Listy

Listy

*Gdzie się podziały ideały “Solidarności”?

Kiedy w latach 80. przez Polskę przeszła fala strajków i protestów przeciwko dotychczasowemu życiu, nikt się nie spodziewał, że ten swoisty bunt społeczny doprowadzi nie tylko do zrealizowania większości żądań, ale także przyczyni się do zmiany systemu.
Od tamtych wydarzeń minęły długie lata przemian i bolesnych niekiedy przekształceń. Dzisiaj rządzi “Solidarność”, mamy pełno wolności. Co prawda istnieją karty, ale kredytowe, półki uginają się pod ciężarem rozmaitych, artykułów, mamy pluralizm i możliwość swobodnej wypowiedzi. Istnieją sprawiedliwe instytucje, jest prawo i nikt nie pisze o nas sprawozdań wpinanych do teczek, o które jest teraz głośny, niepotrzebny i niszczący szum.Ukochany rząd opiekuje się obywatelami, chroni ich przed plugawymi “postkomunistami”, aborcją, badaniami prenatalnymi. Poza tym wprowadza wielkie reformy.
I cóż się zmieniło? Robotnicy z radomskiego “Łucznika” nadal wychodzą na ulice, wściekli jeszcze bardziej niż niegdyś. Wtórują im zdesperowane pielęgniarki i nauczyciele. Rolnicy budują blokady, a miliony Polaków solidaryzują się z demonstrantami, obserwując powolną agonię państwa.
Nawet dawni uczestnicy masowych strajków powtarzają, że nie o taką Polskę walczyli. Że wcale nie chodziło o to, żeby zarobki za ciężką, rzetelnie wykonywaną pracę, w ich wolnej ojczyźnie wynosiły 250 złotych (płatne w ratach), a czynsz za mieszkanie 300.
Gdzie się podziały ideały dawnej “Solidarności”? Jak na tle dzisiejszej rzeczywistości – barwnej w swojej powierzchowności i szarej we wnętrzu – wyglądają obchody 20-lecia największego związku zawodowego w Europie Środkowo-Wschodniej? Jak to jest możliwe, że ludzie, którzy wówczas bawili na zagranicznych wczasach, obecnie przywłaszczają zasługi i przejmują to, co najlepsze z “Solidarności”? Wreszcie, dlaczego prawdziwi bohaterowie tamtych czasów zostali zepchnięci na drugi tor, wykluczeni, zapomniani. Dlaczego? Paweł Trzemkowski, Ostrołęka

*Nie prywatyzujcie SPHW na siŁę
Od kilku tygodni w prasie ukazują się artykuły dotyczące prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego.
Jesteśmy dostawcami towarów do sieci sklepów DM “Emilia” od kilkudziesięciu lat i uznajemy SPHW za przedsiębiorstwo wiarygodne, operatywne, w pełni wywiązujące się ze zobowiązań wobec klientów i kontrahentów.
Zaskoczenie nasze budzi ewentualna chęć prywatyzowania tej firmy na siłę według reguł założonych przez Pana Wojewodę, bez pytania wieloletnich dostawców, kontrahentów, rzemieślników i prawdopodobnie załogi, która ciężką pracą reaktywowała przedsiębiorstwo z bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej. Jesteśmy firmą o dużym zatrudnieniu, spółką prywatną, czyli tak bardzo preferowanym przez obecną władzę podmiotem gospodarczym i nie przeszkadza nam współpraca z przedsiębiorstwem państwowym, przeciwnie – bardzo nam odpowiada, ponieważ jest rozsądna, konkretna, konsekwentna, wiarygodna i pozwala na rozwój.Zaskoczeniem dla nas jest fakt, iż prywatyzuje się przedsiębiorstwo handlowe o bardzo dobrych efektach, rozliczające się z podatków bez opóźnień i w dodatku podległe Wojewodzie.
Obawa nasza jest tym większa, iż nie znamy dalszej przyszłości – po prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego wielu dostawców, szczególnie rzemieślników znajdzie się w sytuacji trudnej, bez wyjścia dla sprzedaży swojej produkcji, a nawet utrzymania się, czy dalszego istnienia.
Apelujemy do Pana Wojewody tą drogą o rozwagę w podejmowaniu ostatecznej decyzji, dotyczącej losów SPHW i jego załogi, jak również apelujemy o utrzymanie i zachowanie tego przedsiębiorstwa.
BGH “International” Ltd Przedsiębiorstwo
Produkcyjno-Handlowe Sp. z o.o., Biały Bór

*Zachować pomniki pamięci

Artykuł “Ciągle w okopach” Heleny Kowalik w “Przeglądzie” z dnia 17 lipca 2000 r. przeczytałem z zainteresowaniem. Dla nas, uczestników
II wojny światowej, te problemy są ciągle żywe. Żołnierze Wojska Polskiego z żołnierzami Armii Radzieckiej wyzwalali ziemie polskie. Te ziemie, na których w czasie okupacji niemieckiej, według niektórych danych, hitlerowcy wymordowali ponad 6 milionów osób, czyli dziennie około 2850 osób. Tu każdy dzień przyjścia frontu wschodniego był istotny.
Od wieków walczącym o wolność stawiano pomniki chwały i pamięci. Otaczano je szacunkiem. Czasem zagmatwana historia niektóre pomniki różnie traktowała, ale uczciwi ludzie ukrywali je, chronili przed zniszczeniem i szanowali. Dlaczego teraz wiele pomników i nagrobków poległych żołnierzy jest niszczonych? Należy troszczyć się o nie, otaczać szacunkiem, tak jak cmentarze poległych żołnierzy polskich poza granicami kraju. Henryk Garbowski, Warszawa

*Przerwa w ucztowaniu
Wybory – cokolwiek by powiedzieć – łagodzą obyczaje, uszlachetniają charaktery. Kandydaci nie tylko wychodzą do ludzi, ale sami stają się bardziej ludzcy. Przynajmniej w wypowiedziach. Marian Krzaklewski w jednym z wywiadów oświadczył, że swoje poczynania będzie opierać na prawdzie. Wynika z tego jednoznacznie, że do tej pory opierał je na czymś zupełnie innym. Średnio wtajemniczeni wiedzą, że na kolesiach!
W czas wyborów zainteresowani przypominają sobie, że są chrześcijańskiego ducha i pragną państwa sprawiedliwego, a dobro zwykłych ludzi jest ich troską naczelną. Dostrzegają ogrom ubóstwa niezawinionego przez ubogich, przyjmują cząstkę winy za ten stan, jak też zobowiązanie do rychłej jego odmiany. Niektórzy nawet posuwają się do kwestionowania danych statystycznych budzących zarówno rządowy, jak i społeczny optymizm. Idą na wieś, między opłotki i dziwią się wielce rzeczom powszechnie oczywistym. Zupełnie tak, jakby dziwić się było trzeba, z racji odgrywanej filmowej roli. Uważny obserwator poczyna mieć wątpliwości: życie to jeszcze, czy już teatr?
Chciałbym się zapytać: po co to wszystko, czemu służyć ma ta maskarada? Odpowiedź jest prosta: by znowu funkcjonować mogli kolesie, kręciły się, jak dawniej, interesy, spełniane były wyrafinowane zachcianki i eklektyczne gusta. To wszystko warte jest zainspirowania paru symboli i narzucenia rygoru przejściowych ograniczeń. Zresztą każdej uczcie mała przerwa zrobi tylko dobrze! Edward Winiarski, Nienadówka

*Co znaczy powinność?
W ostatnim okresie próbuje się nadać rozgłos podpisanej w Gdańsku “Karcie powinności człowieka”, którą podpisało 13 intelektualistów z arcybiskupem Gocłowskim na czele.
I tak w Słowniku Języka Polskiego pod redakcją Stanisława Skorupki, Haliny Auderskiej i Zofii Łempickiej z 1968 r. czytamy: Powinność – “konieczność – obowiązek, powinność obywatelska; historycznie – “to, do czego był zobowiązany poddany na podstawie pańszczyzny”.
W Słowniku Poprawnej Polszczyzny PWN z 1973 r. prof. Witolda Doroszewskiego określono “czyńcie swoją powinność”, a w dawnej Polsce – “to, co poddany był obowiązany oddawać panu lub robić dla niego”.
W najstarszym słowniku Stanisława Szobera z roku MCMLXIII wydawanym przez PIW (wielokrotnie) m.in. “powinność określono w pkt 3 bardziej dosadnie jako psią powinność lub psi obowiązek”.
Jak więc widzimy, sięgano do tego określenia natury moralnej, powinności służbowych, obywatelskich i gospodarczych nader często. Wyraźnie widać, że po objęciu rządów prawicowych w Polsce sięga się do tego hasła ponownie, jak nie ma się czego innego do zaoferowania. Józef Gręziak, Warszawa

*Mgławica
Przeczytałem artykuł Piotra Czajkowskiego pt. “Socjalizm tak – wypaczenia nie”, zamieszczony w “Gazecie Wyborczej”, lecz dopiero felieton KTT “Mgławica” (“Przegląd” nr 32), poświęcony wywodom Piotra Czajkowskiego, skłonił mnie do sięgnięcia po pióro. Wiek p. Czajkowskiego nie może być usprawiedliwieniem dla niewiedzy, którą ujawnia w swym artykule na temat historii najnowszej.
Istotnie przez pierwsze lata po wojnie było niebezpiecznie w wielu rejonach kraju, ale nie na ulicach miast. Jeszcze działało podziemie, z czego nie bardzo zdawałem sobie sprawę do pewnego zdarzenia. W roku 1953 otrzymałem delegację służbową do GS “Samopomoc Chłopska” w pow. radomszczańskim w celu sprawdzenia anonimu na prezesa GS, który wpłynął do KC.
Przed wyjazdem zostałem poinstruowany, aby nie brać ze sobą żadnych dokumentów z wyjątkiem blankietu delegacji, a już, nie daj Boże, legitymacji partyjnej (to był rok 1953, osiem lat po wojnie). Lecz w tym samym czasie nikt nie bał się iść nocą ulicami miast.
Ci, którzy nad ranem wracali z jakiejś balangi lub ci, który szli do fabryk na ranną zmianę, przed zamkniętymi jeszcze sklepami spożywczymi widzieli skrzynki z mlekiem w butelkach i nikt tego mleka nie kradł. Dziś byłoby ono rozkradzione w mgnieniu oka. W tamtych czasach nie było krat ani szyb pancernych w oknach sklepów, z wyjątkiem sklepów komisowych, futrzarskich i z biżuterią. Włamania należały do rzadkości.
Zbigniew Wojtczak, Łódź

*Polacy w Auschwitz
W 26 numerze “Przeglądu” ukazał się tekst “Salonką do Auschwitz”. Autor artykułu p. Tomasz Goban-Klas dzieli się w nim z czytelnikami swoimi odczuciami na temat “Pociągu Pamięci” zorganizowanego przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich dla uczczenia 60. rocznicy deportacji do KL Auschwitz pierwszego transportu polskich więźniów politycznych. Autor poddaje ostrej krytyce sposób przeprowadzenia wspomnieniowej uroczystości. Jako współorganizatorzy wspomnianych uroczystości, a jednocześnie wieloletni byli więźniowie KL Auschwitz-Birkenau zmuszeni jesteśmy zabrać publicznie głos w tej sprawie.
Oczywiście, nie chodziło nam o zorganizowanie happeningu, lecz o przypomnienie Polakom daty 14 czerwca, która stanowi początek martyrologii Polaków w Auschwitz. Należy podkreślić, że już dawno nie było obecnych tak wielu “oświęcimiaków”. Przyjechali koledzy nie tylko z różnych zakątków Polski, ale także z Niemiec, Australii, Szwecji, Ameryki. 14 czerwca rano wyjechaliśmy specjalnym pociągiem w kierunku Oświęcimia. Autor tekstu w “Przeglądzie” nie wie zapewne, że 60 lat temu pierwszy transport 728 Polaków (a nie 738) przewieziono do Auschwitz pociągiem osobowym. Chcemy podkreślić, iż do przejazdu zaprosiliśmy kilkuset młodych ludzi z Tarnowa oraz polityków. Faktem jest, iż PKP zaproponowała pierwotnie włączenie do składu pociągu wagonu pierwszej klasy, mając zapewne na względzie nasz szacowny wiek. Faktem jest również, że sami z tego zrezygnowaliśmy, uważając, że wszyscy uczestniczymy na jednakowych prawach w tym wydarzeniu.
Nie można było nie zauważyć wspaniałej mszy ekumenicznej, poruszających homilii, modlitw przypominających wszystkie ofiary Auschwitz czy pokojowego przesłania byłych więźniów. Osobiście zadaliśmy sobie trud spotkań z młodzieżą szkolną, aby przygotować ją do tej uroczystości. Dziwi również fakt, że specjalista od masowego komunikowania nie analizuje sposobu informowania przez media o tej uroczystości (np. “Gazeta Wyborcza” nie wspomniała o niej słowem), a stara się wykpić organizatorów, choć sam w uroczystościach nie brał udziału i nie wiedział nic o ich przebiegu.
Wanda Tarasiewicz nr ob. 6884, Stanisława Gąskowa nr ob. 7556, Jerzy Bielecki nr ob. 243, Józef Hordyński
nr ob. 347, Józef Stós nr ob. 752

*Żebyś sy popamiętaŁ
Z wielkim zapałem zabrałem się do lektury reportażu p. Heleny Kowalik pt. “Żebyś sy popamiętał” (“Przegląd” nr 35), ponieważ nigdy za mało przypominania, jak wielką rolę w polskiej historii, nauce i kulturze odgrywał Lwów. I chociaż powinienem być za to wdzięczny Autorce, jest mi przykro z powodu nieścisłości.
1. To nie słynną Kaplicę Boimów ozdabiają mozaiki Mehoffera i freski Rosena, lecz Katedrę Ormiańską i to ona właśnie, a nie Kaplica Boimów gromadzi zwalone tam dzieła sztuki i jest zabita gwoździami.
2. Jeden z pomienionych profesorów Politechniki Lwowskiej nie nazywał się Wiegel, lecz Weigel (Kasper), zaś w dopełniaczu nazwisko trzykrotnego premiera Polski nie odmienia się Bartela, lecz Bartla. Podobnie nazwisko legendarnego “Tońcia” nie brzmi Vogelfanger, lecz Vogelfaenger.
3. Nie było żadnej “Narodnej Hostynny”, lecz “Narodnej Hostynnyci”.
4. Ossolineum złożyło na makulaturę w kościele Jezuitów nie woluminy, lecz całe niemal tony prasy drukowanej w języku polskim z okresu międzywojennego, a co gorsza z całego okresu zaboru austriackiego.
To wszystko mogła Autorka pomylić, niezbyt dokładnie notując, co mówiła przewodniczka, lecz na koniec już sama winna jednak pamiętać i wiedzieć, że “krwawa bitwa, w której zginęło 2859 mieszkańców, m.in. legendarny 14-letni Jurek Bitschan”, nie miała miejsca w 1919 r., bo słynna Obrona Lwowa rozegrała się w 1918 roku i to już jest tak, jakby powiedzieć, że bitwa pod Grunwaldem rozegrała się w 1411 roku.
Jeżeli, (mimo wszystko miła memu sercu) Autorka “sy to popamięta”, to cała reszta “sztymuji i daj Jej Boży zdrowia, a Matka Boska pieniendzy”. Jerzy Janicki, Warszawa

*Najsłynniejszawieś
W nr. 22 “Przeglądu” przeczytałam artykuł “Nasłynniejsza wieś” o radiowej powieści w “Jezioranach”. Znalazłam tam informację, którą chciałabym sprostować. Otóż, nie jest prawdą, że Władysław Milczarek w redakcji “Jezioran” pracował tylko kilka pierwszych lat i zastąpiła Go p. Lubkiewicz-Urbanowicz. Mój zmarły mąż odcinki powieści pisał bez przerwy od jej początku, tj. od maja 1960 r., do stanu wojennego, a więc do końca 1981 roku.
Pani Lubkiewicz do współpracy przystąpiła dopiero w latach 70., gdy z redakcji odeszła p. Zofia Posmysz-Piasecka i gdy kilku chętnych do pisania tej powieści nie przyjęło się. (…)
Wiem, że nazwisko Władysława Milczarka jest przemilczane. Mówią mi o tym przyjaciele. “Gazeta Wyborcza” ponoć drukowała obszerny artykuł o “Jezioranach”, ale nazwisko to było w nim nieobecne. Podobno TVP miała też program jeziorański i też o Nim nie wspomniano. Dopiero Andrzej Mularczyk miał wtrącić: “No jeszcze był Władysław Milczarek”.
No cóż, umarli się nie liczą, szczególnie, gdy chodzi o człowieka skromnego jak On. Maria Milczarek, Warszawa

Wydanie: 37/2000

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy