A serce robi swoje

A serce robi swoje

Na oddziale onkologicznym najistotniejsze są numery telefonów krewnych

Rak, podobnie jak ciąża, jest niewidzialny, dopóki nie przydarzy się nam albo naszym bliskim, a wtedy nagle widzimy go wszędzie. (…) Zachoruje na niego połowa z nas. W Wielkiej Brytanii co dwie minuty rozpoznaje się u kogoś nowotwór. Wszyscy będziemy mieć z nim do czynienia.

Na oddziałach onkologicznych zawsze panuje ruch. Podobnie jak w przychodniach onkologicznych, na oddziałach dziennych i w placówkach prowadzących chemioterapię. W przychodniach, gdzie pacjenci czekają czasem na pierwszą diagnozę, nie ma wolnych miejsc siedzących. Ściany podpiera kolejka wychudzonych, zalewających się potem, obolałych pacjentów (…).

Oddziały dzienne są stale przepełnione i mamy mnóstwo pilnych wezwań, ponieważ na pierwszą chemioterapię wielu pacjentów reaguje wstrząsem anafilaktycznym. Nie ma tu łóżek, tylko rozkładane fotele, a między pacjentami śmigają pielęgniarki podające chemioterapeutyki do wkłucia centralnego (cewników Hickmana), zakładające specjalne chłodzące czepki kobietom chorującym na raka piersi i desperacko pragnącym ocalić swoje i tak wątłe włosy, donoszące kubki z lodem pacjentom ze straszliwymi owrzodzeniami w ustach.

Podczas podawania leków cytostatycznych pielęgniarki muszą zachowywać wyjątkową ostrożność. Terapie nowotworowe opracowano podczas II wojny światowej, gdy okazało się, że gaz musztardowy, środek bojowy stworzony przez armię amerykańską, działa toksycznie na komórki szpiku kostnego. Japońskie środowisko medyczne zauważyło, że szpik kostny ofiar ataków atomowych na Hiroszimę i Nagasaki uległ całkowitemu zniszczeniu. Pewnego Żyda z polsko-amerykańskiej rodziny, niejakiego Sidneya Farbera, jak wielu innych Żydów nie przyjęto tymczasem na uczelnię medyczną w Stanach Zjednoczonych i w połowie lat 20. rozpoczął studia medyczne w Niemczech. Jakiś czas później powrócił do Ameryki i kontynuując naukę na Harvardzie, ożenił się z Normą Holzman, autorką książek dla dzieci i płodną poetką. Niedługo po zakończeniu II wojny światowej Farber odkrył, że środek zwany aminopteryną pomaga dzieciom chorującym na ostrą postać białaczki, hamując proces związany z podziałem komórkowym. Tak narodziła się współczesna chemioterapia. Domyślam się, że zarówno Farber, jak i jego żona poetka jednakowo poszukiwali w życiu sensu.

Poszukiwała go też Jane Cooke Wright. Jej ojciec był jednym z pierwszych czarnoskórych absolwentów Wydziału Medycyny Uniwersytetu Harvarda, a Jane, ukończywszy najpierw uczelnię artystyczną, zaczęła studiować medycynę i w 1945 r. została lekarką. Jane Cooke Wright odkryła środek zwany metotreksatem, dziś stosowany powszechnie w chemioterapii. Uratowała tym życie milionom ludzi. W późniejszym okresie podjęła współpracę z Jewel Plummer Cobb, inną uczoną, i razem odkryły, że metotreksat znajduje zastosowanie w leczeniu określonych typów raka skóry, raka płuc oraz białaczki dziecięcej. (…)

Cytostatyki, leki stosowane w chemioterapii, działają toksycznie na komórki. Organizacja Cancer Research UK przyrównuje chemioterapię do strzelania z armaty do wróbla. Działanie leków cytostatycznych polega na hamowaniu czy też przerywaniu aktywności komórkowej na określonym etapie cyklu komórkowego. Ale cytostatyki niszczą wszystko. Lecząc raka, mogą go także wywołać. Na czas zabiegów pielęgniarki wieszają na drzwiach oddziału tabliczkę zakazu wstępu, żeby do środka nie dostały się osoby niepowołane. Same pielęgniarki zakładają fartuchy ochronne, wciągają dwie pary rękawiczek, osłaniają twarz i oczy, pilnują, żeby nic nie pękło, i obchodzą się z preparatami jak z jajkiem. Rozlany lek do chemioterapii to poważny powód do zmartwień.

Niektóre środki się utleniają, co oznacza, że mogą trafić do układu oddechowego. Jeśli tak się stanie albo zostaną połknięte lub przenikną przez skórę, mogą wywołać u pielęgniarki raka czy zwiększyć prawdopodobieństwo zachorowania w przyszłości. Ten lek wprowadzamy bezpośrednio do krwiobiegu pacjenta. To dlatego po dwóch dniach leczenia niektórzy pacjenci nie są w stanie ustać na nogach i wymiotują żółcią do oporu, a nawet zdarza się, że ich skóra nabiera odmiennego kolorytu i zapachu; to efekt zatrucia.

Maria Skłodowska-Curie, która wyemigrowała na studia do Francji, zdobyła dwie Nagrody Nobla za odkrycie radu i polonu. Pod jej kierunkiem przeprowadzono pierwsze w świecie badania nad leczeniem nowotworów za pomocą izotopów promieniotworczych. Tak powstała radioterapia. Dziś w leczeniu raka łączy się często chemioterapię, radioterapię oraz interwencje chirurgiczne. Oczywiście z uwagi na postępy w dziedzinie chemioterapii i radioterapii oraz zmianę w podejściu do ich stosowania wskaźniki wyleczeń i przeżywalności z roku na rok rosną. Wiemy już, jak ważne jest ostrożne obchodzenie się z lekami do chemioterapii, i rozumiemy zagrożenia płynące ze stosowania radioterapii. Sama Skłodowska-Curie nabawiła się odmiany raka zwanej niedokrwistością aplastyczną po tym, jak nosiła w fartuchu laboratoryjnym próbki radu rozświetlające kieszeń jak piękne fluorescencyjne gwiazdki nad dziecięcym łóżkiem.

Pewne czynniki zmniejszają prawdopodobieństwo zachorowania na nowotwór. Z rządowych programów profilaktyki zdrowotnej możemy się dowiedzieć, że do czynników rakotwórczych zalicza się: papierosy, alkohol, przypaloną żywność, środki czyszczące, pestycydy, dorastanie w pomieszczeniach pełnych azbestu. Zdarza się jednak, że lekarze nie umieją określić, dlaczego dana osoba zachorowała. (…)

W miarę jak przybywa mi lat i widzę wokół siebie coraz więcej nowotworów, mogę sobie tylko przypominać, by spędzać życie sensownie i szczęśliwie, cenić to, co czyni nas ludźmi: nie dobra materialne, tylko miłość, dobroć, nadzieję. Co dzień staram się pamiętać, że nie my panujemy nad wiatrem. (…) Czasem raka nie da się wyjaśnić. Tak jak kart, które trafiają nam się w grze. W każdym razie rak przypomina nam o tym, co się naprawdę liczy.

Pracuję jako pielęgniarka od 20 lat, ale dopiero gdy przedwcześnie umiera na raka płuc mój tata, zaczynam rozumieć znaczenie dobroci oraz tkwiącą u jej podstaw głębię człowieczeństwa. Gdy wszystko już zawiodło – chemioterapia, radioterapia i leki – a wraz z zespołem onkologów, radiologów, ultrasonografistow i naukowców salę opuszcza nadzieja, to czuwająca przy łóżku pielęgniarka ma do zaoferowania coś innego: godność, spokój ducha, nawet miłość. Po śmierci Curie-Skłodowskiej jej dzieło jest kontynuowane. W Wielkiej Brytanii pielęgniarki onkologiczne z organizacji Marie Curie pomagają rocznie 40 tys. nieuleczalnie chorych – ludziom, którym medycyna nie może już pomóc.

Cheryl, pielęgniarka mojego taty, wykonuje obowiązki, które są mi rzecz jasna dobrze znane. Przygotowuje przepisane leki. (…) Czujna jak zawsze zagląda do zaleceń i ponownie sprawdza dawkę. O przebiegu leczenia zdecydował onkolog taty, który rozważył wpierw szereg zmiennych naukowych i indywidualnych czynników: metabolizmu leków w zaatakowanej przez przerzuty chorobie, maksymalne stężenie w osoczu, różnice we właściwościach wiązania się z receptorami opioidowymi.

Cheryl przewiduje zawczasu ból taty, obserwuje mowę jego ciała, nasłuchuje barwy głosu i zwraca uwagę na przerwy w rozmowie: to, co niewypowiedziane.

– Nic mi nie jest – odzywa się tata.

Mówi głosem nieznacznie tylko wyższym, ale rozmawiała z nim przez tyle godzin i tak często go słuchała, że wie. Podaje lek, siedzi przy nim w milczeniu przez dobry kwadrans i rozsuwa zasłony dopiero wtedy, gdy lek przeciwbólowy zaczyna działać. Cheryl dobrze wie, że gdyby nie spotkała się z bólem w połowie drogi na szczyt, lekarstwo nie zadziałałoby tak skutecznie. (…)

Uczę się wtedy, że pielęgniarstwo polega nie tyle na wypełnianiu obowiązków, co na umiejętności zapewnienia pacjentowi i jego rodzinie komfortu w najdrobniejszych szczegółach. Zaszczytem jest towarzyszenie ludziom w granicznych, ważkich chwilach największej słabości, zaszczytem jest umiejętność pokochania zupełnie obcych ludzi. Pielęgniarstwo, tak jak poezja, to sfera, w której fakt styka się z przenośnią. (…) Jest – lub powinno być – bezkrytycznym aktem troski, współczucia i empatii. Powinno nam przypominać o naszej zdolności darzenia człowieka uczuciem. Jeśli poziom rozwoju społeczeństwa wyraża się tym, jak traktuje ono swoich najsłabszych obywateli, to sam akt opieki staje się miarą człowieczeństwa.

A jednak jest to najbardziej niedoceniana ze wszystkich profesji. Każdy, kto na ścieżce zawodowej zetknął się z rakiem, pojmuje jednak istotę pielęgniarstwa i je ceni, bo wie być może, że gdy człowiek staje u kresu, to nie remedium, które zresztą często już nie działa, liczy się najbardziej. (…)

W szpitalach szafuje się określeniem „śmierć naturalna”, jakby umieranie bez interwencji było czymś przyjemnym. A nie jest. W chorobie nowotworowej śmierć naturalna wygląda nienaturalnie, okropnie. Człowiek zaczyna się psuć, śmierdzieć, gnić, żyły wydymają mu się i skręcają, i poci się, jakby przeciekała mu skóra, wilgotnieje jak ser pozostawiony po pikniku w pełnym słońcu. Śmierć naturalna potrafi się zmienić w najokrutniejszą torturę, a radioterapia paliatywna, choć także dręcząca, bywa okrucieństwem łagodniejszym.

Tata leży, ale czas zwolnił. Mimo to łaknie jeszcze każdej godziny, każdej sekundy. Zażywa tyle tramadolu, że zamazuje mu się obraz i trudno mu przez dłuższy czas zachowywać przytomność, ale gdy się to udaje, chodzi z mamą na nabrzeże i obserwuje fale, światło, ptaki. W miesiącach poprzedzających śmierć ogląda więcej wschodów i zachodów słońca niż przez 63 lata życia. Stają się dla niego ważne. Wyraża zgodę na radioterapię paliatywną, a ja się martwię. (…) Towarzysząc umierającemu tacie, wcale nie dobiegam czterdziestki. Mam cztery lata, siedzę mu na ramionach, a on pokazuje mi gwiazdy i opowiada o planetach. Mam 14 lat, zerwałam z chłopakiem, a on kołysze mnie w ramionach, gdy płaczę. Mam dwadzieścia kilka lat, podaję mu moją nowo narodzoną córeczkę, a na jego twarzy maluje się czysta radość, tak zupełna i kompletna, że takiego wyrazu twarzy nie widziałam nigdy wcześniej ani później. Chcę tego wszystkiego.

W dzień Bożego Narodzenia idziemy na plażę. Normalnie po świątecznym obiedzie odsuwamy na bok przygotowane planszówki i obsypani papierkami po słodyczach zasypiamy na sofie, ale te święta są jego ostatnimi. Wiemy, bo nie działa ani chemia, ani radioterapia paliatywna, ani sterydy. Wiemy.

Na plaży jest zimno, tacie sinieją wargi. Zimna nie znosi. Na Saharze wciągnął kiedyś sweter, mówiąc: „Na dworze dziś jakoś rześko”. A tu zima. Morze Irlandzkie i kości na wyczerpaniu. Ale ja chcę jeszcze zrobić kilka zdjęć. Staram się zachowywać naturalnie ze swoim wielkim aparatem, udaję, że szukam muszelek i fotografuję go mimochodem (…).

Zbyt wiele widziałam i nie wymażę już tego z pamięci. O okropności życia nie muszą nam przypominać wojny ani tragiczne wypadki drogowe. Mamy raka.

– Wskakuj. – Tata odkrywa kołdrę i przywołuje Cheryl gestem.

Ona parska śmiechem, serdecznym i prosto z serca, i dalej wypełnia dokumenty.

– Tupeciarz z ciebie – mówi.

Krzyżują spojrzenia i uśmiechają się.

Dziś jest ostatni dzień taty na ziemi i my tego jeszcze nie wiemy, ale Cheryl – tak. W naszym domu kręci się w pobliżu pokoju, który wybrał sobie do umierania, i wpada na dół tylko po to, żeby zaparzyć sobie herbaty albo, w odróżnieniu od mojej mamy i brata, zostawić mnie z nim czasem sam na sam. Nie rozmawia ze mną o sprawach związanych z pielęgnacją. Dziś jestem córką jej pacjenta. Często otacza mnie ramieniem, a gdy pomaga tacie skorzystać z fotela sanitarnego, wyprasza mnie z pokoju. Zza drzwi słyszę, jak ryczą ze śmiechu. Siedzę przy tacie, obserwuję przyjaźń, którą nawiązali, i usiłuję zrozumieć, o co chodzi w tej mojej wieloletniej pracy. (…) Cheryl przypatruje się tacie odrobinę dłużej niż zwykle. Podążam za jej spojrzeniem, choć niełatwo mi na niego patrzeć. Tata nigdy nie należał do postawnych, ale rak go skurczył. Skora obwisa mu na wychudłych kończynach i ma inny kolor, nie żółty, raczej ziemisty, a zapadnięte oczodoły obwiedzione ma na szaro. Nie słyszy. Wyjął sobie aparat słuchowy i zamiast mówić, krzyczy. Nie czuje smaku. To dla niego najgorsze.

– Mógłbym już równie dobrze umrzeć. Nawet nie wiem, jak smakuje mój obiad.

Przegląda czasopisma z przepisami, których już nigdy nie wypróbuje: tadżin jagnięcy, suflet serowy, turbot po kornwalijsku ze szpikiem i selerem naciowym, francuska zupa cebulowa.

– A wiesz, nigdy nie ugotowałem coq au vin! Ani razu! – krzyczy.

– Ale przyrządzałeś kaczkę à l’orange – odpowiada Cheryl. – W dodatku z sosem jeżynowym. Opowiadałeś mi o swoich kuchennych wyczynach. O tych wszystkich cudach, które gotowałeś.

Opowiadam Cheryl o naszym dzieciństwie, o tym, jak wracaliśmy do naszego domu komunalnego w Stevenage i zastawaliśmy zwieszone z futryny bażanty, które sam upolował; albo jak zapraszaliśmy kogoś na herbatę, a tu tata przyrządza faszerowane serca; albo jak chodził co wieczór na działkę po warzywa na kolację. (…) Gdy mówię, tata zapada co chwilę w niespokojny sen i zaraz się z niego wyrywa; śmiesznie wygląda, gdy śpi z podniesioną ręką, którą opiera na czole, i nie pozwala jej sobie zdjąć, choć ilekroć dłoń się zsuwa, jego ciało się podrywa.

Pojękuje. Coraz ciszej oddycha.

Milknę, Cheryl patrzy na niego, a potem na mnie.

– Myślę, że trzeba by ściągnąć mamę na górę, niech będzie w pobliżu.

Nie chcę przytaknąć. Nie chcę potwierdzać tego, co sugeruje. Że tata jest bliski śmierci. Widzę, że oddycha wolniej, wierci się, a potem zastyga w kompletnym bezruchu. Ale nie jestem gotowa na jego odejście. Nie jestem gotowa.

– Tak tu przytulnie – mówi Cheryl. – I jaki śliczny dzień.

Tata umiera w domu, w łóżku, mama trzyma go za jedną rękę, brat za drugą, ja trzymam za rękę mamę. Bólu nie ma. Jest godnie. Jest spokojnie. Lepszej śmierci sobie nie wyobrażam. Zdążyliśmy powiedzieć to, cośmy musieli, i przemilczeć to, czegośmy nie wysłowili. Mama zdążyła na niego spojrzeć, on zdążył spojrzeć na nią. Jest czas na płacz i jest czas na śmiech. Do ostatniej chwili jest sobą i tylko sobą. Okazuje się, że tata to mistrz umierania. Mama uczy mnie, jak żyć pełnią życia: cieszyć się, odczuwać, wybaczać, być wierną sobie. Tata uczy mnie, jak dobrze umierać. Umiera z humorem, godnością i całkowitym brakiem strachu. (…)

Ale ja i tak się boję. (…) Nie mogę jednak tacie pomóc. Dziś nie jestem pielęgniarką o specjalizacji ratunkowej. Dziś w ogóle nie jestem pielęgniarką. Jestem córką. I to boli. Boli wszystko. (…)

Po kilku dniach wracam do pracy. Jestem odrętwiała. (…) A pierwsze tego dnia wezwanie przychodzi z onkologii. Na oddziale onkologicznym jest spokojniej niż w innych miejscach szpitala. Pielęgniarki poruszają się powoli, taktownie, rozmawiają przyciszonymi głosami. (…) Przy końcu korytarza znajduje się pokój, w którym lekarze i pielęgniarki przekazują złe wiadomości.

Na tym oddziale wiedzą, jak to robić, rozumieją, że do odrętwiałego, zamrożonego człowieka dociera tylko szczery przekaz. Dlatego słów „Pani mąż w nocy zmarł. Przykro mi” nigdy nie zastępuje wyrażenie „Odszedł spokojnie we śnie”.

Pielęgniarki dzwonią i wzywają krewnych do szpitala, próbując jednocześnie ocenić, czy istnieje ryzyko, że spowodują po drodze wypadek.

– Może pan przyjechać jeszcze przed południem? Teraz stan jest stabilny, ale myślę, że trzeba przyjechać.

Wskazując, kiedy pora przybyć do szpitala, polegają na swoim doświadczeniu, bez względu na odczyty parametrów i wyniki badań krwi. Na podstawie miliona szczątkowych rozmów z rodzinami formułują przekaz tak, by krewny dotarł na miejsce szybko i bezpiecznie; jeśli obawiają się, że może być inaczej, dzwonią na policję z prośbą, by dzielnicowy powiadomił krewnego osobiście i szybko przywiózł go do szpitala. Na oddziale onkologicznym to nie informacja o ciśnieniu krwi, diagnoza ani schemat leczenia są najważniejsze, choć i one mają oczywiście znaczenie. Najistotniejsze są jednak numery telefonów krewnych. „Zawsze pamiętaj, by wyraźnie zapisać numer”. To straszne uczucie, gdy nie możesz kogoś powiadomić w porę. (…)

Zaciskam zęby i wchodzę za ekipą do jednoosobowej sali, w której na łóżku siedzi mężczyzna z maską tlenową na twarzy. Wynurza się lekarz, zdejmuje rękawiczki.

– Fałszywy alarm – mówi. – Było podejrzenie anafilaksji, ale nic mu nie jest.

Ekipa rozprasza się pojedynczo, ale ja z jakiegoś powodu stoję jak wryta. W końcu zostaję sam na sam z pacjentem. Mężczyzna ściąga maskę i uśmiecha się.

– Ma pani chwilę? – pyta.

– Oczywiście. – Siadam obok i na jego prośbę podaję mu leżącą na stoliku nocnym gazetę.

– Może mi pani poczytać wyniki?

Otwiera gazetę na wynikach wyścigów konnych. Mam masę papierkowej roboty, do tego za chwilę prowadzę szkolenie. – To zajmie chwilkę – mówi. – Nie chcę sprawiać kłopotu, ale bez okularów guzik widzę.

Odczytuję imiona koni oraz wyniki. Przy niektórych fragmentach pacjent młóci ręką powietrze.

– O, to to – mruczy.

Nie podnoszę wzroku znad gazety, ale czuję, że jego skóra wydziela metaliczną woń chemii, słyszę też cichy warkot pompy. Dobijają mnie jednak kapcie. Para kapci ustawionych pedantycznie pod łóżkiem. Zupełnie jak u taty. Dławiony przez wiele dni płacz wypływa z taką mocą, że strącam stojącą przy łóżku szklankę z wodą.

– Przepraszam – mówię. – Bardzo przepraszam.

Podrywam się, jakbym chciała wyjść, ale on łapie mnie za ramię i sadza z powrotem, a ja płaczę. Zagarnia mnie ramieniem i tuli do rzężącej piersi; kości policzkowe kontra żebra, łzy prędkie i nieskrępowane. To musiało trwać zaledwie kilka sekund, ale rozciągnęło się w czasie: on – pielęgniarz, ja – pacjentka.

– Wyrzuć to z siebie, dziecko.

– Przepraszam. To takie nieprofesjonalne. To ja mam pomagać panu.

– Bzdura – odpowiada. – Wszyscy mamy sobie pomagać. (…)

Cheryl przychodzi na pogrzeb. Trzyma się z tyłu, przy drzwiach, z dala od przyjaciół i rodziny, z pokorą i szacunkiem. A jednak stojąc na przedzie z zapłakanymi dziećmi u boku i podtrzymując mamę, widzę płynące po jej twarzy łzy.

Podczas przemowy mój brat jej dziękuje.

– Pomogła tacie umrzeć godnie i bezboleśnie, właśnie tak, jak chciał. Załatwiła mu jednodniowy pobyt w hospicjum, gdy mama naprawdę tego potrzebowała. Zaciągnęła go tam tylko dlatego, że obiecała mu whisky w drodze powrotnej. I dotrzymała obietnicy. Dzień czy noc, zawsze odpisywała na SMS-y, które słałem jej z Londynu, a gdy wiedziała, że już koniec, przyjechała w dniu, w którym miała mieć wolne. Pewnie, że to jej zawód. Ale była dla nas kimś więcej. Dla mojej rodziny była naszą pielęgniarką. Dla taty przyjaciółką. Kochała tatę. A on kochał ją.

Gdy przychodzi moja kolej, uginają się pode mną nogi. Dochodzę jakoś do pulpitu i staram się nie patrzeć na mamę, ani nie wyobrażać sobie ciała taty leżącego w trumnie za moimi plecami. Nigdy nie zapominam języka w gębie, ale dziś nie mam nic do powiedzenia. (…) Nie patrzę na mamę, zerkam jednak na twarz Cheryl. Nie wiem, jak wyduszę z siebie głos. Uwiązł mi w gardle. Ale jej ledwie zauważalne skinienie głowy dodaje mi sił: podnoszę kartkę, prostuję się i czytam:

– Nic poza miłością się nie liczy. Mówię ci to tu i teraz, mówię o miłości do twojej żony, męża, innej ukochanej osoby, syna i córki i – być może najcenniejszej – miłości do wnuczęcia. Mówię o miłości tak głębokiej, że człowiek gotów oddać za nią życie. Tak wzniosłej, że można nią przejrzeć niebiosa i wtedy nawet w nie uwierzyć. Może niektórzy z was już je widzieli. Może macie tyle szczęścia co ja. Tyle chcę powiedzieć. Kochajcie. Koniec końców, liczy się tylko to. Kochajcie się.

Fragmenty książki Christie Watson Pielęgniarki, przekład Ewa Borówka, Marginesy, Warszawa 2019

Wydanie: 3/2020

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy