I znowu rewolucja…

Zapiski polityczne

Moi koledzy z kierownictwa Unii Pracy bardzo nie lubili ostrzeżeń, jakie formułowałem przeciw obiecywaniu wyborcom sukcesów w poskramianiu narastającego lawinowo bezrobocia. Ja natomiast byłem przez kilka lat członkiem europejskiej komisji do spraw bezrobocia stanowiącej przybudówkę do Komisji do spraw Socjalnych Rady Europy. Przez te lata wysłuchałem wielu wykładów najlepszych w Europie speców od tej problematyki i wiedziałem nieco więcej, niż to było wiadome w polskich kręgach politycznych, przeto rozumiałem zwodniczość wszelkich obietnic co do – już nie mówię likwidacji – lecz tylko do ograniczenia tej plagi współczesnego świata.
Cały problem, tak dramatyczny dla wielu ludzi oraz ich rodzin, sprowadza się do tego, iż rozwój techniki wyeliminował z rynku pracy miliony ludzi zastąpionych przez roboty sterowane komputerami. Amerykański uczony Rifkin napisał o tym książkę, tylko co wydaną po polsku. W powyżej sformułowanym krótkim zdaniu mieści się właściwie cały opis nowej ogromnej rewolucji technologiczno-ustrojowej toczącej się ze straszliwym impetem przez świat, o którym mieliśmy prawo sądzić, iż doszedł do pewnej perfekcji organizacyjnej, zapewniającej przeogromnej rzeszy pracowników dobrobyt i bezpieczne jutro. W tym pozornie starym świecie pełnym chętnych do pracy rąk ludzkich nastąpiło coś na kształt niweczącego wszystko, co było, trzęsienia ziemi. Co gorsza, ten stary świat, taki pewny swojej siły i swego dobrego jutra, przestaje szybko istnieć, gdyż nie tylko ręce do pracy nie są już potrzebne, ale razem z zanikiem tego oczywistego do niedawna popytu na pracę zaczął być poważnie zagrożony bismarckowski ład społeczny gwarantujący starym, spracowanym ludziom bezpieczeństwo materialne na późne lata życia.
Tu mała dygresja. Nam, Polakom, kanclerz Bismarck źle się kojarzy, gdyż za jego sprawą i za jego czasów polskość w zaborze pruskim doznawała licznych i znacznych szkód materialnych oraz politycznych, ale tenże sam nasz prześladowca był jednym z głównych twórców ogromnego systemu bezpiecznej starości, czyli emerytalnego – w wymiarze do jego czasów niespotykanym. Ów system był oparty na tym, iż liczba zatrudnionych opłacających stosowne składki ubezpieczeniowe bywała zawsze większa od gromady emerytów. Było z czego im płacić. Totalne bezrobocie wywołane przez rewolucję technologiczną bardzo znacznie zmniejsza sumy, jakie można przeznaczać na zabezpieczenie starości.
Wielu polityków, także i naszych, polskich, żyje i kieruje się złudzeniem, że szybki rozwój gospodarczy kraju przywróci wcześniej czy później dawny ład, w którym znajdzie się dostatek pracy dla wszystkich. Tak nie będzie! Oczywiście, rozwój gospodarczy bardzo nam teraz brakujący i potrzebny, zmniejszy szybkość narastania katastrofy wywołanej rewolucją technologiczną, ale nie zahamuje nigdy niszczącej dotychczasowy ład siły rewolucji technologicznej, dającej kapitałowi znaczący wzrost zysków, zaś polityce społecznej ułatwi działanie, gdyż roboty i komputery nie będą tworzyć związków zawodowych i pod ich egidą walczyć o prawo czy choćby tylko o możność jakiejkolwiek pracy.
Co zatem robić? Siąść i płakać? Bzdura, na dodatek bez efektów! Niestety, przez lata pracy we wspomnianej komisji do spraw bezrobocia nie usłyszałem nigdy prostej recepty mogącej ocalić uprzemysłowioną część świata od kryzysu pracy. Nie zniszczymy maszyn czyniących nasze ręce bezużytecznymi dla wytwórczości częściami ciała, nie cofniemy postępu techniki, nie zahamujemy myśli wynalazców mnożących możliwość zwiększania zysków z zainwestowanego kapitału.
Jedyne, co wydaje się realne, choć bardzo mało określone, to oczekiwanie, iż rewolucja technologiczna wymusi na rozwiniętej części świata, na jej mieszkańcach, zupełnie nowe formy współistnienia i organizacji społeczeństwa oraz sposobów wytwarzania dóbr materialnych. Tylko kłopot z tym, że – o ile wiem – nie znalazł się do tej pory nikt, kto by potrafił nie tyle przewidzieć dokładnie przyszłość, ale choćby pobieżnie naszkicować zarys możliwości. Rifkin opisał starannie samą katastrofę i jej stan obecny, czyli „Schyłek siły roboczej na świecie i początek ery postrynkowej”, jak głosi polski przekład tytułu. Tytuł oryginału jest wymowniejszy: „The End of the Work” (Wydawnictwo Dolnośląskie).
W Polsce rifkinowska problematyka nie jest poruszana. Naprawdę interesuje się tym profesor Adam Schaff, który jako prawie jedyny dostrzegł owo ponure zagrożenie dla porządku społeczno-politycznego współczesnego świata. Politycy o tym nie mówią i nie wiem, czy w ogóle wiedzą o istnieniu opisów tego zjawiska. Ja miałem to zupełnie przypadkowe szczęście, iż ze zwykłej dziennikarskiej ciekawości włączyłem się do prac owej europejskiej komisji do spraw bezrobocia, co dało mi możność wysłuchania serii wykładów znawców problemu, nieudających, że wiedzą, co z tym począć, jak zaradzić nadciągającej burzy, bo to nie jest nowy prąd społeczny czy jakieś tam nowe zjawisko, lecz jest to już trwająca groźna rewolucja technologiczno-społeczna o kolosalnych konsekwencjach politycznych, których nikt z nas nie umie sobie dzisiaj wyobrazić, a cóż dopiero im zaradzić.
29 maja 2002 r.

 

Wydanie: 22/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy