Czekanie na „cug” – rozmowa z Agnieszką Litwą-Janowską

Czekanie na „cug” – rozmowa z Agnieszką Litwą-Janowską

Dziecko w rodzinie alkoholowej to trzeci dorosły – bo trzeba wypełnić lukę, która powstaje, gdy matka lub ojciec nie wykonują swoich obowiązków

Zanim porozmawiamy o problemach, które w dorosłym życiu mają dzieci wychowane w rodzinach alkoholowych, powiedzmy, jaka jest skala tego zjawiska. Ilu w Polsce jest ludzi uzależnionych, jak wiele osób cierpi z tego powodu?
– Szacuje się, że uzależnionych jest około 2% populacji, czyli prawie milion osób. Myślę, że spokojnie można założyć, iż ci ludzie mają przynajmniej dwójkę-trójkę dzieci, bo na ogół mają ich więcej, niż wynosi średnia krajowa. Osoby dorastające w rodzinach alkoholowych bardzo często mają poważne problemy. Mówimy więc o co najmniej kilkumilio-nowej populacji. Chociaż moim zdaniem taka liczba jest znacznie niedoszacowana, ponieważ wcale nie musi być tak, że tylko uza-leżnienie od alkoholu powoduje cierpienia i problemy. Podobnie może być tam – a takich osób jest dużo – gdzie pije się ryzykownie i szkodliwie.
Powiedziała pani o dzieciach. Ostatnio coraz więcej mówi się o tych problemach. Ich wynikiem jest tzw. syndrom DDA. Na czym on polega?
– Charakterystyczna pula objawów jest taka jak w zespole stresu pourazowego. Często właśnie taka jest diagnoza. To wygląda bardzo podobnie do tego, co przechodzą weterani wojenni, żołnierze z Iraku, byli więźniowie obozów koncentracyjnych. Osoby, które wiele lat żyły w opresji, nie miały na to wpływu i w żaden sposób nie mogły tego zmienić.
Nawet kiedy ta opresyjna sytuacja mija, ci ludzie i tak wciąż cierpią. Mają katastroficzne myśli, bardzo wysoki poziom czujności, potrzebę kontrolowania świata i lęku przed zagrożeniem. Cały czas żyją w niepokoju. Oczekują, że stanie się coś złego. Muszą być na to przygotowani. To wymaga ciągłego pogotowia organizmu. Nawet gdy jest już dobrze, kiedy ich świat jest bezpieczny, żyją w napięciu, oczekują zmiany na gorsze, katastrofy. Mają koszmary. Nie potrafią się odprężyć. Wracają urazy.
To zespół cech, więc nie wszystkie muszą występować u każdego DDA. Może chodzić o część z nich, nawet o jedną. Łączy geneza problemów. Co takiego dzieje się w rodzinach alkoholowych, że dzieci wychodzą z nich z tak ciężkim bagażem?
– Rodzice są obecni ciałem, ale nie duchem. Często zdarza się dramatyczna sytuacja, gdy piją oboje. Jednak ogromne problemy powstają także tam, gdzie pije „tylko” jedno, mama lub tata.

Gdy pije „tylko” jeden

Ucieknijmy od tych najdramatyczniejszych przypadków. Wielu ludzi – w których otoczeniu jest problem uzależnienia – porównuje się właśnie do tych najgorszych sytuacji, patologicznych w oczywisty sposób. „U nas jest lepiej, normalnie”, mówią. A przecież problemy powstają nawet wtedy, gdy pije jedno z rodziców.
– Tak. Wtedy ten pijący jest zajęty poprawianiem sobie nastroju różnymi środkami psychoaktywnymi. Druga osoba często stara się go wyciągnąć z nałogu, jakoś funkcjonować. Zdarza się, że wpada w depresję.
To, co jest w tym ważne, to niepoświęcanie dziecku uwagi i wyjście z roli rodzica. To dzieci przejmują ich rolę i odpowiedzialność. Opiekują się młodszym rodzeństwem, gotują, szukają pijanej matki, która gdzieś poszła, i namawiają ją do powrotu do domu. Wykonują wiele zadań osób dorosłych. Jednocześnie nie ma komunikatu, który można uzyskać w normalnej rodzinie: „Jesteś ważny, rodzina powinna w miarę możliwości zaspokajać twoje potrzeby”. Brakuje dzieciństwa. Możliwości popełnienia błędu. Przestrzeni na eksperymentowanie.
Trze a podejmować decyzje za dorosłych, więc błąd może kosztować byt całej rodziny? To z pewnością za duża odpowiedzialność dla dziecka. Tylko czy dziecko w rodzinie alkoholowej to jeszcze jest dziecko?
– To trzeci dorosły. Partner matki lub zastępcza partnerka ojca. Trzeba wypełnić lukę, która powstaje z powodu niewykonywania obowiązków przez któreś z rodziców.

To nie heroizm

Jeżeli to się nie udaje, dziecko żyje w domu, gdzie słyszy: „Tatuś (mamusia) pije, ale cię kocha”. Jak to na nie wpływa?
– To jeszcze nie byłoby takie złe. Częściej słyszy: „Nie odchodzę, bo ty potrzebujesz mamy lub taty”. Taki komunikat, o jakim pan mówił, byłby zdrowszy. Dziecko nie byłoby obciążone przekonaniem, że cierpienie matki jest jego winą.
Robienie z siebie męczennika „dla dobra dziecka” to złe wyjście? Obciążające dla niego i będące wymówką dla siebie?
– Oczywiście. To nie jest żaden heroizm. Dziecko zaczyna myśleć, że gdyby nie ono, rodzic nie musiałby się wiązać i miałby lepsze życie.
Co pani – jako terapeutka – poradziłaby osobom, które tkwią w związkach obciążonych alkoholizmem?
– Przede wszystkim szukać pomocy terapeutycznej. To nie jest sytuacja bez wyjścia. Najgorsze jest destrukcyjne przystosowanie, o którym wspomniałam. Wtedy taka osoba zaczyna próbować kontrolować alkoholika, wpływać na niego, czuje się winna. Niekiedy odcina się i ucieka. Często ten trzeźwy partner wyjeżdża za granicę, by zarobić na dom, bo przecież kłopoty finansowe w takich sytuacjach są częste. To jest maskowana ucieczka. Zostawia się wtedy np. dziewięcio- czy 12-latka, który musi gotować, ogarniać pijącego rodzica, dbać o dom i składać sprawozdania przez telefon matce lub ojcu. Nie można bez poważnych konsekwencji udawać, że nie ma problemu ani – tym bardziej – pogrążać się w nim.
Próbując ratować pijącego, można skrzywdzić siebie i dziecko?
– Tak. Ofiary są dwie. Osoba, która się dostosowuje, i dziecko. Ta pierwsza mimo dorosłości adaptuje się do tego, co się dzieje, szybko rozwija się w niej bezradność. Stara się na ogół wyłącznie minimalizować szkody. Takie zachowanie często budzi złość dorastających dzieci, które zaczynają działać i np. składają w imieniu rodziców pozwy rozwodowe, apelują do dalszej rodziny, sąsiadów, wzywają policję. Tu trzeba powiedzieć, że zdarza się, iż jedynym konstruktywnym wyjściem jest rozstanie z partnerem. To komunikat dla dziecka: „Jestem dorosły, biorę odpowiedzialność za to, co się dzieje, potrafię nas chronić”.

Czas na wyleczenie

Powiedzieliśmy już o tych złych rzeczach, a więc genezie syndromu i samym syndromie. Czas na coś bardziej optymistycznego. Terapia jest skuteczna?
– Do nas na ogół przychodzą młode osoby. To jest korzystny efekt tego, że o DDA mówi się coraz więcej. Terapia jest najczęściej skuteczna. Zwłaszcza że często trafiają do nas ludzie będący w przełomowych momentach życia. To zwykle dobry czas na zrobienie w nim porządku.
W przełomowych chwilach? Ślub, dziecko, nowa praca?
– Na przykład kiedy wyjeżdżają na studia. Wtedy bardzo dotkliwie odczuwają to, że za mało „wzięli”, że są za słabo wyposażeni. Trudno im żyć, układać relacje. Towarzyszy im lęk o to, co dzieje się w domu. Później, kiedy kończą studia i muszą decydować o dorosłym życiu, zadają sobie pytanie, czy wracać do domu, czy funkcjonować samodzielnie.
Jak to? Wracać do domu? Mimo takiej traumy ktoś chce wracać?
– Owszem. Ci ludzie mają bardzo silne poczucie lojalności. Często pojawia się też szantaż ze strony rodziców. „Nie masz prawa mnie zostawiać”, słyszą. Mówią, że mają starych rodziców, którymi trzeba się zająć. Kiedy pytam, ile lat mają ci starzy rodzice, to zwykle słyszę, że około pięćdziesiątki… W takich rodzinach to rodzice są dziećmi, a dzieci rodzicami.
Na czym polega terapia DDA?
– Trzeba sprawdzić, jaki jest rodzaj problemów. Jak są głębokie. Mówimy o syndromie DDA, jednak razem z nim dość często występują zaburzenia kliniczne: nerwice, zaburzenia osobowości. Jeżeli chodzi o stres pourazowy lub lżejsze formy zaburzeń osobowości – proponujemy wtedy psychoterapię indywidualną lub grupową. Na sesjach pracujemy z pacjentami nad historią ich życia. Zwykle jest w niej wiele plam, zniekształceń. Pomagamy w ich odpamiętaniu. Przepracowujemy traumy, znaczące relacje. Tworzymy warunki do przeżycia na nowo uczuć, które kiedyś nie wybrzmiały. Pacjent ma szansę zrozumieć swoją perspektywę historii życia i stać się jej narratorem, podmiotem. Odzyskuje możliwość wewnętrznego zintegrowania.
Przykładem może być to, że u DDA często mimo świadomej nienawiści do rodzica alkoholika można odnaleźć tęsknotę za ojcem. Lepiej ją przeżyć, niż udawać, że jest inaczej. Wtedy można się poczuć wolnym w tej relacji i świadomie zdecydować, jak ją dalej ułożyć. Ważny jest kontakt z terapeutą, grupą, wreszcie ze sobą.
Na koniec muszę zadać jeszcze jedno pytanie. Jeżeli problem – tak jak pani mówiła – dotyczy co najmniej paru milionów Polaków, to na pewno kilku czytelników odnajdzie siebie w naszej rozmowie. Gdzie powinni szukać pomocy?
– Najlepiej w specjalistycznych ośrodkach prowadzących psychoterapię. W niektórych pracują osoby znające się też na psychoterapii uzależnień, od wielu lat pracujące z członkami rodzin z problemem alkoholowym. Z takimi miejscami w dużych miastach nie ma żadnego problemu. Jeżeli nie ma takiego ośrodka w okolicy, trzeba szukać gabinetu profesjonalnego psychoterapeuty. To decyzja na cotygodniowe spotkania, przez dłuższy czas.
Wiem, że nie może pani mówić o wszystkich ośrodkach, jednak w większości to NFZ płaci za terapię?
– Tak. Nas jeszcze dodatkowo finansuje Urząd Miasta Krakowa. Możemy liczyć na długoterminowe kontrakty, więc można zabezpieczyć cały proces leczenia, który trwa dwa-trzy lata. To bardzo ważne dla utrzymania dobrych warunków do psychoterapii.


Agnieszka Litwa-Janowska, psycholog, superwizor i certyfikowany specjalista psychoterapii uzależnień, zajmuje się psychoterapią osób uzależnionych i ich rodzin, a w szczególności psychoterapią osób z syndromem DDA. Dyrektor Krakowskiego Centrum Terapii Uzależnień, gdzie wcześniej kierowała tworzoną przez siebie Poradnią dla Dorosłych Dzieci Alkoholików, a następnie Ośrodkiem Psychoterapii DDA. Wykładowca Małopolskiego Ośrodka Szkolenia Terapeutów Uzależnień, członek Komisji Egzaminacyjnej Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, przewodnicząca Zespołu Ekspertów PARPA ds. Pomagania Osobom z Syndromem DDA.

 

Wydanie: 19/2011

Kategorie: Wywiady, Zdrowie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy