważniejszy był w ogóle udział w tym przedsięwzięciu i sam Wojtek. Byliśmy w nim absolutnie zakochani.

Tak, to się czasami zdarza, że pomiędzy reżyserem a aktorem nawiązuje się nić sympatii. Dużej sympatii. Czy to w aktorze rodzi szczególne oczekiwania, nadzieje na kolejne role? Na ten telefon, który zadzwoni?
– Najgorsze jest to, że ta sympatia nie jest warunkiem koniecznym. Powiedziałbym wręcz, że spora część moich najfajniejszych filmów powstawała z jakimiś palantami i one nam po prostu wyszły. A niektóre filmy, choć śmiechom i żartom nie było końca i biesiadowało się z reżyserem do piątej nad ranem, codziennie śpiewając „Modlitwę o wschodzie słońca”, niestety nie uratowały się dzięki temu.

Mówimy tu dużo o mężczyznach, kolegach ze sceny, z planu, autorytetach, inspiracjach, nauczycielach, przewodnikach, guru… Ciekawe, czy siedział pan kiedyś zahipnotyzowany za kulisami i patrzył z zachwytem na którąś aktorkę. Przecież i w filmach, i w teatrze grał pan z całą plejadą pięknych, utalentowanych, nieobliczalnych, zjawiskowych kobiet.
– Zanim grałem, byłem widzem. Pamiętam taki spektakl w Teatrze Starym, nazywał się „Operetka”, gdzie, jak napisał autor, główna bohaterka Albertynka marzy o nagości, nagości chce i tę nagość w finale osiąga. Albertynkę w tym przedstawieniu kreowała Dorota Segda u zarania swojej kariery. Ja wtedy miałem kilkanaście lat i często chodziłem do Teatru Starego, momentami co wieczór tam bywałem. I ten spektakl cechowała wyjątkowa podłość inscenizatorska, ponieważ rozgrywał się on na dwóch scenach. Część na dużej scenie, a potem słynny podest, który Konrad Swinarski postawił w „Dziadach”, biegnący przez całą długość widowni, prowadził do malutkiej scenki z tyłu sali, gdzie rozgrywały się różne rzeczy, m.in. tamże właśnie Albertynka się obnażała. No i teraz jak to zrobić, żeby się obrócić i nie mieć na twarzy wypisanego powodu tego obracania. Więc powiem pani, że ponieważ byłem naonczas młodzieńcem niezwykle prawym, może raz tam łypnąłem okiem, a tak to za każdym razem na tym przedstawieniu ostentacyjnie się nie odwracałem, pokazując wszystkim, że mnie to kompletnie nie interesuje. A w końcu była to Dorota Segda, więc nie przelewki, proszę pani. Nie przelewki. No, ale prawość zwyciężyła…

U Swinarskiego ten podest symbolizował drogę dochodzenia Konrada do prawdy o samym sobie.
– Tak, to zabawne. W tym również czasie, albo nawet troszkę wcześniej, rodzice zakupili odtwarzacz VHS i nagrałem sobie z telewizji film pod wdzięcznym tytułem „Pierścień i róża”. Była to historia księcia Bulba granego przez młodziutkiego Zbyszka Zamachowskiego, a w roli ślicznej Rózi wystąpiła równie młodziutka Katarzyna Figura. I tam była taka scena, że ta księżniczka, proszę pani, biegnie przez pole. I ona biegła w takiej haleczce… Nie będę się wdawać w szczegóły, powiem tylko, że nasz bardzo nowoczesny odtwarzacz wideo, z pewexu, posiadał funkcję zwolnionego tempa, a nawet oglądania klatka po klatce. Tu okazało się, że sprawdza się to rewelacyjnie, gdy chodzi o klatkę piersiową. I to jedno jedyne miejsce na tej kasecie zupełnie się przetarło i wyblakło, bo za dużo razy głowica po nim przejechała. Dla chłopca to jest straszny widok. Straszny. Ta niemoc realizacji marzeń erotycznych, a jeszcze w stosunku do kobiety starszej, w której się zakochuje, jak ma 12 lat, i wie, że to się nigdy nie stanie, nie spełni…

Teraz żartujemy, ale pomyślałem o tym, pracując nad rolą w „Aniołach w Ameryce”. Wtedy, po latach, przypomniałem sobie tamte uczucia i uświadomiłem sobie, że to właśnie może odczuwać gej, który patrzy na mężczyznę hetero i wie, że nigdy go nie będzie miał, nigdy go nie dotknie. Pamiętam, któregoś wieczoru po jednej z prób wróciłem do domu, malutka Matylda spała, żona coś tam sobie czytała, usiadłem w fotelu, popatrzyłem na nie i pomyślałem: „Kurczę, a gdyby to było zakazane? Co by dla mnie to oznaczało?”. Zacząłem tworzyć różne konstrukcje teoretyczne i wtedy przeraziłem się kompletnie, bo przez chwilę naprawdę poczułem, co to musi znaczyć. Ale dygresja dygresję zaczęła gonić, a myśmy byli przy kobietach.

Wiem, czego nauczył się pan od mężczyzn: Globisza, Peszka, Gajosa, Pasikowskiego, Warlikowskiego… Czy aktor może nauczyć się czegoś od koleżanki aktorki? Czy w ogóle CHCE się nauczyć czegoś od kobiety w teatrze, w filmie?
– Podczas realizacji jednego z pierwszych moich filmów wystąpiłem u boku przepięknej aktorki i bardzo zdolnej, z którą odgrywaliśmy role protagonistów. Ja się zaraziłem aktorstwem dawno temu, w latach 90. w Teatrze Starym. Mimo że minęły wieki, zmieniły się epoki, a ja jestem w zupełnie innym teatrze, pewien sposób podejścia do tekstu, analizy psychologicznej, intelektualnej mam wrażenie został mi zaszczepiony właśnie wtedy. I tak też większość swoich ról konstruowałem. Myślałem, że to jest jedyna droga do osiągnięcia spełnienia aktorskiego. No i życie mnie zaskoczyło.

Otóż ta koleżanka, z którą występowałem, nie tylko nie rozumiała, co się dzieje na planie, ona w ogóle czasami nie wiedziała, gdzie jest. Dopiero po latach dowiedziałem się, że przechodziła bardzo trudny moment narkotyczny, ale wtedy byłem za młody, żeby takie rzeczy zrozumieć. Pytania, które zadawała, albo odpowiedzi, których udzielała, świadczyły o tym, że była kompletnie odklejona. Coś się do niej mówiło, a ona nie wiedziała, że to do niej. Forrest Gump przy niej to był Leszek Kołakowski. Tymczasem padało słowo „akcja” i ona grała. Ale jak grała! Grała jak z nut! Koncertowo! To było coś niesamowitego. Po raz pierwszy zobaczyłem, że ktoś może nic nie rozumieć i świetnie grać.

Wtedy sam zrozumiałem, że inteligencja nie jest w zawodzie aktora niezbędna. Bywa przydatna i do wielu wspaniałych efektów można dojść dzięki pracy głową, ale nie tylko tędy droga. Wręcz powiedziałbym, jest takie piękne zdanie Witkacego, „nadmiar intelektu odbiera odwagę czynu”. Uwielbiam to zdanie, ale zawsze się go bardzo bałem.

Dlaczego?
– Bałem się, bo zawsze miałem ciągoty do tej analizy psychologiczno-intelektualnej, aż któregoś dnia za sprawą mojego osobistego Zygmunta III Wazy, czyli Andrzeja Domalika, który przeniósł mnie z Krakowa do Warszawy, stawiłem się na próbach do „Rewizora”, do roli Chlestakowa. Ten urzędniczyna z Petersburga zostaje omyłkowo wzięty za ważną figurę, za urzędnika wyższej rangi, więc gospodarze pięknie go podejmują, podlizują się, upijają, wręczają łapówki, a dziewczyny go całują. No i on w pewnym momencie odlatuje zupełnie i zaczyna swój wielki monolog, jeden z najsłynniejszych monologów teatralnych, tzw. lot Chlestakowa. Tam opowiada, że zupa przyjechała w rondlu okrętem wprost z Paryża, podnosi się przykrywka od wazy, bucha para taka, że podobnej nie ma w całym świecie. I ja tę całą rolę próbowałem właśnie od a do b, do c…

Próbowaliśmy, próbowaliśmy, Janusz Gajos na scenie, trzeba się pilnować. Bo pan Gajos jest niezwykle ciepłym, uprzejmym, przyjacielskim i cudownym, do rany przyłóż człowiekiem, ale jako aktor doskonale wie, co musi zrobić, żeby mu wyszła rola. I to zrobi. Nie może się wydarzyć nic, co by mu w tym przeszkodziło.

Nie chodzi o to, że ty nie możesz odnieść przy nim sukcesu, tylko on się nie będzie za tobą oglądał, bo to nie jest jego cel. Oczywiście zawsze lepiej się gra w lepszym przedstawieniu z lepszymi partnerami, ale jak, nie daj Boże, staniesz mu na drodze do celu, to będzie z tobą źle.

No więc maksymalne skupienie, żeby mu nie przeciąć linii łączącej jego wzrok z oczami widzów, i nawet szło dość dobrze, dość dobrze, aż dochodziło do tego monologu i klapa. Bo, rany boskie, jak zanalizować intelektualnie: „Zupa przyjechała w rondlu okrętem wprost z Paryża”?! Nie rozbierzesz tego zdania. Zbliżała się premiera, no i w tej największej mojej scenie, na którą każdy recenzent będzie czekał jak na „Być albo nie być” Hamleta, cały czas był ogromny niedosyt.

Postanowiłem zaprzeczyć szkole krakowsko-jarockiej, kupiłem sobie, proszę pani, whisky typu Johnnie Walker, walnąłem 200 ml przed próbą, na której mieliśmy to ćwiczyć, no i poleciałem metodą mojej koleżanki z filmu. Na tyle jeszcze zachowałem przytomność, że zdołałem zapamiętać to, co się wydarzyło. A wydarzyły się przepiękne rzeczy, zacząłem chodzić po krzesłach. Wymyśliłem taką defiladę, że maszerowałem po łuku z krzeseł, które stały puste po moich gospodarzach. W pewnym momencie musiałbym dojść do końca, więc w strachu, żebym nie spadł, Dobczyński i Bobczyński zrobili taki taniec z dwoma krzesłami, że ja sobie szedłem, a oni pach, pach, pach i na zmianę podkładali mi kolejne krzesła. Gdzieś tam w końcu spadłem na pysk, ale scena wyszła brawurowo. Oczywiście potem już nie musiałem co wieczór pić, żeby tak zagrać.

Skorzystał pan doraźnie z dobrodziejstwa alkoholu także przy słynnej scenie balu w „Przedwiośniu”. Zastanawiam się, czy można w tym zawodzie używać alkoholu co wieczór, czy następuje szybkie zużycie materiału.
– To jest bardzo, proszę pani, trudny temat. Właśnie ten fragment, gdybym odpowiedział na niego szczerze, byłby cytowany przez wszystkie plotkarskie portale. Bo, niestety, można i jest wielu, którzy tak robią. Jedna rzecz jest przerażająca i jest pułapką, w którą wielu aktorów wpada, a o której przypomina anegdota opowiedziana przed chwilą, że jak się napijesz, to się rozluźnisz, przestajesz kombinować, tylko „lecisz”. Po prostu robisz rzeczy odważnie, błyskotliwie, niekonwencjonalnie. Nagle masz w sobie moc: patrz na tego faceta, patrz, co on robi, patrz, patrz, patrz… No bo przestajesz się pilnować. I jak ktoś w tym zagustuje, to rzeczywiście się wspomaga. Ja pamiętam… O Jezus, no i teraz mówić czy nie mówić? Bo to się będzie potem ciągnąć za mną latami…

Spróbujmy. Najwyżej potem się ocenzurujemy.
– Pamiętam jedno przedstawienie Warlikowskiego w Paryżu, gdzie przesadziłem z rozluźnieniem i niestety leciutko bełkotałem. Na szczęście publiczność francuska mogła się nie zorientować. Po ukłonach schodzę ze sceny, a tam stoi Krzysiek, który się rozpływa nade mną w zachwytach: że to było genialne, że dotknąłem tego, o co zawsze mu chodziło, że jemu nie mieści się w głowie, że można tak zagrać! Nigdy mnie tak nie skomplementował jak wtedy. I ja taki unoszący się 15 centymetrów nad ziemią poszedłem dalej korytarzem w stronę swojej garderoby, minąłem róg, a tam pluton egzekucyjny w składzie Ostaszewska, Cielecka, Poniedziałek, którzy chcieli mnie rozstrzelać: „Kurwa, Maciek, ja pierdolę, nie da się z tobą grać! Zabiję cię, ty padalcu!”. Z nieba do piekła w 15 sekund.

No ale rozumiałem ich doskonale, bo też miałem okazję grać z pijanym kolegą i wiem, że dla partnerów to jest ogromny stres.

Bo to jest kompletna niewiadoma? Nieprzewidywalność?
– Wstyd. Wstyd za niego i za siebie. Zażenowanie, wściekłość. Jak ty widzisz, wydaje ci się, że wszyscy widzą, chociaż myślę, że aktor musiałby już naprawdę być pijany w sztok, żeby ludzie to zobaczyli. My jednak mamy cholerną kontrolę nad swoim ciałem, a już zwłaszcza w teatrze, gdzie mamy wyuczone gesty i słowa. Znam fachowców, którzy mogą naprawdę dużo wypić i zagrać przedstawienie. Zna pani historię, jak Z., pewien znany, wielki aktor, przyniósł ogłoszenie do teatru?

Znam mnóstwo historii z terytorium Krakowa, ale Z., jak się domyślam, był z Warszawy.
– Otóż Z. przychodzi do teatru i wiesza kartkę na tablicy ogłoszeń: „Chciałem bardzo przeprosić cały zespół artystyczny, techniczny oraz dyrekcję, że wczoraj z powodu moich kłopotów zdrowotnych nie zagrałem przedstawienia. Obiecuję pracować nad sobą. To już nigdy w życiu więcej się nie powtórzy”. Przychodzą koledzy, czytają to ogłoszenie i mówią: „Zbyszku, ale przecież ty grałeś wczoraj spektakl…”. Oczywiście, ja to znam z anegdot, z opowieści, tak naprawdę nie wiem, czy to było akurat o nim.

Pamiętam, kiedyś przy okazji „Rewizora” siedzę w bufecie Teatru Dramatycznego i opowiadam anegdoty. Anegdota goni anegdotę, śmiechom i żartom nie ma końca. I siedzi z nami Adam Ferency, i ja mówię: „Adaś, a słyszałeś to? Kabaret Dudek, lata 70., wracali skądś tam po całonocnej bibie kompletnie nawaleni, jeszcze piją w tym aucie, upał straszny i Gołasowi zachciało się rzygać. Kazał zatrzymać samochód, otworzył drzwi i wyrzygał się prosto z siedzenia na chodnik, a tu akurat ludzie z kościoła wychodzili. Natychmiast rozpoznali i Gołasa, i Dziewońskiego, który siedział obok. Gołas tak patrzy na nich, oni na niego i mówi: „TAK! To MY! Wasi U-LU-BIEŃ-CY!”. Wszyscy dookoła się śmieją, a Ferency siedzi ponury. „Adaś, co się stało, czemu się nie śmiejesz?”. Nic się nie odzywa, aż w końcu słychać: „Kurwa, to nie był Gołas”. „Jak to nie był? Ja tak słyszałem. A kto to był?”. „Ja!”.

Wróćmy jeszcze do aktorek, które miały na pana wpływ.
– Myślę, że Krysia Janda jest najlepszym przykładem. Jakbym widział mojego ojca w spódnicy. Oni są z jednego pnia ciosani. Mają dokładnie to samo podejście do zawodu, sposobu uprawiania, to samo im się podoba w kinie, w teatrze. Mają podobne doświadczenia życiowe. Takie dwa czołgi, których nie rozjedziesz niczym.

Pamięta pani film „Tatarak”? W tym filmie Krystyna ma na łóżku monolog o śmierci swojego męża i mówi takie zdanie: „Jak ja mogłam tego wieczoru pójść do teatru i zagrać… Nie wiem, nie rozumiem tego…”. No więc ja grałem to przedstawienie razem z nią. I chociaż, jak pani dobrze wie, nienawidzę traktowania tego zawodu jako misji, to widziałem po tej kobiecie, która grała farsę cztery godziny po śmierci męża, że ten zawód może być czasem misją. To była misja, bo przyjechali widzowie z Ostrołęki autokarem, wszystkie bilety były – kurwa – wyprzedane i ona nie chciała ich zawieść. Uważała, że Edward dlatego umarł o 15, żeby ona zdążyła na spektakl na 19.

To mnie wtedy dużo nauczyło. Nie wiem, czy zrobiłbym to samo na jej miejscu. Nie śmiem tego oceniać w żadnych kategoriach. Ale nie zapomnę tego do końca życia. (…)

Opowiadał mi pan kiedyś, ale dość nieśmiało, o swoich próbach podboju Hollywood. W Polsce od czasu „Pociągu do Hollywood” z Kasią Figurą w roli głównej jest to temat, który rozpala emocje. Wygląda na to, że panie wykazują tu zdecydowanie większą aktywność i determinację: Weronika Rosati, Alicja Bachleda-Curuś, Iza Miko… Panów w tym gronie poszukiwaczy szczęścia nie ma. Chyra, Dorociński, Szyc, Więckiewicz, Kot… nikt z nich tam się nie wybiera. To może wrócimy do tematu, mamy idealną okazję.
– Pewnego dnia, za pośrednictwem Weroniki Rosati, z którą graliśmy akurat w „Obławie”, zwrócił się do mnie amerykański agent z prośbą o nagranie na jakiś casting. To jest zresztą fantastyczne, że teraz udział w castingach jest o wiele łatwiejszy, ponieważ można nagrać się w przysłowiowej Koziej Wólce, a po paru minutach producent w Hollywood ma to nagranie u siebie na biurku. Więc jeśli ktoś naprawdę chce, można się wszędzie pokazać. W każdym razie w ten sposób nawiązałem kontakt, a nawet zapytałem tego agenta, czy moglibyśmy bardziej się zaprzyjaźnić, bo kto wie, może kiedyś to się na coś przyda. Odpowiedział szybko, konkretnie, po amerykańsku: „To przyjedź, poznamy się, skontaktuję cię z paroma osobami i zobaczymy, co z tego wyniknie”.

Wszystko odbywało się mejlowo i w pewnym momencie tak się akurat złożyło, że miałem dwa tygodnie wolne, więc kupiłem bilet, poleciałem do Los Angeles. Dotarłem, poznałem agenta-menedżera i on natychmiast wysłał mnie na parę castingów, bo tam bez przerwy dzieje się bardzo dużo rzeczy. I już samo pójście na casting oznacza, że robisz karierę. Nie rozumiałem tego, ale w jednym z klubów poznałem aktora, który mieszkał w Los Angeles od dwóch lat, i kiedy dowiedział się, że ja przyleciałem kilka dni wcześniej i już byłem na trzech castingach, to po prostu zwariował. On o tym marzył, ale nie mógł się dobić, bo był jednym z dwóch miliardów aktorów, którzy czekają na swoją szansę, a producenci mogą zobaczyć tylko kilkadziesiąt osób. Znaleźć się w tej wyselekcjonowanej grupie jest cholernie trudno. Pamiętam, jak mi tłumaczył, jakie mam szczęście, że mój agent mi to załatwił.

Tak więc chodziłem na te castingi, spotykałem się z różnymi ludźmi, z którymi mnie umówił, dużo gadaliśmy. Oczywiście w takiej sytuacji pierwsze pytanie do wszystkich aktorów z zagranicy jest identyczne: „What’s your status?”. Jak jest z twoim obywatelstwem? Czy masz zieloną kartę i pozwolenie na pracę? – bo tam jest duży problem ze związkami, które burzą się, gdy ktoś chce zatrudnić aktora niezrzeszonego w związku. Więc kiedy studio mimo wszystko decyduje, że chce mieć aktora spoza Ameryki, musi wystąpić o wizę pracowniczą i udowodnić, że właśnie ten aktor i żaden inny jest niezbędny do stworzenia tego arcydzieła i bez niego Ameryka dozna wielkiego oraz nieodwracalnego uszczerbku na polu kultury. Czasami to się rzeczywiście udaje, ale produkcja musi naprawdę się uprzeć i bardzo chcieć zawalczyć o aktora. Dlatego najlepiej mieć zieloną kartę.

Green Card była nawet tytułową bohaterką zgrabnego filmu Petera Weira. Czy zdobycie tej mitycznej karty jest w ogóle realne dla polskiego aktora?
– Jest trudne do załatwienia, ale jeżeli zrobiło się karierę w swoim kraju, to przy pomocy dobrego adwokata, sowicie opłacanego, ponoć można tę kartę w kilka, góra kilkanaście miesięcy dostać. Tylko że zielona karta nie jest dana raz na zawsze. Amerykanie traktują ją szalenie poważnie, bo to jest taki wstęp do amerykańskiego obywatelstwa, wielkiej świętości. Trzeba więc tę kartę pielęgnować i przynajmniej sześć miesięcy spędzać w Stanach, starać się, ciężko pracować, dobrze się sprawować, w żadnym wypadku nie można sobie bimbać.

Pomyślałem, że to chyba nie jest przygoda dla mnie, tym bardziej że szybko zobaczyłem w mojej krótkiej współpracy z agentem, że odnośnie do niektórych rzeczy trudno nam znaleźć płaszczyznę porozumienia. Bo on mówi tak: „Dobra, wysyłam cię na casting w poniedziałek. Idziesz do »Szybcy i wściekli 5«. Tam jest rola Rosjanina…”. Ja na to wybuchnąłem malutkim śmiechem, a on się bardzo obruszył: „Ale o co ci chodzi? To »Szybcy i wściekli 5«… Nie rozumiem, dlaczego się śmiejesz”. Zobaczyłem w jego oczach, że śmiać się z castingu do „Szybcy i wściekli 5” znaczy, że trzeba mieć narąbane we łbie po prostu. A ja się jednak śmiałem, bo byłem już po „Pokłosiu” i „Obławie” i mimo wszystko „Szybcy i wściekli 5” nie znajdowali się w kręgu moich zainteresowań.

Potem mówi do mnie: „Słuchaj, nie wiem, jak to będzie, czy dostaniesz tę zieloną kartę, czy nie, ale na pilot season musisz przyjeżdżać”. „Ale co to jest pilot season?”, pytam grzecznie. „Co roku w styczniu jest pierwszy, jesienią drugi. Wtedy każda stacja telewizyjna produkuje 10 pilotów seriali, z czego potem do produkcji zatwierdzą jeden albo dwa-trzy maksymalnie. I jak trwa ten pilot season i oni kręcą wtedy na potęgę, musisz tu być, bo na pewno coś się trafi”. Ja mu na to: „No ale nie wiem, czy seriale to jest to, co mnie interesuje…”, i znowu poczułem się tak, jakbym mu matkę w kościele niechcący nadepnął. Już wtedy zrozumiałem, że gdybym jakoś powalczył, zacisnął zęby, rzeczywiście się postarał, tobym coś tam grał. Ale właśnie – coś tam. To jest adekwatne słowo. Moje zdjęcie z „Szybcy i wściekli 5” z pewnością wisiałoby na ołtarzyku mojego agenta i byłby ze mnie bardzo dumny, ale uznałem, że jednak w Polsce jest mi dobrze. Pomyślałem, że tu robię to, co chcę. I nie muszę robić niczego, czego bym nie chciał.

Kim była najważniejsza osoba, z którą pan tam się spotkał?
– Zdecydowanie najważniejszą osobą, jaką tam poznałem, był szef wszystkich castingowców na całe Universal Studios. Prawdziwa szycha hollywoodzka od castingów. Jeśli ktoś marzy, żeby wejść w tamtejsze układy, to nie można się było spotkać z lepszą osobą. Jeszcze w Warszawie razem z moją agentką przygotowałem książkę moich osiągnięć i całymi tygodniami zastanawialiśmy się, czym ja mogę się pochwalić, co tym decydentom za oceanem dobrze się skojarzy: no więc Kieślowski, Wajda, Holland, mimo że to nie są moje najważniejsze filmy, ale może te nazwiska komuś coś powiedzą…

No i on tę moją książeczkę przegląda, rozmawiamy, taka gadka szmatka, klasyczny small talk, cały czas się zastanawiam, co ja mu mogę jeszcze sprzedać, opowiedzieć o sobie, dorzucić, skoro wszystko, co miałem do powiedzenia, zostało powiedziane i trwało to 10, może 12 minut. Więc myślę sobie: „Aha, zaraz ta rozmowa dobiegnie do zwykłego finału”.

Zobaczyłem jednak, że on się poczuł trochę zobowiązany, żeby przynajmniej dopić kawę, więc postanowił, że teraz on mi powie, co robi, czyli że prosto stąd idzie na ważne spotkanie, bo właśnie obsadza najnowszą z wielkich kreskówek Studio Pixar Disney czy DreamWorks, którą potem cały świat będzie oglądał. Na co ja natychmiast się uruchomiłem i dla poddierżenia razgawora mówię: „A, tak, ja tego bardzo dużo robiłem, tych kreskówek Pixar Disney, bo zajmuję się również dubbingiem”. Wtedy on pyta: „A co robiłeś?”. No to wymieniam mu: „Nowe szaty króla”, „Zebrę z klasą”, „Zaplątanych”, „Kurczaka Małego”… I nagle widzę kompletną przemianę oblicza mojego interlokutora: „Grałeś w »Chicken Little«?! No way!!! A kogo?”. No to mówię: „Kurczaka Małego. Ja byłem Kurczak Mały na Polskę”. „O my Goooood!!! You?! That’s wonderful!!!”.

Tworząc książeczkę, którą on kilka minut wcześniej w sekundę przejrzał, myśląc nad nią dwa miesiące z moją agentką, nie wpadliśmy na to, żeby wpisać tam, że ja byłem Chicken Little na Polskę. Kompletnie nie przyszło nam to do głowy! A okazało się, że to było coś, co otworzyło nagle nową perspektywę, przynajmniej tej rozmowy, i on natychmiast wysłał mnie na trzy castingi. Zapytał tylko: „Kiedy wyjeżdżasz?”. „W piątek”. „OK, to we wtorek idziesz na casting tu, w środę tam, a w czwartek siam”.

Opowiadałem to moim studentom po powrocie: „Słuchajcie, nigdy nie wiecie, co, jak, gdzie i do czego wam się przyda. Na co szycha z branży zwróci uwagę w waszym zawodowym życiorysie”. Dla mnie dopiero po fakcie stało się logiczne, że on tak zareagował, ponieważ to mu uświadomiło proporcje mojej kariery w Polsce w stosunku do kariery w Stanach.

A pan jednak wrócił do domu.
– Wróciłem do domu, przemyślałem sprawę i powiedziałem adwokatowi, żeby nie załatwiał mi zielonej karty. Jak będą bardzo chcieli, to może kiedyś zapukają, a pewnie nie zapukają. No i po roku znalazłem się w Moskwie. Życie jest dość przewrotne!

Fragmenty książki Stuhrmówka. A imię jego czterdzieści i cztery. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką, Rebis, Poznań 2019

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 52/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy