Moje życie zaczęło się od czajnika

Moje życie zaczęło się od czajnika

Lubomir Tomaszewski – twórca nowoczesnego designu

Doskonale sztukę designu podsumował w jednej ze swoich książek poświęconych rozumieniu znaczenia słów prof. Jerzy Bralczyk:

„Dizajn – Zaprojektowany specjalnie wygląd przedmiotów codziennego użytku: mebli, urządzeń itp.; także »samo projektowanie«; »wzornictwo«. Z angielskiego design. Ważne jest, jak co wygląda. Jeżeli dziś zwracamy uwagę na wygląd rzeczy, których używamy, wnętrza, w którym jesteśmy, mieszkamy czy pracujemy, to nie tylko po to, żeby zobaczyć w nim, co się nam podoba lub nie, ale też żeby pomyśleć, kto, jak i po co to tak zaprojektował. To wszystko jest takie właśnie, jakie jest, bo taki pomysł miał artysta. Zostawił swój ślad, znak, który jest czytelny w angielskiej nazwie design, wciąż jeszcze częściej u nas używanej, a który zaciera się w powoli zastępującej ją nazwie z polska pisanej. Może podobnie jak jest z rzeczami: artysta jest w nich obecny, ale nie powinno go być zanadto widać”.

Zza porcelanowych figurek Lubomira Tomaszewskiego nie widać. Do dzisiaj mało kto kojarzy jego imię i nazwisko, a miniaturowe rzeźby powszechnie utożsamia się z masową produkcją PRL.

Dla sukcesu samego dizajnu to niewątpliwa zaleta. Dla artysty, niestety, spora wada. Dopiero po latach Lubomir docenił swoją pracę w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Już mieszkając w USA, mówił: – To niesamowite uczucie, wiedzieć, że twoje rzeźby stoją w tysiącach domów, że każdego dnia patrzą na nie tysiące oczu. To zupełnie co innego niż prezentowanie swoich dzieł w muzeum, do którego może nikt nie przyjdzie, nie zobaczy, nie poczuje ani wzruszenia, ani niechęci. Nasze małe rzeźby były w domach. Ozdabiały je. Taki był nasz kontakt z odbiorcą.

U schyłku lat 50. twórcy skupieni w Instytucie zostali poproszeni o projektowanie przedmiotów typowo użytkowych. Nastał czas tworzenia piękna pożytecznego. Na dodatek nie wystarczyło, że Lubomir Tomaszewski zaprojektował wazon na kwiaty. Musiał jeszcze udowodnić jego przydatność dla społeczeństwa. (…)

Tomaszewski podjął więc próbę stworzenia ciekawych w formie flakonów do wszystkich rodzajów kwiatów jednocześnie, od tych najmniejszych, łąkowych, po wyniosłe, pękające od przepychu płatków, liści, słupków i pręcików, duże, ciężkie rośliny ogrodowe, szklarniowe. Te projekty o wiele lepiej przyjęłyby się dzisiaj, gdy stać nas na organizowanie prywatnej przestrzeni w sposób niemal dowolny, a nie jedynie z wykorzystaniem obowiązkowych meblościanek i półkotapczanów, gdy w kwiaciarniach pachną kwiaty całego świata, a nie obowiązkowe goździki, sezonowe żonkile i reglamentowane frezje.

Wazony Tomaszewskiego w założeniu miały służyć także przestrzennym kompozycjom kwiatowym, które dzisiaj eksplodują przepychem na wystawach florystycznych, a wtedy pozostawały poza zasięgiem zwykłego Polaka.

Z drugiej strony jakże wdzięcznie prezentuje się nawet pojedyncza, powyginana wiatrem ogrodowa róża w smukłym wazonie z wyprofilowanym, niezamkniętym porcelanowym pierścieniem chwytającym łodygę tuż pod płatkami niczym jedwabny szal.

Albo te malutkie, opływowo-trójkątne, klinowe, jednokolorowe wazoniki, które można łączyć w dowolne figury na podobieństwo dziecięcych klocków, tworząc kwiatowe rzeźby. „Klucz sklepienia” dźwigający ciężar całej gotyckiej architektury ma kształt klina.

Futurystycznym pomysłem Tomaszewskiego był pionowy, dość wysoki wazon z wyprofilowaną podpórką, który można było… położyć wraz z zawartością. W stojącym wazonie jest coś z sylwetki angielskiego ducha lasu, Herna Myśliwego, rozsławionego w Polsce dzięki serialowi „Robin z Sherwood” (wyświetlany także jako „Robin w kapturze”) z uduchowioną muzyką zespołu Clannad. To oczywiste skojarzenie, jak wszystkie związane z naturą w twórczości Lubomira Tomaszewskiego. Ale jest i drugie, smutniejsze, bo w wazonie tym jest także zaklęty taniec narodu wybranego z wzniesionymi ku niebu dłońmi. Kiedy wstawisz kwiat, te dłonie czule obejmą łodygę. Wazon całkowicie się zmienia, gdy położyć go na stole, by stworzyć kompozycję poziomą. (…)

Lubomir wspominał: – To były jak zwykle bunt przeciwko tradycji i przekonanie, że ja wszystko potrafię lepiej. A skoro tak, to zrobię serię tylko użytkową. Doszedłem do wniosku, że potraktuję to zadanie jak inżynier. I zrobiłem to, jednocześnie pokazując, jakie siły działają na rękę, gdy nalewasz takim, a nie innym imbrykiem. Okazało się, że nie potrzeba rączki, żadnego długiego ryjka, żeby zrobić projekt funkcjonalny. Powstały trzy takie projekty, z których dwa są do dzisiaj produkowane przez

AS Ćmielów. Nigdy wcześniej takiej porcelany nie projektowałem. Zrobiłem to, bo wydawało mi się, że to wygodniejsze, no i żeby moja córeczka mogła nalewać herbatę. Jakaż ona była zdziwiona i szczęśliwa, że teraz potrafi nalać herbatę z dzbanka!

„Dzbanki wchodzące w skład zaprojektowanych przez L. Tomaszewskiego serwisów »Dorota« i »Ina« przypominają zdeformowaną powłokę półkuli. Spłaszczał ją, zbliżając krawędzie ku sobie. Zlepiając je, formował wylew, a przez ich wygięcie na zewnątrz stwarzał uchwyt. Przykrywka w jednej wersji stanowi część uchwytu, w drugiej kryje się w nim. W alternatywnych wersjach dzbanków tworzył bryłę przypominającą pierścień, którego jeden koniec to wylew, a drugi to uchwyt z wtopioną weń przykrywką. (…) Dla tych serwisów przewidziany był monochromatyczny natrysk barwny (żółty, szary lub błękitny)”.

Przełomowy projekt Lubomira Tomaszewskiego na jakiś czas zbił argumenty przeciwników Instytutu. W popularnym, nawet awangardowym jak na tamte czasy miesięczniku „Ty i Ja” ukazał się artykuł „Przedmiot z metryką” o kawowych serwisach „Ina” i „Dorota”. W sumie wydźwięk jest pozytywno-entuzjastyczny, szkoda, że anonimowy autor (autorka) konsekwentnie w całym materiale myli imię artysty:

„Nad serwisami do kawy pracował Ludomir Tomaszewski przez 30 miesięcy. Efektem są INA i DOROTA (imiona córek) – wersja trzecia i czwarta z sześciu wykonanych prototypów. (W piątej i szóstej wprowadzono drobne korekty). Punktem wyjścia było założenie ułatwienia produkcji w skali przemysłowej przez zmniejszenie ilości koniecznych operacji. Tomaszewski jednak rozprawił się z zagadnieniem »serwis do kawy« generalnie, nie ograniczając się jedynie do zadośćuczynienia żądaniom wysuniętym przez przemysł. Doskonale spełnił postulat przemysłu, ale przede wszystkim stworzył serwisy odbiegające w zasadniczy sposób od form tradycyjnie przyjętych dla tego typu zastawy stołowej”.

Wprawdzie to projekt imbryka był kluczowy, ale cały serwis stał się unikatowy, i to na skalę światową. Przede wszystkim filiżanki. Ich kształt mniej wyznaczyła fizyka, a bardziej linia imbryka oraz potrzeba funkcjonalności. Filiżanki, nawet te najprostsze, aby stały się filiżankami, muszą mieć doklejone uszko, co jest dość trudne na etapie produkcji i grozi deformacją podczas wypalania. A w codziennym użytkowaniu uszko łatwo się obtłukuje, wyszczerbia lub pęka. Tomaszewski zaprojektował więc filiżankę z uchem, ale zarazem jakby bez niego. To cacuszko tak opływowe i delikatne, że przyjemność sprawia samo patrzenie. A trzymanie w dłoni to niemal erotyczne doznanie, bo filiżanka ma kształt zbliżony do kobiecej piersi. (…)

W sumie Tomaszewski zaprojektował dla IWP sześć serwisów. Trzy zostały zaakceptowane do produkcji, z czego jeden dość szybko zniknął z rynku. Po prostu nadal parzył w dłonie. „Dorota” i „Ina” po wieloletniej przerwie znów są produkowane w ćmielowskiej fabryce. I pomyśleć, że w 1963 r. stały się symbolem światowego designu, wywołując sensację na Pierwszej Międzynarodowej Wystawie Form Przemysłowych w Paryżu.

– Jakimś zbiegiem okoliczności znalazł się tam mój serwis – Lubomir nawet nie wiedział, że Instytut zgłosił na wystawę jego projekt. – I nagle zwykły czajnik pokonał wszystkich rywali. Tam były nawet samochody, parowozy, a tu polski czajnik! Mój czajnik! Moje życie zaczęło się od czajnika – śmiał się.

Czajniczek do kawy z serwisu „Dorota” otrzymał w Paryżu złoty medal. Lubomir pojechał do Francji na wręczenie nagród. Musiało to być dla niego wielkie przeżycie. On, prawie nieznany w Polsce projektant przemysłowy epoki Gomułki, jedzie do stolicy artystycznego świata. Tego nie doświadcza się codziennie.

– Wszyscy byliśmy podnieceni, zachwyceni, dumni z tego, że Polak! – opowiadała Sylwia Dobrowolska. – Ależ to była radość. Nikomu do głowy nie przyszło wtedy, żeby to przekładać na poglądy polityczne. Wtedy coś takiego, co spotkało Olgę Tokarczuk po Nagrodzie Nobla, było w ogóle nie do pomyślenia. Przecież to zwykłe chamstwo! Musiałam dożyć 80 lat, żeby się zorientować, że jest coś takiego jak obszczekiwanie. Inteligentny człowiek nie obszczekuje, nie niszczy. Przecież myśmy byli zaraz po wojnie. Wojna zmieniła wszystkich Polaków. Ale wszyscy byli jednym sercem za tym, żeby Polska błyszczała. Cieszył każdy sukces.

Fragmenty książki Jerzego A. Wlazły i Katarzyny Rij Lubomir Tomaszewski. Portret w płomieniach, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021

Fot. archiwum fundacji Art and Design Lubomir Tomaszewski

Wydanie: 2/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy