Anatomia protestu masy krytycznej

Anatomia protestu masy krytycznej

Pojedynczy rowerzysta nic nie znaczy, jeżeli są ich tysiące, stanowią problem dla każdej władzy i kierowców Nikt nie wie, ilu ich jest. Nie mają stałej siedziby ani formalnych władz. Dawniej nie mieli żadnych nazwisk ani adresów, tylko numery telefonów. Dziś niektórzy dorobili się wizytówek. Zbierają się w ostatni piątek każdego miesiąca. Kiedy startują, stają się zmorą kierowców. Swoją chorobą zarazili większość miast Polski. Ratusz nie wie, co z nimi zrobić. Ale, o dziwo, dogadali się z policją. Pozytywna kolaboracja – Na początku były pewne niesnaski, ale potem ustaliliśmy reguły gry – komentuje współpracę z warszawskimi cyklistami inspektor Wojciech Pasieczny z Biura Prasowego Komendy Stołecznej Policji. Do niesnasek zaliczyć można pierwsze starcia ze służbami porządkowymi, które do przyjemnych z pewnością nie należały. Choć wielu masowiczów przyznaje, że po raz pierwszy spotkali się w 1998 r., to dopiero wydarzenia z czerwca 2002 r. rozsławiły ich działania. Przeciwko grupie kilkuset osób na rowerach, większej niż kiedykolwiek dotąd, wystawiono prewencyjnie liczne jednostki policji, w tym oddziały uzbrojone w broń palną, pałki i tarcze. W relacjach uczestników najczęściej pojawiają się słowa chaos, frustracja i niepotrzebna agresja. Na placu Konstytucji doszło wówczas do ostrych i poważnych starć. Policyjna blokada ulicy, która nie zatrzymała rowerzystów, przerodziła się w otwartą wojnę z wszystkimi posiadaczami dwóch kółek. Nawet tymi przypadkowymi, którzy akurat znaleźli się na trasie przejazdu. Rowerzystów zrzucano z siodełek, pakowano do radiowozów i zabierano na komisariat. – Rozpoczyna się gonitwa po całym Śródmieściu. A raczej polowanie – kogo policjanci nie są w stanie zatrzymać, tego gonią radiowozami po parkach, po chodnikach. Gdy tylko jest okazja, zrzucają z rowerów kopniakami lub uderzeniami pałką, bez znaczenia jest twoja prędkość. Sceny jak z filmów – wspomina uczestnik tamtych wydarzeń Marcin Drążkiewicz. Obie strony wkrótce usiadły do rozmów. W tej chwili każdy przejazd Warszawskiej Masy Krytycznej nawet nie jest przez policjantów kontrolowany, ale zwyczajnie zabezpieczany w ramach dobrosąsiedzkiej współpracy. – W każdy ostatni piątek miesiąca staramy się pomagać uczestnikom masy, ale oni sami najbardziej dbają o porządek. Sprawdzają oświetlenie, promują kamizelki odblaskowe i bezpieczną jazdę rowerem – mówi dzisiaj Wojciech Pasieczny i zaraz dodaje: – Owszem, każda blokada na ulicach Warszawy budzi mieszane uczucia. Ale takie mają prawo i powtarzam – osobiście popieram. Kilka miesięcy temu w Białymstoku policja brutalnie potraktowała jednego z uczestników tamtejszej Masy Krytycznej. Zarzut? Złamanie przepisów – jazda na czerwonym świetle. Dokładnie tak samo jak w Warszawie osiem lat wcześniej. Coś z tego porozumienia warszawskich cyklistów z policją wynika. Że dyplomatyczna legalizacja buntu przynosi konkretne efekty. Wprawdzie comiesięczny przejazd rowerzystów ulicami Warszawy stał się bezpieczny i uporządkowany, nieuchronnie wtapiając się w pejzaż miasta, a widok ponad 2 tys. cyklistów nie robi już na nikim wrażenia, jednak systematycznie powtarzany nie daje o sobie zapomnieć. Zwłaszcza władzom miasta, wśród których zdarzają się czasem niefrasobliwi urzędnicy. W kółko to samo „Dopóki ja tutaj będę wiceprezydentem, ścieżka na Wale Miedzeszyńskim nie powstanie”, powiedział w maju 2004 r., podczas obrad Warszawskiego Okrągłego Stołu Transportowego, Andrzej Urbański, drugi najważniejszy w hierarchii stanowisk urzędnik miasta stołecznego Warszawy. Ścieżka na Wale jest i ma się bardzo dobrze. W każdy weekend przelewają się po niej dziesiątki, jeżeli nie setki amatorów rowerowych wycieczek za miasto wzdłuż Wisły. Ostatnie powodzie nadały jej jeszcze jedną funkcję. Była najliczniej uczęszczanym miejscem zatroskanych o swoje miasto warszawiaków i zwykłych, bezinteresownych gapiów. Miasto wchłonęło ścieżki rowerowe na swój własny sposób. Najczęściej widać, że je polubiło. Wszystkie ścieżki w stolicy liczą ok. 100 km. We Wrocławiu 60 km, podobnie w Krakowie. Polskim miastom daleko do Berlina czy Paryża. W Paryżu jest ponad 650 km, w stolicy Niemiec około tysiąca. Mer Londynu Boris Johnson zapowiedział budowę miejskich szybkostrad i wkomponowanie jazdy rowerem w system codziennej komunikacji. Np. specjalne autobusy i wagoniki metra, wyposażone w stojaki na rowery. Z miejskiej kasy na ten cel mają trafić dziesiątki milionów funtów. A Kopenhaga

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2010, 27/2010

Kategorie: Kraj