Jazydki to bojowniczki

Jazydki to bojowniczki

Moja walka o prawa kobiet rozpoczęła się w chwili narodzin – w wielu krajach bycie dziewczynką jest wielkim wyzwaniem

Golshifteh Farahani – aktorka irańska

Czuje się pani równie dobrze w wielkich produkcjach amerykańskich w stylu „Piratów z Karaibów”, jak i w filmach autorskich typu „Paterson” Jima Jarmuscha, w lekkich komediach i w teatrze. Skąd taka różnorodność?
– Sama zadaję sobie czasami to pytanie. Powiedzmy, że wszystko wydaje mi się możliwe i że uwielbiam podejmować nowe wyzwania. Jedynym kryterium jest jakość projektów oraz to, czy wnoszą coś znaczącego w moje życie. Oczywiście są aktorzy, którzy wybrali określoną drogę i konsekwentnie nią podążają – czuję się im bliska, ale w moim przypadku chodzi bardziej o wierność sobie. Lubię eksperymentować – role są dla mnie rodzajem testu, za pomocą którego sprawdzam, do czego jestem zdolna, a do czego nie.

Miała pani być pianistką, nawet została pani przyjęta do słynnego konserwatorium w Wiedniu. Ale powiedziała pani „nie”.
– Zaczęłam grać na pianinie w wieku pięciu lat. Rodzice byli zachwyceni, widzieli we mnie przyszłą gwiazdę filharmonii. Jako nastolatka odmówiłam jednak wyjazdu do wiedeńskiego konserwatorium; kiedy miałam 14 lat, pojawiło się w moim życiu kino. Po pierwszej roli w „Gruszy” Dariusha Mehrjuiego poczułam, że aktorstwo jest moim światem. W kinie żyję wieloma życiami naraz i wciąż się rozwijam.

Pochodzi pani z artystycznej rodziny. Czy rodzice popierali pani zawodowe i życiowe wybory?
– W mojej rodzinie kulturę darzono zawsze najwyższym szacunkiem. Ojciec jest pisarzem, reżyserem i aktorem, mama studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Strasburgu. Rodzice wrócili do Iranu po upadku reżimu szacha – mieli nadzieję, że Iran się zmieni, otworzy na świat. Pomylili się. Nie mogę powiedzieć, żeby byli specjalnie zachwyceni moim wyborem – myślę, że bardzo o mnie się niepokoili.

Rodzice wrócili do Iranu, ale pani musiała wyemigrować. Pani rola w amerykańskiej superprodukcji w reżyserii Ridleya Scotta „W sieci kłamstw” wywołała skandal. Co właściwie się stało?
– Nie zapominajmy, że Ridley Scott jest Amerykaninem. Skandal obyczajowy wywołał jednak nie tylko sam film, ale również to, że na premierze pojawiłam się z odkrytą głową. Kiedy wróciłam do Iranu, władze skonfiskowały mój paszport – byłam podejrzana o kontakty z CIA. Nie mogłam się ruszyć z kraju i niewiele brakowało, żebym straciła rolę w „Co wiesz o Elly?” Asghara Farhadiego, który wykazał się ogromną odwagą, proponując mi kontrakt. Kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu, postanowiłam z niej skorzystać, w przeciwnym razie nie mogłabym się rozwijać i pracować.

Czy czas leczy rany?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nigdy nie chciałam opuszczać Iranu – to kraj, z którym łączą mnie silne więzi. Nie zapomniałam niczego, nawet najdrobniejszych szczegółów z mojego dzieciństwa. W Iranie żyją moi bliscy – nie mogę sobie wybaczyć, że nie uczestniczę w ich radościach i smutkach. Nie mogłam jednak postąpić inaczej, trochę jak zagrana przeze mnie w teatrze Anna Karenina, która stała się więźniem swojego losu. Po wyjeździe wpadłam w depresję. Pierwsze cztery lata były dla mnie bardzo trudne, ale z czasem udało mi się przekuć rozpacz w siłę. To wybór, przed którym stają wszyscy uchodźcy: jeśli pragną żyć, muszą stworzyć sobie nową tożsamość, choćby opartą w dużej mierze na grze pozorów. Ocaliło mnie aktorstwo, ale i ja nie jestem już tą samą osobą, którą byłam przed emigracją. Próbuję jednak posługiwać się moim bólem i żalem, budując role.

Często grywa pani kobiety, które szukają siebie, ewoluują, aby osiągnąć emocjonalną i życiową niezależność.
– To prawda – moje bohaterki często starają się wyzwolić spod presji rodziny, społeczeństwa i własnych ograniczeń. Decydują się żyć pełnią życia, a w każdym razie próbują zaistnieć. Pod tym względem są mi bardzo bliskie – uważam, że należy pozwolić sobie na wyzwania, próbować przezwyciężyć paraliżujący nas strach.

Po debiucie teatralnym w „Annie Kareninie” w Paryżu zagrała pani w kilku filmach. Czy wytężona praca to rodzaj samoobrony?
– Grając, czuję się wolna. Dlatego pracuję właściwie bez przerwy – praca pozwala mi zapominać o wszystkim, ale kiedy po zdjęciach wracam do hotelu, znów towarzyszy mi poczucie ogromnej samotności. Dlatego w wolnych chwilach podróżuję. Czasami jestem bardzo zmęczona, ale zawsze udaje mi się podnieść. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się osiągnąć równowagę – jestem na dobrej drodze.

Czy aktorstwo może być rodzajem psychoterapii?
– Na pewno. Zawsze staram się czerpać z własnych przeżyć. Moje bohaterki walczą z wewnętrznymi demonami, aby osiągnąć spokój. To także mój przypadek. Oczywiście nie mówię tu o rolach komediowych – te z kolei wymagają ode mnie wytężonej pracy, ponieważ humor i śmiech odbijają się ode mnie, jakbym nosiła niewidzialną zbroję. Choć bardzo lubię burleskę, lubię udawać klauna, nie jest to moja prawdziwa natura. Potrzebuję czasu i odpowiedniej atmosfery, aby poczuć się swobodnie.

Po wyjeździe z Iranu praca pozwoliła pani odzyskać poczucie bezpieczeństwa?
– Kino nie daje poczucia bezpieczeństwa, nie jest domem. Nie mogłam w nim się schronić, pozostałam sama z moimi traumami i dzięki kolejnym filmom dokonywałam emocjonalnej analizy samej siebie. Jeśli nie ma się domu, jedyną wartością, która może dać nam schronienie, jest miłość. Miałam dużo szczęścia, bo od samego początku otaczali mnie życzliwi ludzie, ich przyjaźń nie mogła jednak zastąpić uczucia najbliższych. Przyjechałam do Paryża przed Bożym Narodzeniem, które nie ma nic wspólnego z irańską tradycją. U nas Nouruz zaczyna się 21 marca i trwa 13 dni. Spędza się je w wielopokoleniowych rodzinach. To święta pełne radości i ciepła. Bardzo mi ich brakuje. Być może dlatego długo nie mogłam nigdzie osiąść. Nowego domu szukałam przez całe osiem lat.

Podobno znalazła go pani na Ibizie?
– To prawda – po raz pierwszy od 10 lat lubię wracać do siebie. Oczywiście istnieją również inne miejsca, w których mogłabym mieszkać – Australia czy Brazylia, ale Ibiza wydała mi się najlepszym wyborem. Nie osiadłam tu jednak do końca – ze względów osobistych często podróżuję do Porto, które bardzo lubię, jak całą Portugalię. Przez kilka lat mieszkałam w Paryżu, ale odczuwam potrzebę życia w harmonii z naturą i kontaktu z osobami kierującymi się wartościami bohemy lat 60. Ibiza jest pod tym względem prawdziwym rajem na ziemi. Ale Paryż wciąż mnie fascynuje. Niestety, wciąż powracano tam do kwestii mojego pochodzenia. W pewnej chwili poczułam, że się duszę.

Czy to rodzaj rasizmu?
– We Francji wciąż przypomina się imigrantom, że są inni – tropi się ślady obcego akcentu, wypytuje o korzenie. Szłam po bagietkę, a sprzedawczyni wypytywała, skąd pochodzę. To zjawisko istnieje na całym Zachodzie, ale nad Sekwaną odczuwa się je w sposób wyjątkowy. Dlatego dużo lepiej się czuję w miejscach, które nie należą do nikogo, gdzie wszyscy są skądś, jak w Nowym Jorku. Nigdy nie spotykałam się jednak z nieprzyjaznymi spojrzeniami lub odrzuceniem, które stało się udziałem imigrantów z Syrii czy Afryki. Dlatego doskonale rozumiem ich rozpacz i gniew.

Czy czuje się pani reprezentantką irańskich kobiet?
– Nie mam tego typu ambicji ani poczucia misji, zdaję sobie jednak sprawę z tego, że w moim kraju wszyscy uważnie mi się przyglądają. Dlatego czuję się jeszcze bardziej odpowiedzialna za własne wybory – każdy film, który kręcę, nabiera od razu wymiaru politycznego. To duży ciężar, ale i wielka radość – jestem szczęśliwa, że mogę przysłużyć się choć trochę moim irańskim siostrom. Zawsze czułam się buntowniczką. Moja walka o prawa kobiet rozpoczęła się w chwili moich narodzin – w wielu krajach bycie dziewczynką jest wielkim wyzwaniem. To status kobiety, której narzuca się określone normy społeczne, zmusił mnie do emigracji.

Na ostatnim festiwalu w Cannes prezentowała pani „Córki słońca” francuskiej reżyserki Evy Husson. To wzruszająca opowieść o jazydkach, które walczą przeciwko Państwu Islamskiemu.
– To bardzo ważny film, chociaż spotkał się w Cannes z mieszanym przyjęciem. Jazydki, zredukowane przez oprawców z Państwa Islamskiego do roli seksualnych niewolnic, nie są tu jednoznacznie przedstawione w roli ofiar. Właśnie to spodobało mi się w scenariuszu – na Zachodzie uwielbia się patrzeć na imigrantów jak na ofiary. „Córki słońca” zasługują na więcej niż taka etykietka i pobłażliwa litość. To bojowniczki, które nie cofają się przed agresorami, odzyskując tym samym godność.

Znała pani ich tragiczną historię?
– Interesowałam się nią od dawna, znałam nawet obowiązujące w Syrii ceny za kobiety. Na targach niewolnic najdroższe były dziewięcioletnie dziewczynki – płacono za nie po 200 dol. Tego nie zobaczymy w filmie, ale tak wyglądała i zapewne wygląda rzeczywistość.

Myśli pani o powrocie do Iranu?
– Marzę o tym dniami i nocami. Emigracja jest jak amputacja – udaje nam się żyć bez amputowanej części ciała, ale albo nigdy nie potrafimy zaadaptować się do nowej sytuacji, albo umiemy ją wykorzystać, by iść dalej. Zło zostało jednak wyrządzone i nigdy nie uda się go naprawić. Trzeba nauczyć się żyć na nowo.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 9/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy