Laski w ustawkach

Laski w ustawkach

Dyskusja o „dżenderyzmie” zatacza coraz szersze kręgi, im dłużej zaś trwa, tym słuszniejsza wydaje się opinia, że jest to temat zastępczy. Moim zdaniem, nie tylko dla polskiego Kościoła.
Właśnie przeczytałam (w dodatku do „Rzeczpospolitej” z 25–26 stycznia) nader obszerny wywiad z filozofem i teologiem ks. dr. hab. Dariuszem Oko, dla którego gender studies (GS) to ideologia co najmniej równie złowieszcza jak nazizm i komunizm. Ha!!! Powołując się na różne duchowne autorytety, uczony pogromca GS ani słowem nie wspomina o papieżu Franciszku. I to daje do myślenia.
Rzecz w tym, że nagłaśniany przez radykalnych antyklerykałów – z Twoim Ruchem (TR) na czele – problem pedofilii nie jest chyba najistotniejszym kłopotem naszego Kościoła. Dlaczego? Za PRL, w czasach kard. Wyszyńskiego i papieża Polaka, Kościół jako ostoja antykomunizmu zyskał wyjątkowo mocną pozycję nie tyle religijną, ile polityczną. Po roku 1989 i odejściu do „domu Ojca” Jana Pawła II sytuacja uległa zasadniczej zmianie, związanej z podwójnym zagrożeniem. Pierwszym jest nasilająca się laicyzacja, nie tylko importowana z Zachodu, ale wynikająca także z coraz lepszego wykształcenia społeczeństwa. Drugim zagrożeniem – paradoksalnie – jest papież Franciszek ze swoim apelem o ubóstwo i pokój między ludźmi. A jest to powrót do rewolucyjnego przesłania etycznego, jakim Chrystus, Syn Człowieczy, tak dalece wyprzedził swoje czasy, że przez 2 tys. lat jego wyznawcy ziali nienawiścią do nieprzyjaciół i rywalizowali w kulcie mamony. Na tym przecież polega radykalny liberalizm gospodarczy, który powstał w kraju chrześcijańskich WASP-ów, a u nas znalazł żarliwych zwolenników, już to bliskich Toruniowi, już to Łagiewnikom. Natomiast przypadki pedofilii u księży, choć szczególnie naganne, występują nieporównanie rzadziej niż przejawy chciwości, jakiej wierni doświadczają przy okazjach obrzędów z udziałem księży, w szczególności pogrzebów.
Przemilczanie tego uniemożliwia poważną rozmowę o chrześcijaństwie, a także (moim zdaniem) o lewicy. Chyba dlatego Twój Ruch, mieniący się nowoczesną lewicą, woli szermować walką o prawa mniejszości seksualnych niż konkretnym programem gospodarczym. Szef TR, do czasu sponsor arcykatolickiego tygodnika „Ozon”, skądinąd milioner, jako harcownik Platformy sugerował, że przywódca głównej partii opozycyjnej jest gejem, co w naszym niestety w dużej mierze homofobicznym społeczeństwie dyskredytuje polityka. Eksponowanie Roberta Biedronia i Anny  Grodzkiej nie dowodzi, jak sądzę, autentycznego zaangażowania w sprawę LGBT, lecz jest chwytem happeningowym, zapewniającym zainteresowanie mediów. A piszę to jako córka chrzestna zdeklarowanego geja, który w mojej macierzystej rodzinie cieszył się serdeczną sympatią, podobnie jak jego partner (pochodzenia ukraińskiego…).
Jako publicystka „od zawsze” bronię praw wszelkich mniejszości. Jednak na sercu leży mi też, a może przede wszystkim, równouprawnienie kobiet.
Dorobek gender studies znany jest opinii publicznej z przekazów medialnych, one zaś nie przynoszą odpowiedzi na pytania naprawdę ważne dla osób, które (jak m.in. ja) nie wierzą, że to Bóg stworzył nas mężczyzną i kobietą, „żebrem Adama”.
Dlaczego ewolucja doprowadziła do zróżnicowania, wiążąc z tym prokreację, mimo że najprostszym sposobem rozmnażania się jest podział? Dlaczego u stadnych mięsożernych, do jakich należymy, przywódcami są samce? Jak fizjologia wpływa na psychikę (plemniki ścigają się, by najszybciej dopaść komórki jajowej, która „czeka”, ale też wydziela substancję aktywizującą plemniki)? Kiedy i dlaczego doszło do powstania ładu patriarchalnego z degradacją kobiet? Świadczą o tym m.in. dwie mitologie religijne, mozaistyczna i grecko-rzymska, obwiniające Ewę i Pandorę o niedole ludzkości. I wreszcie – na czym powinno by polegać równouprawnienie kobiet (w przytłaczającej większości heteroseksualistek)?
Tak się składa, że mam za sobą wszelkie kobiece doświadczenia, radosne i bolesne, i może dlatego nie rozumiem, dlaczego w ramach gender studies mówi się o rolach kobiet: przecież role się gra, natomiast córką, siostrą, żoną, matką, babcią (i prababcią) się jest. Oczywiście zależnie od kultury patriarchalni „panowie i władcy” wyznaczają kobietom różne funkcje oraz ograniczają możliwość sprawowania tych zarezerwowanych dla mężczyzn.
Elementem wielkiej mutacji kulturowej, którą chyba przeżywamy, jest zmierzch patriarchatu, w tym proces równouprawnienia kobiet. Odnoszę jednak wrażenie, że część z nas zachowuje się jak typowi wyzwoleńcy, robiący wszystko, by upodobnić się do swych poprzednich mocodawców: symbolem tego jest właśnie udział dziewczyn (zwanych nie wiadomo dlaczego „laskami”) w sławetnych ustawkach.
Kobiety zaczynają mówić wulgarnie, pić na umór, „kochać się” z byle kim, uprawiać brutalne sporty, przodować w „wyścigu szczurów” po „kasę”…
Ktoś powie: Sorry, taki jest duch czasu!
W moim najgłębszym przekonaniu duch czasu (w przeciwieństwie do klimatu) zależy jednak od nas. Jeśli mutacja kulturowa ma zaowocować partnerstwem, kobiety nie powinny ignorować różnic między płciami, lecz uzyskać dowartościowanie swoich walorów, przede wszystkim empatii, bez której nie można być dobrą matką, w ogóle dobrym człowiekiem.
Ewolucja promuje cechy sprzyjające trwaniu i rozwojowi gatunku. Patriarchat nie był dziełem natury, lecz błędem kultury. Mieniąc się homo sapiens, zapomniano, że Errare humanum est. Czy gender studies wyjaśniają, jaki był wpływ patriarchatu na psychikę kobiet i jak ich frustracja wypaczała stosunek do dzieci, w tym synów, poczynanych z – najczęściej – narzuconymi i niekochanymi partnerami? I w jakiej mierze to właśnie zdeterminowało tak fatalne błędy i wypaczenia naszych czasów?
Na szczęście prócz „lasek w ustawkach” i dzieciobójczyń widzę światłe, młode matki, które wspólnie z kochanymi i kochającymi mężami lub partnerami po prostu lubią opiekować się dziećmi. I to dzięki nim mamy szansę na pozytywną przemianę kulturową. I oby ta nadzieja nie była utopią!

Wydanie: 8/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy