Żywcem wzięci

Żywcem wzięci

W Płocku właściciel kamienicy zamurował wyjście nie płacącym lokatorom. Za zamkniętą bramą zmarły już dwie osoby

Sprawa zrobiła się głośna, kiedy w październiku ubiegłego roku umarła 79-letnia mieszkanka kamienicy – Stefania Łęska. Krewny, który donosił staruszce jedzenie, tego dnia próżno wołał ciocię. Kobieta nie pokazała się, jak zwykle, w oknie, żeby na sznurku wciągnąć jedzenie. Mężczyzna wezwał policję. – Ponieważ nie było jak dojść do mieszkania, sprowadziliśmy podnośnik. Tą drogą wszedł policjant i lekarka – opowiada dyżurny z Miejskiej Komendy Państwowej Straży Pożarnej w Płocku. – Pani doktor stwierdziła, że staruszka nie żyje.
– Pani Stefania była w trakcie leczenia, miała jeszcze wybrać zastrzyki, ale nie miała jak wyjść – opowiada Anna Skrzyńska, matka czwórki dzieci w wieku od 2 do 13 lat (razem z nią w niewoli znajduje się matka – Jadwiga Skrzyńska i brat).
Po stwierdzeniu zgonu przez lekarkę policjanci wezwali firmę pogrzebową, by zajęła się zwłokami. Na próżno jednak szukali kontaktu z jednymi z właścicieli kamienicy – Katarzyną i Piotrem Fularzami, którzy zamknęli jedno z przejść.

Odgradzano
ich stopniowo

Pierwszą bramę zlikwidowano 25 lat temu. Na powstanie kwiaciarni w przejściu wyraziła zgodę gmina. Drugą zamurował obecny właściciel części domu, od ulicy Kwiatka – Piotr Fularz. Zostawił tylko drzwi do sklepu, który urządził na parterze. Mieszkańcom domu zabronił przechodzenia przez lokal. Było jeszcze jedno wyjście – przez sąsiednią posesję. Ale trzy lata temu miasto sprzedało działkę Teresie i Jerzemu Cieślińskim. Jesienią właściciele zamknęli bramę i nie dali kluczy lokatorom kamienicy Kwiatka 2/Tumska 7.
– Zanim zdecydowaliśmy się zamknąć bramę (prowadzimy budowę i przebywanie na tym terenie jest niebezpieczne dla osób postronnych), sprawdziliśmy w księgach wieczystych i wiemy, że są to dwie niezależne działki bez wzajemnych służebności – mówi Teresa Cieślińska. – Swoją działkę kupiliśmy od urzędu miasta, w drodze przetargu, bez żadnych obciążeń. To nie są nasi lokatorzy, tylko państwa Fularz. Nie rozumiem, dlaczego cała uwaga skupia się na nas. My tylko pozwalaliśmy przez jakiś czas korzystać z bramy, ale przecież to nie jest nasz obowiązek.
– O problemie mówiłem panu Piotrowi Fularzowi kilka razy – uzupełnia Jerzy Cieśliński. – Udawał, że nie słyszy, kiedy przypomniałem, że to są ich lokatorzy. Jego żona stwierdziła, że to kłopot miasta.
Jak się okazuje, kamienica ma siedmiu właścicieli, między którymi od dawna trwa konflikt; wszyscy występowali o likwidację współwłasności. Do Fularzów należy 17 z 96 części domu. Urząd miasta stwierdził, że nie wyda zgody na podział kamienicy do czasu, aż zostanie otwarta brama.
– Nie będę rozmawiać z prasą – krzyczy w moją stronę Katarzyna Fularz. Kiedy pytam o lokatorów, mówi, że to pytanie należałoby skierować do pozostałych właścicieli. Z nimi jednak nie udaje mi się nawiązać kontaktu. – A w sprawie zapewnienia przejścia Skrzyńskim to najlepiej zwrócić się do sądu – radzi Fularzowa.

Bezsilne władze

W urzędzie miasta nikt nie czuje się winny zaistniałej sytuacji. – Gmina nie popełniła błędu przy sprzedaży działki przy ulicy Kwiatka 4 (sąsiadującej z opisywaną kamienicą) – zapewnia Jacek Antczak, zastępca naczelnika Wydziału Geodezji i Gospodarki Nieruchomościami Miasta. – Gdyby były jakieś zastrzeżenia w księdze wieczystej, gdyby ktoś nas poinformował, że taki problem może wyniknąć, zawiadomilibyśmy nabywców działki.
Naczelnik zauważa, że plan zagospodarowania śródmieścia dokładnie wskazuje, jak powinno być rozwiązane dojście do nieruchomości. I na tym planie także widnieje brama zajęta przez kwiaciarnię. Problem zna też Wydział Gospodarki Przestrzennej Miasta. – To właściciel obiektu powinien zapewnić możliwość dojścia – twierdzi zastępca naczelnika, Krzysztof Włodarczyk. – To państwo Fularzowie stworzyli sytuację utrudniającą możliwość komunikacji.
Zdaniem naczelnika, zostało naruszone prawo budowlane, ale jego egzekucja nie leży w kompetencji jego wydziału: – Powinien się tym zająć Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego.
– Nadzór budowlany nie jest kompetentny w rozwiązywaniu tego typu problemów – słyszę od szefa PINB, Jerzego Kamińskiego. Inspektor przyznaje, że po interwencji Anny Skrzyńskiej na miejscu stwierdził, że nie ma podstaw merytorycznych i prawnych do wydania decyzji przez nadzór budowlany.
Sprawę znają radni, policja, straż miejska. Nikt jednak nie jest w stanie nic zrobić. – To jest święte prawo własności – wita mnie wiceprezydent Krzysztof Kania. – Właściciele domu, realizując swoje prawo własności, uniemożliwili mieszkańcom dotarcie do zajmowanych przez nich mieszkań.
Zdanie prezydenta jest podobne do innych: problem może rozwikłać tylko sąd. Zarząd miasta, mając na względzie dobro mieszkańców kamienicy, zdecydował, że radca prawny urzędu miasta będzie reprezentował ich podczas procesu sądowego. W innej sytuacji pozostających w niewoli nie stać byłoby na wynajęcie adwokata.
Pełnomocnikiem uwięzionych został Tomasz Czerwiński, który spotkał się ze wszystkimi właścicielami domu. Niestety, rozmowy skończyły się na niczym. Radca przygotował wniosek w sprawie ustanowienia drogi koniecznej. Pełnomocnictwa przekazała mu Jadwiga Skrzyńska, nieco później druga lokatorka, Helena Błaszczyk. Zanim jednak pełnomocnik uwięzionych mieszkańców dotarł z pozwem do sądu, doszło do kolejnej tragedii.
W 44 dni po pierwszym zgonie w odciętej od świata kamienicy umiera 75-letnia Helena Błaszczyk. – Teraz to już chyba kolej na mnie – wita mnie ze łzami w oczach Jadwiga Skrzyńska.
Roztrzęsiona opowiada, że w piątek, jak co dzień, poszła odwiedzić sąsiadkę, ale drzwi zastała zamknięte. Panią Jadwigę tknęło złe przeczucie. Kilka razy próbowała podzielić się swoim niepokojem z Piotrem Fularzem. Ten jednak nie zareagował na informację, a nawet zakpił sobie ze starszej pani. – Nazwał mnie,,telewizyjną lalą’’, bo o naszej niewoli mówiłam w telewizji – opowiada Jadwiga Skrzyńska.
Drzwi do mieszkania Heleny Błaszczyk wyłamał zięć, który przyszedł z wizytą w południe (miał naprawić kran). Staruszka siedziała bez ruchu na krześle pod szafą. W ręku trzymała torebkę z lekarstwem. Zięć długo musiał walić cegłą w drzwi sklepu, żeby móc wyjść na ulicę i wezwać policję i lekarza.
Jeszcze w czwartek wieczorem Helena Błaszczyk udzielała wywiadu telewizji przez okno mieszkania Skrzyńskich, a w piątek rano już nie żyła. Odeszła w samotności, podobnie jak jej starsza sąsiadka. Nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy niewola przyczyniła się do śmierci obu starszych pań, czy też ich czas na ziemi się skończył.
– My tego tak nie zostawimy – mówią córki i zięć zmarłej. – Nam bramę otworzył pan Cieśliński, ale powiedział, że po wyprowadzeniu zwłok zaraz zamknie.
Rodzina zmarłej wspomina, jak jeden z wnuków – Paweł – po wizycie u babci znalazł się w szpitalu. Wracał przez dwa półtorametrowe płoty (jest to jedyne wyjście z kamienicy) i zawisł na jednym z nich. Wskutek wypadku groźnie zranił się pod pachą. Helena Błaszczyk bardzo przeżyła ten wypadek, podobnie jak i całą upokarzającą dla niej sytuację, związaną z likwidacją wyjść z posesji. – Mama mieszkała w tym domu od 1952 r., tutaj się urodziłyśmy, a przyszło jej umierać w niewoli – opowiadają rozgoryczone córki.
– Dłużej tak już nie możemy żyć, niech oni nas stąd zabiorą – płacze Jadwiga Skrzyńska. – Zakupy podają nam przez okno, dzieci nie mogą chodzić do szkoły, bo przez płoty jest niebezpiecznie, szczególnie zimą.
Pani Jadwiga mieszka w kamienicy od 30 lat. – To wszystko przez ciebie, że zgodziłaś się wyprowadzić z lokalu od ulicy Kwiatka – denerwuje się na matkę Anna Skrzyńska.
Lokal, o którym mowa, znajdował się nad sklepem Fularzów. Mieszkańcy wchodzili i wychodzili przez klatkę schodową od ulicy Kwiatka (obecnie wyjście to jest zamknięte). Właściciele domu wskazali lokatorom inne pomieszczenie – malutką kuchnię i niewielki pokoik na piętrze, od ulicy Tumskiej. – Musiałam pożyczyć pieniądze, żeby odnowić te komórki – opisuje stan techniczny lokalu seniorka rodu Skrzyńskich.
Jakby mało było niewoli, rodzina Skrzyńskich żyje bez prądu. Nie mieli pieniędzy na zainstalowanie licznika w nowym miejscu, więc przeciągnęli kabel od starego. – Kabel przecięli nam właściciele, zostaliśmy bez energii elektrycznej – informuje Anna Skrzyńska.
Każdy z siedmioosobowej rodziny ma swój sposób na wydostanie się na świat: najmłodsze dzieci prześlizgują się pod bramą, starsi przechodzą przez płoty. Tylko Jadwiga Skrzyńska nie wychodzi na dwór.

Właściciele przed sądem

22 stycznia br. przed Sądem Rejonowym w Płocku odbyła się rozprawa przeciwko współwłaścicielom kamienicy. Mecenas Tomasz Czerwiński, reprezentujący rodzinę Skrzyńskich, przedstawił mapę z propozycją zmiany w zabudowie kamienicy. Dzięki nim lokatorzy mogliby swobodnie wchodzić i wychodzić z domu. Sąd odroczył rozprawę na trzy tygodnie. W tym czasie współwłaściciele mają dojść do ugody z sąsiadami – Cieślińskimi. Gdyby do tego nie doszło, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego zostanie powołany w charakterze biegłego.
Jednocześnie w sądzie toczy się postępowanie przeciwko Jadwidze Skrzyńskiej. Fularzowie domagają się opuszczenia lokalu przez pozwanych, bowiem przez lata nie płacili czynszu (116 zł miesięcznie). Podobno uzbierało się już 6 tys. zł zaległości. Skrzyńscy tłumaczą się, że nie mają z czego zapłacić: pani Anna nie pracuje, bezrobotny jest też jej brat, zaś matka ma jedynie lichą rentę.
Bieżące należności uiszczają dopiero od kilku miesięcy.

Wydanie: 6/2001

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy