Grudzień, który zmienił historię

Grudzień, który zmienił historię

Dla mieszkańców ziem zachodnich i północnych podpisany 45 lat temu układ między PRL a RFN oznaczał koniec trwającej ćwierć wieku niepewności

„Panowie Brandt i Cyrankiewicz weszli do sali, aby podpisać układ, dokładnie w momencie, gdy zegar wybił południe. Obaj mieli ponure miny. Zaczęli podpisywać dokumenty, oprawione w skórzane teczki. (…) W końcu wstali, po czym wniesiono szampana. Wypili toast i atmosfera trochę się rozluźniła”, relacjonował James Feron, specjalny wysłannik „New York Timesa”.
Dopiero w dalszej części relacji amerykański korespondent wspomniał o Władysławie Gomułce. I sekretarz KC PZPR przyglądał się uroczystości z tyłu, niemal ginął wśród setki oficjeli z Polski i Niemiec Zachodnich. Trudno było odgadnąć, że oto finalizuje się jego największy polityczny sukces. Odkąd ponad ćwierć wieku wcześniej objął Ministerstwo Ziem Odzyskanych, międzynarodowe umocowanie polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej stało się dla niego celem, któremu podporządkował wszystkie pozostałe.

Uwarunkowania międzynarodowe

Rozpoczęcie negocjacji z RFN wymagało przewartościowania polskiej polityki zagranicznej. Do tej pory bowiem Gomułka unikał dwustronnych rozmów z Bonn, uważając, że ewentualne nawiązanie stosunków dyplomatycznych powinno być decyzją wszystkich członków Układu Warszawskiego, w tym Związku Radzieckiego. Jego zdaniem, stanowiło to mocniejszą kartę przetargową w rozmowach z Niemcami Zachodnimi.
„Nie jesteśmy wielkim mocarstwem, jesteśmy natomiast krajem, który tak niedawno jeszcze zaznał wszystkich nieszczęść wojny, stracił miliony swoich synów, był ziemią ruin i popiołów – przekonywał tuż po dojściu do władzy w październiku 1956 r. w piśmie rozesłanym do wojewódzkich instancji partyjnych. – Sami nie załatwimy ostatecznie sprawy naszych Ziem Odzyskanych. Sojusz ze Związkiem Radzieckim, oparcie o wielką siłę mocarstwa radzieckiego jest koniecznością państwową i narodową Polski”.
Obawy Gomułki przed utratą ziem zachodnich i północnych nie były bezpodstawne. Zarówno „wroga” RFN, jak i „bratnia” NRD wyjątkowo zgodnie wypowiadały się na temat „koniecznej korekty” zachodniej granicy PRL. O ile jednak Bonn robiło to otwarcie, o tyle Berlin (Wschodni) wolał potajemne pertraktacje z Moskwą.
Trudno więc winić „Wiesława”, że w sprawach granicy na Odrze i Nysie reagował wręcz alergicznie. Rozsierdziło go orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. ze słynnym sformułowaniem „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”, a jeszcze bardziej chłodna odpowiedź niemieckiego episkopatu. Warto pamiętać, że antykościelne teksty w polskiej prasie zaczęły się dopiero wtedy, gdy hierarchowie katoliccy z RFN nie zdobyli się na uznanie granicznego status quo.
Gomułka zdawał sobie sprawę, że ZSRR pozostawał jedynym gwarantem granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Jako przewodniczący PPR był obecny podczas konferencji w Poczdamie i doskonale pamiętał, z jakimi trudnościami udało się Stalinowi przekonać Amerykanów i Brytyjczyków do nowej granicy zachodniej Polski. Jednak nawet wtedy Truman i Attlee przyjęli ją jako rozwiązanie tymczasowe. Radio Wolna Europa unikało tematu granicy zachodniej jak ognia, a kolejni gospodarze Białego Domu mniej lub bardziej otwarcie wspierali stanowisko RFN.

Wpływy wysiedlonych

W samych Niemczech Zachodnich wyjątkowo wpływowe były grupy przesiedleńców. Zapewne polska propaganda przesadzała, strasząc „nastrojami rewanżystowskimi we władzach RFN”, lecz nie ulega wątpliwości, że wielu (nie tylko prawicowych) polityków i publicystów z Bonn sympatyzowało z hasłami rewizji granic. „Trzeba więc jasno powiedzieć społeczeństwu, że dopóki CDU/CSU będzie miała jakikolwiek decydujący głos w naszej polityce, nigdy nie nastąpi sprzeniewierzenie się wielkiej idei naszych obowiązków i praw na wschodzie”, stwierdzała jedna z deklaracji partyjnych.
Aż do 1969 r. w RFN funkcjonowało Federalne Ministerstwo ds. Wypędzonych, Uchodźców i Ofiar Wojny, które pozostawało pod kontrolą związków wysiedlonych. Ich interesy reprezentowało ponad 250 tytułów prasowych o  łącznym nakładzie ok. 1,5 mln egzemplarzy. Na ich łamach można było przeczytać m.in.: „Jeżeli przekracza się Odrę, wkracza się na tereny zrabowane nam przez Polskę, o których powrót do naszego państwa trzeba walczyć ze wszystkich sił i wszelkimi środkami”.
Sytuacja zmieniła się częściowo w październiku 1969 r., po dojściu do władzy SPD i FDP, ale nawet socjalistyczno-liberalna koalicja nie mogła jednoznacznie odciąć się od środowisk wysiedleńczych. W prasie, także tej głównego nurtu, co jakiś czas pojawiały się głosy, że sprawa granic nadal jest otwarta. Niemniej jednak już w listopadzie 1969 r. w „Życiu Warszawy” ukazał się wywiad (oczywiście za przyzwoleniem władz Polski), w którym kanclerz Willy Brandt wyraził gotowość do podjęcia rozmów z kierownictwem kraju.
Warszawa szybko przyjęła zaproszenie do negocjacji. Okazało się bowiem, że hasła jedności i współpracy, na których formalnie opierał się Układ Warszawski, były mało znaczące. Każde państwo na własną rękę prowadziło potajemne rozmowy z Bonn, nie oglądając się na stanowisko sąsiadów. „Jak widać, rzeczywiście każdy chce rozmawiać z NRF”, zanotował w dzienniku Mieczysław Rakowski. Tymczasem potencjalne porozumienie Niemiec Zachodnich z którymś z członków bloku socjalistycznego osłabiało pozycję Polski w przyszłych negocjacjach na temat granicy na Odrze i Nysie.
Co więcej, wielką niewiadomą pozostawało stanowisko ZSRR. Co prawda, Moskwa formalnie czuwała nad trwałością poczdamskich granic, ale już kilkakrotnie dawała do zrozumienia, że była gotowa poświęcić NRD dla uzyskania gwarancji neutralności zjednoczonych Niemiec. Czy towarzysze radzieccy mieliby skrupuły, gdyby zjednoczone państwo niemieckie wystąpiło z propozycją korekty swojej granicy wschodniej? Gomułka i jego współpracownicy woleli nie odpowiadać na to pytanie.

Wielkie oczekiwania, mało konkretów

Oficjalne rozmowy polsko-niemieckie rozpoczęły się pod koniec stycznia 1970 r., choć przygotowania do nich trwały już od kilku miesięcy. Stanowisko władz PRL było powszechnie znane i opierało się na przemówieniu Gomułki z 1969 r., w którym I sekretarz KC PZPR stwierdził, że „jeśli Niemcy Zachodnie pragną pokojowo współżyć z innymi krajami Europy, to muszą stanąć na jedynym realnym gruncie, jakim jest obecna polityczna mapa Europy”.
Na czele polskich negocjatorów stanął doświadczony wiceminister spraw zagranicznych Józef Winiewicz. Podczas kolejnych spotkań towarzyszyli mu m.in. Włodzimierz Zawadzki, dyrektor Departamentu Prawno-Traktatowego MSZ, oraz Stanisław Dobrowolski, odpowiedzialny w ministerstwie za sprawy Europy Zachodniej. „O wyborze obydwu – wspominał Winiewicz – decydowały względy nie tylko fachowości i już pełnionych funkcji, ale i okoliczność, że pierwszy był wieloletnią ofiarą obozów koncentracyjnych, jakby więc naocznym świadkiem, potwierdzającym doświadczenia okupacyjne, a drugi znawcą polityki niemieckiej socjaldemokracji”.
Delegacji niemieckiej przewodniczył sekretarz stanu Georg Ferdinand Duckwitz, który w latach II wojny światowej pracował w ambasadzie Trzeciej Rzeszy w Danii. Wykorzystując swoje stanowisko, rozpoczął tajną współpracę z tamtejszym ruchem oporu, pomagając wielu Żydom bezpiecznie przeżyć okres okupacji. Wyjąwszy Duckwitza, skład delegacji kilkakrotnie się zmieniał. Według Winiewicza, „negocjujący zespół RFN złożony był z wybitnych fachowców, ale o bardzo jednostronnym sposobie patrzenia”.
Mimo głośnych zapowiedzi nowego otwarcia w polityce zagranicznej RFN niemiecka delegacja nie była skora do ustępstw. Początkowo naciskała na stronę polską, aby układ o normalizacji przyjął skromną formę porozumienia o niestosowaniu siły, zgodnie z zapisami Karty Narodów Zjednoczonych. O uznaniu granicy na Odrze i Nysie w ogóle nie wspominano. Mieczysław Rakowski, który przyjechał do Bonn w połowie czerwca 1970 r., usłyszał od Egona Bahra, bliskiego współpracownika Brandta i wpływowego polityka SPD, że „nie ma mowy o bezwarunkowym uznaniu przez nas granicy”. Przywoływał przy tym swoją niedawną rozmowę w Moskwie, gdzie Rosjanie mieli wyrazić zrozumienie, a nawet akceptację dla niemieckiego stanowiska.
Winiewicz nie ukrywał, że na każdym etapie rozmów konsultował wszystko z Gomułką. Ten z kolei pozostawał w kontakcie ze stroną radziecką, która równolegle negocjowała z Niemcami Zachodnimi. Podobnie zresztą niemiecki rząd konsultował się z Londynem, Paryżem i Waszyngtonem.
Same zaś polskie rozmowy z przedstawicielami RFN, jak wspominał Winiewicz, „były arcyciężkie. Przyszło nam wysłuchiwać długich wywodów zachodnioniemieckich prawników, powtarzających od dawna nam znane tezy o potrzebie traktatu pokojowego, o zjednoczeniu Niemiec, o odpowiedzialności mocarstw za »Niemcy jako całość«, o doli przesiedlonych z Polski Niemców i tym podobne”.
Nic nie zapowiadało przełomu w negocjacjach. Przed przybyciem polskich dyplomatów do Bonn na kolejną turę rozmów w czerwcu 1970 r. w stolicy RFN odbyły się tłumne demonstracje, których uczestnicy żądali powrotu do przedwojennych granic. Zapytany przez dziennikarzy, jak strona polska odnosiła się do tych wystąpień, Winiewicz odpowiedział: „Niestety 6 mln Polaków wymordowanych, zagazowanych i zamęczonych nie może demonstrować i przypomnieć o tym, co przeszli, a czego przeżyć im nie pozwolono”.
Do mniejszych i większych zgrzytów dochodziło nader często. Jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji Gomułka nakazał członkom polskiej delegacji wypowiadać się wyłącznie po polsku, mimo że większość płynnie mówiła po niemiecku. Z kolei Walter Scheel, minister spraw zagranicznych i szef FDP, przyjął Winiewicza w swoim gabinecie, gdzie nad biurkiem wisiała ogromna mapa Rzeszy z 1937 r.

Gambit Winiewicza

Mimo trudności spotkanie z czerwca 1970 r. przyniosło przełom. Obu stronom udało się dojść do porozumienia w newralgicznych kwestiach. Niemcy Zachodnie uznawały granicę na Odrze i Nysie, zrezygnowały też ze wzmianki o „ciężkich losach wojennych narodu niemieckiego”, którą przeredagowano na „cierpienia narodów Europy”. Polska natomiast zgodziła się na wyjazd do RFN swoich obywateli o niemieckich korzeniach. Do projektu dopisano także kilka truizmów o konieczności zapewnienia pokoju przyszłym pokoleniom.
Gdy wydawało się, że sfinalizowanie negocjacji to tylko kwestia czasu, nastąpił impas. Podpisanie podobnego układu z ZSRR w sierpniu 1970 r. usztywniło stanowisko Bonn na tyle, aby wycofać się z wcześniejszych ustaleń.
„Jak zawsze obawiamy się porozumienia naszym kosztem – notował Rakowski. – Nie jest to pozbawione racji, ale tym razem sytuacja jest nieco inna niż w 1939 r. i w latach 20., gdy podpisano układ w Rapallo. Mieliśmy bowiem cichą nadzieję, że układ o uznaniu granicy na Odrze i Nysie Niemcy wpierw podpiszą z nami”.
Obawy na szczytach partyjnych dobrze scharakteryzował Stefan Olszowski. Po powrocie Gomułki z Moskwy, gdzie Breżniew omówił układ RFN-ZSRR, wpływowy sekretarz KC PZPR przyznał: „Rosjanie nie ufają nam w pełni. Kto wie, czy nie są zainteresowani tym, abyśmy byli takim półcherlawym państwem. Spotkanie w Moskwie trwało zaledwie trzy i pół godziny. Nasi wrócili w minorowych nastrojach”.
Podczas październikowego spotkania Duckwitz („wyraźnie zaambarasowany”, zauważył Winiewicz) oświadczył, że „strona niemiecka chce wrócić do pierwszych propozycji”, czyli do ogólnego traktatu o niestosowaniu przemocy. Swoją postawę tłumaczył tym, że już w dokumencie podpisanym w Moskwie RFN zobowiązała się m.in. do poszanowania wszystkich europejskich granic i niewysuwania w przyszłości roszczeń terytorialnych.
„Niemniej między obu układami istniały podstawowe różnice, wynikające z odmiennej sytuacji ZSRR i Polski wobec Republiki Federalnej – tłumaczył Winiewicz. – Nikt w Niemczech Zachodnich nie kwestionował poważnie zachodnich granic ZSRR. Poza tym Kraj Rad miał już od 1958 r. stosunki dyplomatyczne z Bonn. Znaczenie miała przy tym i rola Związku Radzieckiego jako wielkiego mocarstwa. (…) ZSRR mógł więc z RFN zawrzeć układ o wyrzeczeniu się stosowania siły”.
Dopiero zagrożenie przez Winiewicza zerwaniem rozmów oraz jego interwencja u czołowych polityków SPD – Herberta Wehnera i Egona Bahra – umożliwiły powrót do wcześniejszych ustaleń.
Przed ostatecznym podpisaniem układu opinię musiały wyrazić także wszystkie mocarstwa, które formalnie nadal okupowały Niemcy. Ze zgodą Moskwy nie było problemu, jako że polskie władze na bieżąco informowały Kreml o przebiegu rozmów. Także Paryż i Londyn nadesłały odpowiedzi pozytywne. „Mniej wyraźnie zabrzmiało oświadczenie Waszyngtonu”, wspominał Winiewicz.

Historyczne pięć artykułów

Niemiecka delegacja z Brandtem na czele przybyła do Warszawy 6 grudnia 1970 r. Mieczysław Rakowski zanotował, że „twarz kanclerza mieniła się niezwykłymi uczuciami. Widać było na niej ogromne napięcie, a po policzkach płynęły mu łzy”. Dzień później uroczyście podpisano układ. W Biurze Politycznym KC PZPR długo zastanawiano się, gdzie ma się to odbyć. Ostatecznie spośród kilku propozycji wybrano pałac Radziwiłłowski (obecnie Pałac Prezydencki) na Krakowskim Przedmieściu.
Wieńczące podpisanie układu przemówienie Józefa Cyrankiewicza zgodnie uznano za jedno z najlepszych. Wznosząc kieliszek szampana i zwracając się do niemieckiej delegacji, premier powiedział: „Nasz naród dobrze wie, co znaczyła wojna w obronie swojej niepodległości. Nasz naród dobrze wie, co znaczy pokój, bezpieczeństwo i możliwość twórczej współpracy między narodami Europy. Układ ten jest naszym wspólnym zwycięstwem nad przeszłością”.
Jak na dokument o historycznym znaczeniu, przybrał on skromną formę. Miał zaledwie pięć artykułów, a najważniejszy zapis, w którym RFN uznawała zachodnią granicę Polski w kształcie, który został wytyczony w Poczdamie, znalazł się już na samym początku. Z ramienia władz PRL podpisali go Józef Cyrankiewicz i minister spraw zagranicznych Stefan Jędrychowski. W imieniu Republiki Federalnej Niemiec zrobili to Willy Brandt i Walter Scheel. Bundestag ratyfikował układ dopiero 17 maja 1972 r. Za przyjęciem dokumentu zagłosowało 248 deputowanych, 238 wstrzymało się od głosu.
„Został zamknięty pewien okres w powojennej historii Polski – zanotował w dzienniku Rakowski. – Odwieczny wróg przestał nim być. Jestem ogromnie ciekaw, jakie będą polityczne i psychologiczne skutki utraty karty niemieckiej”. Naczelny „Polityki” nie wiedział, że niespełna dwa tygodnie po swoim życiowym sukcesie Gomułka zostanie zmuszony do dymisji.

Układ nie w smak Rosjanom

Wynegocjowanie układu z RFN było wielkim sukcesem polskiej dyplomacji. Tym bardziej że zbliżenie PRL z Niemcami Zachodnimi miało przeciwników po obu stronach żelaznej kurtyny. Cyrankiewicz przyznał później: „Rosjanie wcale nie byli zadowoleni z tego, że w projekcie układu wymusiliśmy na NRF powołanie się na Poczdam. W ogóle Rosjanie nie mają najszczęśliwszej miny. Wiedzą, że układ z NRF zmniejsza naszą zależność od nich. A to nie może im się podobać”.
Władysław Gomułka wręcz winił Rosjan za usztywnienie stanowiska RFN w sprawach współpracy gospodarczej z PRL. Jego syn wspominał, że „w 1970 r. trwały sondażowe rozmowy z rządem niemieckim o uzyskaniu linii kredytowej. W czasie grudniowej wizyty kanclerza Brandta w Warszawie ojciec oficjalnie wystąpił z propozycją otwarcia dla Polski linii kredytowej w wysokości 10 mld marek, przeznaczonej na modernizację naszej gospodarki”. Ostatecznie z pożyczki nic nie wyszło, co Gomułka odebrał jako zakulisowe działanie Rosjan, „niechętnie widzących znaczny rozwój współpracy gospodarczej między Polską i Niemcami”.
Według prasy zagranicznej, układ PRL-RFN wyznaczał nowy etap w stosunkach międzynarodowych w Europie i nie tylko. „New York Times” zwracał uwagę, że Niemcy Zachodnie de facto uznały „utratę niemal jednej czwartej powierzchni przedwojennego państwa”, dzięki czemu postęp w relacjach Wschód-Zachód znacznie przyspieszył.
Nowa polityka wschodnia kanclerza Brandta wywołała mieszane uczucia na Zachodzie. Podczas jednej z rozmów Władysław Gomułka nie bez satysfakcji zauważył, że w wielu stolicach „obawiają się, aby NRF nie stała się hegemonem Europy Zachodniej. Najbardziej Francuzi. Podobno de Gaulle wypowiedział się ostatnio prywatnie, że gdyby on sprawował rządy, to nie dopuściłby do tego, aby inicjatywę w polityce wschodniej przejął Brandt”.
Największy sukces Gomułki okazał się jego ostatnim. Podpisanie układu z RFN zrodziło w nim zbyt wielką pewność siebie. Ta zaś uczyniła go głuchym i ślepym na problemy wewnętrzne. Zarządzony przez niego wzrost cen żywności wywołał ogromną falę niezadowolenia, która doprowadziła do tragicznych wydarzeń na Wybrzeżu i upadku jego ekipy. Z owoców normalizacji stosunków z RFN i otwarcia Polski na świat w pełni korzystał dopiero jego następca – Edward Gierek.

Bibliografia:
Gomułka i inni. Dokumenty z archiwum KC 1948-1982, Londyn 1987.
Mieczysław F. Rakowski, Dzienniki polityczne, tom 4, 1969-1971, Warszawa 2001.
Andrzej L. Sowa, Historia polityczna Polski 1944-1991, Kraków 2011.
Ryszard Strzelecki-Gomułka, Eleonora Salwa-Syzdek, Między realizmem a utopią, Warszawa 2003.
Józef Winiewicz, Co pamiętam z długiej drogi życia, Poznań 1985.

 

Wydanie: 49/2015

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy