30 lat temu

30 lat temu

Okrągły Stół był fenomenem na skalę światową. Bez rozlewu krwi, bez jednej wybitej szyby dokonała się transformacja ustrojowa

Wbrew lansowanym dzisiaj tezom na przedwiośniu 1989 r. niewiele było jeszcze jasne. Owszem, przegrana polityczna i ekonomiczna ZSRR stanowiła już oczywistość, a co za tym idzie, struktury krajów demokracji ludowej czy Układu Warszawskiego odchodziły w przeszłość. Nikt nie był jednak w stanie przewidzieć, w jakich warunkach i na jakich zasadach nastąpi generalny rozpad. Przypomnijmy sobie bowiem, że w rękach satelitarnych przywódców państw bloku wschodniego, nie mówiąc o samym Kremlu, nadal były lokalne armie, policje, służby bezpieczeństwa, a w pewnej, nieznanej nikomu mierze także aparat partyjny. Nie można więc było wykluczyć, w Polsce również, konfrontacyjnych paroksyzmów mogących prowadzić nawet do rozlewu krwi. Z ubolewaniem trzeba stwierdzić, że już po fakcie wielu mędrków, w tym tak zasłużonych jak Jan Nowak-Jeziorański czy Zbigniew Herbert, ubolewało, że do owych ostateczności nie doszło, gdyż uwypukliłyby one wagę zachodzących przemian. Jakże łatwo szafować cudzą krwią!

Zbierający się przy Okrągłym Stole tego właśnie chcieli uniknąć, wychodząc z założenia, że sytuacja dojrzała do kompromisu i ugody, które zresztą musiały się stać (co sprawdziło się już po trzech miesiącach) początkiem lawinowych, ale ewolucyjnych przemian. Wolność miała być odzyskiwana etapami, bez powstańczej ideologii i wyjmowania noży z kieszeni. To się udało, przysparzając Polsce szacunku na całym świecie. W ojczystych dziejach pełnych powstań, nieustannych konfederacji, buntów i przewrotów stworzony został piękny precedens dochodzenia do ogromnych ustrojowych zwrotów bez gwałtu i ekstremizmów. W tym sensie był Okrągły Stół niepodważalnie wydarzeniem historycznym wielkiej wagi, dla Rzeczypospolitej wykraczającym nawet poza ramy XX w.

Od razu jednak, czyż u nas mogłoby być inaczej, rozpoczęła się krytyka. Pierwsza dotyczyła celowości Okrągłego Stołu. Poczekalibyśmy jeszcze chwilę – głoszono – a wolność przyszłaby sama, bez paktowania i kompromisów z czerwonymi. Jest to argument z arsenału politycznego gdybania. Gdyby nie było ugody warszawskiej, nie wiadomo, jak dokładnie potoczyłyby się sprawy nie tylko w Polsce, ale i w innych demoludach. To nie runięcie muru berlińskiego przyniosło Rzeczypospolitej wolność, ale zmiany w Polsce poniekąd je spowodowały, gdyż NRD wciśnięta między wolną Polskę a RFN traciła jakąkolwiek rację bytu. Zapewne mur padłby i tak, ale kiedy (na pewno później) i w jakich okolicznościach – to wróżenie z fusów. A mogłyby się spełnić zgoła ponure scenariusze.

Drugi zarzut dotyczył reprezentatywności gremium zasiadającego przy Okrągłym Stole. Podniósł tę kwestię mecenas Władysław Siła-Nowicki już w dniu inauguracji rozmów, 6 lutego 1989 r. Kwestia jest tutaj bardziej złożona. Zacznijmy od strony rządowej. Trzeba zaiste między bajki włożyć wszechwiedzę służb specjalnych, skoro informowane przez nie władze uparcie nie chciały się zgodzić na obecność w ekipie solidarnościowej m.in. Kuronia i Michnika, polityków akurat umiarkowanych i rozumiejących uwarunkowania geopolityczne. Władza miała ich za ekstremistów, ba, diabłów wcielonych – jak opowiadał później Wojciech Jaruzelski. Z kolei strona opozycyjna, widząc ten opór adwersarza (tak zamykało się koło nieporozumienia), bała się jak ognia rzeczywistych nosicieli skrajnych poglądów w swoich szeregach, gdyż mogliby oni wręcz udaremnić porozumienie. Istotną rolę odgrywał tu również Kościół katolicki, później tak triumfalistycznie budujący swoją martyrologiczno-heroiczną antykomunistyczną legendę, który wtedy jednak ustami swoich „obserwatorów”, Alojzego Orszulika i Bronisława Dembowskiego, nawoływał do umiaru i eliminowania skrajności, co było zresztą stanowiskiem ze wszech miar uzasadnionym.

W sumie zaowocowało to dość jednostronnym doborem dyskutantów po stronie solidarnościowej. Czy w ówczesnych warunkach można było rozszerzyć spektrum uczestników obrad? Wydaje się, że tylko w niewielkim stopniu. Niemniej jednak to właśnie skład grupy opozycyjnej przy Okrągłym Stole, a nie merytoryczny wynik jego obrad, miał się stać niemal od pierwszej chwili celem ataków i insynuacji, które miast cichnąć z latami, potężnieją i radykalizują się do dzisiaj.

Podczas końcowego posiedzenia Okrągłego Stołu Lech Wałęsa oświadczył: „Po raz pierwszy rozmawialiśmy ze sobą, posługując się siłą argumentów, a nie argumentami siły. To dobrze wróży na przyszłość. Uważam, że obrady Okrągłego Stołu mogą stać się początkiem drogi do demokratycznej i wolnej Polski”. I rzeczywiście – tym początkiem się stały. Udowodniła to historia, takie też było powszechne przekonanie. Siłą rzeczy owo spotkanie dwóch stron stało się zalążkiem, początkiem nowej Polski. I to symboliczne jego znaczenie było nie do zaakceptowania dla najskrajniejszych środowisk. Fanatycy nie mogli się pogodzić z tym, że w budowie początków nowej Polski mogli brać udział „komuniści”, innych radykałów oburzał brak antyradzieckich i antyrosyjskich akcentów, wytykano zaniechanie takich czy innych kwestii lub – nie bez pewnej słuszności – wódczane bratanie się uczestników z obu stron…

Przede wszystkim zagrały jednak ambicje i ambicyjki personalne. Przeczuł to boleśnie Mikołaj Kozakiewicz, mówiąc 5 kwietnia 1989 r., że „jeszcze nie widziano takiego porozumienia, które by nie zawierało zalążków nowych nieporozumień”. Chodziło najpierw o dopisanie nazwisk do listy „akuszerów” wolnego państwa. Ta jednak, jak wspomnieliśmy, była raczej zamknięta. Zaczęto więc systematycznie umniejszać znaczenie Okrągłego Stołu, by wreszcie sprowadzić go do „zdrady narodowej”. Ta karkołomna i jawnie kłamliwa interpretacja weszła nawet do oficjalnej wykładni dziejów wypichconej przez aktualnie rządzących w Rzeczypospolitej. I chodzi tu nawet nie o to, że dziwnie brzmią podobne oskarżenia w ustach Jarosława Kaczyńskiego, którego brat uczestniczył w tamtych obradach, ale o opluwanie tego, co było wspólnym osiągnięciem Polaków z wielu w końcu brzegów, co w naszej historii tak rzadko się zdarza. „Okrągły Stół – pisał Andrzej Garlicki – był fenomenem na skalę światową. Bez rozlewu krwi, bez jednej nawet wybitej szyby dokonała się transformacja ustrojowa. Nikt, poza politycznymi marzycielami, nie mógł przewidzieć takiego biegu wydarzeń”. W tym ostatnim jednak się myli.

W sytuacji geopolitycznej w Europie na przedwiośniu 1989 r. nie tylko marzyciele, ale i surowi realiści mogli wierzyć w pozytywne konsekwencje Okrągłego Stołu. Natomiast tylko marzycielom mogło się wydawać, że jego uczestnicy zostaną docenieni i nie będą musieli powtarzać tragicznego stwierdzenia margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, że „dla Polaków można czasem coś dobrego zrobić, z Polakami nigdy”. Widać to choćby po dzisiejszym stosunku władz do Wałęsy. Tak oto rocznicę, która wreszcie mogłaby być radosna, obchodzić będziemy z goryczą. Sami opluwamy własne dzieje, nie potrzeba żadnych „antypolonizmów”.

Fot. Maciej Macierzyński/Reporter

Wydanie: 6/2019

Kategorie: Okrągły Stół

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy