Bez sentymentu

Bez sentymentu

Wybory 4 czerwca rozstrzygnęły problem władzy, ale nie problem ustroju. Ten został rozstrzygnięty przed wyborami i przed Okrągłym Stołem.

Ocena Okrągłego Stołu zależy od odległości, z jakiej się patrzy na to wydarzenie. Oglądana z zachodniej zagranicy ugoda między wrogimi obozami, z których jeden był uzbrojony, a drugi miał oparcie w społeczeństwie, jawi się jako akt politycznej mądrości. Nieczęsto zdarza się pokojowe rozwiązanie tak zapiekłego konfliktu, mającego przyczyny aktualne, a także zastarzałe, nagromadzone przez 40 lat rządów, którym brakowało demokratycznej legitymizacji. Oglądany z bliska, z polskiej perspektywy, Okrągły Stół już tak jednoznacznie oceniany być nie może.

Strona solidarnościowa nie dawała pełnej miary swojej nienawiści z powodu strachu, że panująca jeszcze władza może nie być tak słaba, jak się wydawało, a gdyby taka była, to trzeba pamiętać, że nawet słabe stworzenia przyparte do muru znajdują w sobie niespodziewaną energię i mogą być niebezpieczne. Emocje, z jakimi strona solidarnościowa przystępowała do ugody, to były nienawiść i strach. O ile wstyd przyznać się do strachu, o tyle obawa, że „komuniści” mogą nas oszukać, była wyrażana cały czas. Pełną miarę swojej nienawiści strona solidarnościowa zaczęła dawać, gdy już nie było kogo się bać. I nie myślmy, że ta nienawiść do byłych przeciwników i ich symboli wyczerpuje się na naszych oczach. To potrwa, dopóki solidarnościowa formacja będzie panować nad Polską. Antykomunizm bez komunizmu, fantasmagoryczna walka z Polską Ludową i przeniesienie antysowietyzmu na prawosławną Rosję to główne treści „mitu założycielskiego” obozu solidarnościowego.

Pouczam „patriotów” i takiego samego rodu „liberałów”: jeśli dacie sobie wyperswadować tę nienawiść, to upadniecie wskutek braku wewnętrznego spoiwa.

Z jakimi przekonaniami przystąpili do Okrągłego Stołu reprezentanci władzy? W przeważającej mierze byli to ludzie poczciwi, którzy nie wiedzieli, jakie mają przekonania. Skłaniali się do poglądu, że rację mają przeciwnicy, a nie oni. Racja jest tam, gdzie stoi klasa robotnicza. Skąd czerpali pojęcia polityczne? Przecież nie ze swoich pustych gazet i czasopism. Nie docenia się faktu, że najciekawszą lekturą członków aparatu były drukowane nasłuchy Wolnej Europy, a najambitniejszą lekturą paryska „Kultura”, w której znajdowali teksty dobre lub złe, ale zawsze polemiczne. Krótko mówiąc, obóz partyjny był – przy najlepszej woli – intelektualnie całkowicie bezradny. Ale, przyznaję, chcieli dobrze. Stanęli przed ostrymi i pilnymi problemami: jak zmienić ustrój, który w obecnej postaci istnieć nie może i nie powinien, i jak sobie poradzić z Solidarnością, której żadna zmiana ustroju nie zadowoli, jeśli nie ona, lecz kto inny obejmie władzę.

Komunizm (także w wersji realnego socjalizmu) polega na zniesieniu gospodarki rynkowej. Jeżeli przywraca się własność środków produkcji i wolność gospodarczą, to tym samym znosi się komunizm. To zostało dokonane przez rząd Rakowskiego i Wilczka, zanim powołano Okrągły Stół. Solidarności to, rzecz jasna, nie zadowoliło i Jaruzelski miał z nią kłopot taki jak poprzednio. Przy Okrągłym Stole nie rozważano, jaki ustrój ma w Polsce panować: komunizm czy kapitalizm, ponieważ ta kwestia już była rozstrzygnięta. Chodziło o „niekonfrontacyjne” podzielenie się władzą polityczną. Ogłoszenie wolnych wyborów już w samym założeniu rozstrzygało, że strona partyjno-rządowa je przegra, nie spotkałem człowieka, który by w prywatnej rozmowie twierdził, że będzie inaczej. Ale wybory nie z tego powodu nie były w pełni demokratyczne, że z założenia przesądzały, że wygra je Solidarność, a druga strona je przegra. Wybory były w pewnym sensie oszukańcze, ponieważ zmowa okrągłostołowa nie dopuściła do nich 40%, a może tylko jednej trzeciej – to też dużo – elektoratu. Społeczeństwu nie dano czasu na zorganizowanie się w stronnictwa i ogłoszenie swoich programów. Na stosunkach wewnętrznych w Polsce nadal ciąży ten fakt, że ekipa Jaruzelskiego nie dopuściła do pluralizmu politycznego, gdy można było to zrobić, a później uległa Solidarności, która nie chciała mieć współzawodników w obozie „antykomunistycznym” i twardo swoją wolę egzekwowała. Dopuszczenie do udziału w wyborach innych ugrupowań Solidarność uznałaby za dywersję przeciw sobie. Za taką akcję dywersyjną uznała słabe próby Stronnictwa Pracy zorganizowania się i wystąpienia z własną listą. Cenzura nie pozwalała pisać o tym stronnictwie.

Adam Schaff, który może nie był wielkim filozofem, ale nieźle orientował się w stosunkach politycznych, podsuwał Jaruzelskiemu myśl, że partia (z której został wyrzucony) powinna podzielić się władzą, ale nie z Solidarnością, broń Boże, w której widział zarodki tego, co dziś mamy, lecz z chadecją. Polska terminologia polityczna jest fantastycznie nieprecyzyjna i nie wiadomo dokładnie, co znaczy „chadecja”. Jeden z redaktorów „Tygodnika Powszechnego” (nie Turowicz) powiedział mi: „Gdyby władzę miała przejąć chadecja, to ja już wolę PZPR”. Był to człowiek, którego moglibyśmy widzieć w grupie kierowniczej chadecji. Chadecja nie mogłaby zastąpić Solidarności w roli głównego rozmówcy PZPR, ale mogłaby dać głos tej części społeczeństwa, którą partia i Solidarność zgodnie skazały na polityczny niebyt.

Wybory 4 czerwca rozstrzygnęły problem władzy, ale nie problem ustroju. Ten został rozstrzygnięty przed wyborami i przed Okrągłym Stołem.

Nie dochodzi się do demokracji drogą wyborów. Jeśli wybory się ogłasza, to znaczy, że demokracja już jest. Polityka byłaby piękna, gdyby za pomocą wyborów można było obalić totalitaryzm. Ten wyborów nie ogłasza. Wszystko można sfałszować, pieniądze, wino i na co jeszcze padnie wzrok fałszerza. W krajach poradzieckich głosy liczą dokładnie, fałszują w inny sposób: nie pozwalając części społeczeństwa wyłonić swoich reprezentantów. Takie były wybory urządzone przez Okrągły Stół. Skutki cierpimy nadal.

Fot. Maciej Macierzyński/REPORTER

Wydanie: 6/2019

Kategorie: Okrągły Stół

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy