Wolność mediów?

Wolność mediów?

Helsińska Fundacja Praw Człowieka podniosła problem wolności lokalnych mediów. Wdraża program monitoringu społecznego mającego nadzorować, czy wolność ta jest naruszana przez lokalnych kacyków i polityczne układy w gminach. Zjawisko to jest w Polsce plagą. No bo czy właściciel gazety lokalnej, który utrzymuje ją głównie dzięki zleceniom reklamowym z Urzędu Miasta, skrytykuje poważnie burmistrza? Akcja HFPC jest bardzo ważna, ale to dopiero pierwszy krok.
Oczywiście w Polsce można powiedzieć wszystko. Można wyrażać niemal dowolne poglądy, jeśli nie naruszają prawa karnego albo dóbr osobistych innego człowieka. Ta wolność realizuje się w praktyce chamstwem, brutalnością, nienawiścią, a nawet – wobec impotencji sądownictwa – kłamstwem i pomówieniem. Bez obaw można wygłaszać dowolne poglądy w kawiarni, na ulicy, na blogu, nawet w Sejmie. Ale spróbuj uruchomić debatę społeczną na fundamentalne tematy polityczne lub społeczne w mediach głównego nurtu, prasie albo w telewizji… Taką dyskusję zawłaszczają redaktorzy naczelni albo zarządy spółek medialnych. To oni sterują świadomością społeczną, kierując ją na wygodne dla siebie tory. Obserwując małe, niezależne portale czy blogi, można usłyszeć wołanie o poważną debatę ekonomiczną i społeczną. Można tam znaleźć odbicie międzynarodowej dyskusji o społecznej przyszłości świata, alterglobalistycznej ekonomii, skandynawskiej polityce społecznej, progresywnych rozwiązaniach gospodarczych Brazylii, realnych cenach energii odnawialnej w stosunku do jądrowej itd., itp. Ale to wołanie na puszczy.
Dla prawicowo-neoliberalnego towarzystwa wzajemnej polityczno-biznesowo-medialnej adoracji bieda to temat co najwyżej na reportaż sprowadzony do studium przypadku. Taki reportaż raczej nie grozi powszechną refleksją, że z powodu polityki państwa niemal 60% polskiego społeczeństwa żyje w odbierającym ludzką godność niedostatku, a ponad 13% zatrudnionych to pracujący biedni. W 2008 r. deprywacją potrzeb materialnych było zagrożonych 32% Polaków, dziś niewątpliwie znacznie więcej. Można pokazać w mediach przypadek, kiedy pozbawiany prawa do mieszkania lokator, który ze skierowania państwa polskiego przemieszkał w „swoim” mieszkaniu 60 lat, skacze z okna w dniu eksmisji. Ale nie da się przekazać do publicznej świadomości prawdy, że w Polsce wykonywanych jest rocznie kilka tysięcy eksmisji na bruk lub do warunków urągających ludzkiej godności. Że państwo zdecydowało się na zwrot nieruchomości przedwojennym właścicielom kosztem lokatorów. Nie wypada powiedzieć, że w naszym kraju z roku na rok pogłębia się różnica między najbiedniejszymi a najbogatszymi.
Ten felieton nie stanie się przedmiotem kolejnej debaty w komercyjnych mediach. Temat: „Dlaczego media robią nam wodę z mózgów” nie będzie komentowany w stacjach telewizyjnych, tak jak były komentowane, skądinąd ważne, ale niezagrażające politycznemu i biznesowemu status quo sprawy mamy Madzi, wad Dreamlinera, filmu o katastrofie smoleńskiej, ślubu Oli Kwaśniewskiej albo wyboru do parlamentu „transseksualnej Anny Grodzkiej”. Podobnie przedmiotem medialnej debaty nie stanie się dyskusja o przyczynach wyrzucania na bruk lokatorów przez czyścicieli prywatyzowanych kamienic, powodach niedojadania przez setki tysięcy dzieci, powiększających się do zastraszających wielkości obszarów nędzy w państwie chwalącym się przyrostem PKB, czy braku perspektyw większości ludzi na pozwalającą przeżyć emeryturę lub pracę. Chyba, że jak przy sprawie wieku emerytalnego czy ACTA ludzie wyjdą tysiącami na ulicę lub zadrutują Sejm.
Prawdą jest, że nie ma demokracji bez wolności słowa, ale nie ma jej także bez organizowanej przez media szerokiej publicznej debaty o najważniejszych sprawach społecznych.
O tym, czym zajmują się media, decydują dwa główne czynniki. Pierwszy z nich to oglądalność, słuchalność i klikalność. Tu króluje skandal, happening, budzący emocje jednostkowy dramat, sensacyjny styl życia czy ostre wypowiedzi polityków. Drugi czynnik wpływający na decyzje redakcyjne to przychylność dla danego medium reklamodawców – przychylność koncesyjna przedstawicieli władzy politycznej, a w przypadku tzw. (bo dziś nie można tego powiedzieć bez cudzysłowu) mediów publicznych – przychylność polityków wprost.
Pierwszy z czynników zniewalania mediów – oglądalność etc. – jest pozornie demokratyczny. Dostajemy przecież to, czego oczekujemy. Trzeba jednak pamiętać, że powoduje to równanie jakości programu do średnich oczekiwań, co praktycznie oznacza ściąganie kultury w dół, a w obszarze debaty społecznej – jej tabloidyzację i często kastrację merytorycznych treści. Pamiętam, robiłam konferencję prasową, na której z Ryszardem Kaliszem i Piotrem Ikonowiczem przedstawialiśmy tragiczną sytuację ludzi eksmitowanych na bruk. Przedstawialiśmy premierowi dezyderat o dwuletnie moratorium na wyrzucanie lokatorów na bruk. Dziennikarze wiedzieli, że zrobimy to wspólnie. Szliśmy we troje długim korytarzem sejmowym do sali, w której odbywają się konferencje. Towarzyszyło nam kilka kamer, dziesiątki aparatów i ani jednego mikrofonu. Na samej konferencji mediów prawie nie było. Nic nie przebiło się na nagłówki gazet, nie było ani słowa w telewizji poza tym, że szli Grodzka z RP, Kalisz z SLD i Ikonowicz z RP. To był news ważniejszy niż sama treść konferencji.
Współczesne media nie są w stanie istnieć bez reklam. Reklamodawcami są przede wszystkim duże firmy, koncerny i międzynarodowe korporacje oraz administracja państwowa. Kształt debaty zależy więc z jednej strony od reklamodawców, a z drugiej od władzy.
Trzeba też pamiętać, że o wyborze tego czy innego polityka, który z założenia ma działać w naszym interesie i nas reprezentować, decyduje jego popularność. Nie ma szans jej zdobyć bez mediów. Politycy będący u władzy mają prościej: władza ma – władza da. Politycy opozycji, których dostęp do mediów jest żaden lub niewielki, stają na uszach, żeby medialnie zaistnieć. A media kupią każdy skandal, każdy ekstremalny odjazd. Redaktorzy nawet chętnie dają takie wrzutki. Oglądalność rośnie, a polityk co prawda „przebija się”, lecz jego wizerunek w związku z kuriozalną formą, powiększoną przez „Szkło kontaktowe”, często traci na powadze. Jeśli więc nawet poglądy tego polityka nie są zgodne z linią stacji czy pisma, szef się nie pogniewa, bo przecież polityk się kompromituje.

Wydanie: 11/2013

Kategorie: Opinie
Tagi: Anna Grodzka

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 23 marca, 2013, 08:23

    Bardzo ważna publikcja. Tylko – z czego autor zdaje sobie sprawę – kto sie nim przejmie?…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy