Pendereccy i wszystko gra – rozmowa z Krzysztofem Pendereckim

Pendereccy i wszystko gra – rozmowa z Krzysztofem Pendereckim

KRZYSZTOF PENDERECKI o miłości, poświęceniu, pasji, muzyce i drzewach

W nastoletniej Elżbiecie zakochał się bez pamięci, zostawiając dla niej rodzinę. I temu wyborowi pozostaje wierny od prawie 50 lat.
Oboje kojarzą się ze światem wielkiej muzyki. Ale także ze sobą. Pendereccy… i wszystko jasne. Kompozytor i organizatorka życia muzycznego. Dyrygent, laureat niezliczonych prestiżowych nagród, a ostatnio można także przeczytać: mąż Elżbiety Pendereckiej. I ona – członkini władz prestiżowych festiwali muzycznych na świecie, mająca wielkie zasługi w wyszukiwaniu talentów młodego pokolenia. Pendereccy – nierozerwalny tandem. Nie ma znakomitości w świecie światowej muzyki, których by nie znali (wymienienie choćby części nazwisk zajęłoby zbyt wiele miejsca).
W ogrodzie ich krakowskiego domu z chudej gałązki wyrosła metasekwoja. Nie miała prawa tak się zadomowić w nieprzyjaznej strefie klimatycznej, tymczasem jeszcze się rozdwoiła i teraz z jednego zrobiły się dwa gigantyczne pnie. Dziś ma 40 lat. Symbol dobrego związku? Bo skoro za sukcesami mężczyzn często stoją kobiety, rodzi się pytanie, jak jest w tym przypadku.

Maestro, porozmawiajmy o miłości i poświęceniu. Podoba się panu to połączenie?
– Hmmm… Gdy się kocha prawdziwie, poświęcenie jest czymś tak naturalnym, że… już poświęceniem nie jest.

A czym? Samą przyjemnością i radością?
– Tak. Właśnie tak.

Czyli żona Elżbieta, trwając u pana boku tak aktywnie, doświadcza nieustającej przyjemności od… ilu to już lat?
– Zaraz, zaraz… pobraliśmy się w 1965 r. Tak, niedługo będzie pół wieku.

JURATA ‘63

Pamięta pan dzień, w którym po raz pierwszy ją pan zobaczył?
– Przyjaźniłem się z Leonem Soleckim – tatusiem Elżbiety i koncertmistrzem orkiestry, pierwszym wiolonczelistą. Musiałem go poznać ok. 1957 r., bo to wtedy Andrzej Markowski, ówczesny dyrygent Filharmonii Krakowskiej, zaczął organizować moje koncerty. Bardzo się z Leonem polubiliśmy, i to do tego stopnia, że zaczęliśmy wspólnie spędzać wakacje. Elżbieta była wtedy małą dziewczynką.

Czyli najpierw zobaczył pan dziecko?
– Bodaj 10-letnie, gdy odwiedzałem jej rodziców. Któregoś dnia Leon spytał, czy nie znam kogoś, kto mógłby udzielać lekcji Elżbietce. A że moja pierwsza żona była pianistką, spytałem i ona się zgodziła. Przez jakiś czas Elżbietka pobierała więc lekcje gry na fortepianie u żony.

Pani Elżbieta przechowuje w pamięci zdarzenie, jak kiedyś pod drzwiami nie mogła dosięgnąć dzwonka. Pan właśnie skądś wracał i pomógł jej wejść do domu.
– Tak zapewne było. Ja tego oczywiście nie pamiętam, ale Elżbieta wszystko świetnie pamięta. Nawet to, że byłem niesympatyczny. Potem jeździliśmy na wspólne wakacje. Elżbietka z rodzicami…

…a pan z żoną i córką Beatą.
– Tak, w takim gronie najpierw byliśmy w Dziwnowie. Elżbietka miała ze 12 lat. Dwa lata później pojechaliśmy do Juraty i też mieszkaliśmy pod jednym dachem, w jakimś niewielkim domu wczasowym. Zakochałem się w niej dopiero przy trzecim pobycie nad morzem, też w Juracie, pewnie w 1963 r.

Ona – młodziutka, pan – wzięty kompozytor, znany w Europie, po zwycięskich konkursach i zdobyciu wielu nagród.
– Ona miała z 17 lat, ja byłem starym kompozytorem.

Bez przesady z tą starością. Był pan profesor raptem mężczyzną po trzydziestce, tyle że już opromienionym sławą. Jurata ‘63 to była miłość od pierwszego wejrzenia, grom z jasnego nieba, jakkolwiek to zwać?
– Tak, tak, tak! Chyba tak… Pamiętam, że po tych trzecich wakacjach wyniosłem się z domu. Elżbieta tak mnie oczarowała, że właściwie straciłem głowę. Od tego czasu byłem częstym gościem państwa Soleckich. Mamy na szczęście zdjęcia z tamtych czasów, można to zobaczyć. Jaka była? Smukła, bardzo zgrabna, miała jasne, płowe włosy. Albo raczej popielate. Takie jak teraz, ale wtedy były dane od natury, teraz wiadomo, już są farbowane.

Uroda jest ważna, ale musiało być coś jeszcze, skoro zrewolucjonizował pan swoje życie.
– Jak człowiek się zakocha bez głowy i bez pamięci, to właściwie na nic już wtedy nie zwraca uwagi ani tak nie analizuje. Odkąd zakochałem się w Elżbiecie, inne kobiety przestały mieć dla mnie znaczenie. Oczywiście przedtem byłem kobieciarzem, jak każdy młody człowiek.

Kobieciarzem? Przecież pan się młodo ożenił.
– Nie chcę nic złego mówić o mojej pierwszej żonie, ale pierwszy raz się ożeniłem, mając 21 lat, i po prostu byłem zbyt młody. Elżbieta była bardzo skromną, uroczą dziewczyną. Poza tym, że była piękna, na początku na pewno to była miłość z mojej, a nie z jej strony…

???
– Tak, tak, to na pewno. Ale nadal się z nią spotykałem, pewnie przez jakieś dwa lata.

„PASJA” DLA ELŻBIETY

Dziś pani Elżbieta to gejzer energii, żywotności i ambicji. Zawsze taka była?
– No właśnie… Wtedy miała zupełnie inną osobowość. Do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś ta dziewczyna, ta piękna Elżbietka, zajmie się całą moją karierą. Moimi sprawami, całą korespondencją, na którą nie mam czasu ani ochoty, całą organizacją mojego życia. Także muzycznego, organizuje przecież festiwale.

Nie było żadnych symptomów?
– Nie, nie, nie, poza tym, że zawsze była dobrze zorganizowana. Nie przypominam sobie nawet, by coś sygnalizowało, że w ogóle będzie kiedyś miała takie zainteresowania, choć muzycznie była przygotowana. Była dzieckiem, gdy ojciec zabierał ją na swoje niedzielne koncerty do opery, gdzie siadała za kontrabasami i słuchała. Leon był nie tylko jednym z najlepszych instrumentalistów, ale także jednym z najprzystojniejszych.

Zakochanemu komponowanie przychodzi łatwiej czy trudniej? Miłość uskrzydla, sprzyja twórczości, przysparza weny czy zamyka twórcze wrota?
– O, na pewno otwiera. Najlepszy dowód, że potrafiłem napisać tę swoją pierwszą „Pasję”, inaczej prawdopodobnie nigdy by mi się to nie udało. I że dedykowałem ją Elżbiecie. To był okres najbardziej twórczy, intensywny, byłem jak w transie. Tak się złożyło, że kilka dni, może tydzień po wykonaniu „Pasji” w Niemczech urodził się nasz syn Łukasz. Dostał imię po „Pasji według św. Łukasza”.

Co to znaczy, że mogło się nie udać? Na początku lat 60. miał już pan uznanie, był twórcą sonoryzmu, potrójnym laureatem w Konkursie Młodych Kompozytorów Związku Kompozytorów Polskich itd.
– „Pasja” to była monumentalna kompozycja powstająca chyba ze trzy lata i szczególny moment w moim życiu. W 1962 r. dostałem zamówienie radia w Kolonii na napisanie „Pasji” na 750-lecie katedry w Münsterze. Bardzo dla mnie ważne zamówienie – klucz do całej mojej kariery, a jak się później okazało, sam utwór niezależnie ode mnie też zrobił wielką karierę. Prawda była taka, że nie miałem przygotowania, by w ogóle się podjąć tej pracy! Nigdy wcześniej nie komponowałem takich utworów, choć zawsze chciałem. A poza „Stabat Mater” Szymanowskiego nie było ich w Polsce; żaden z moich pedagogów też nie mógł mi w tym pomóc, bo sami nie umieli. Wcześniej skomponowałem tylko „Psalmy Dawida”, za które w 1959 r. dostałem nagrodę ZKP, i „Stabat Mater” z 1962 r. – hit przez wiele lat w muzyce na chór a cappella. Całą tę „Pasję” musiałem więc wymyślić sam, od początku do końca.

A miłość sprzyjała temu wymyślaniu?
– Sprzyjała i pomagała, o, na pewno. Z jednej strony, człowiek się męczy, w końcu myślenie i pisanie dużych fragmentów „Pasji” trwało ze trzy lata, ale z drugiej – jest się wtedy jak w euforii, jak w transie.

MĘŻCZYZNA Z TEMPERAMENTEM

Miłość, praca, pasja. Wszystko to działo się w Krakowie?
– Tak, bo byłem jeszcze wykładowcą na uczelni, adiunktem czy docentem w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, dziś Akademii Muzycznej. Już po premierze „Pasji”, bodaj w roku 1966, dostałem propozycję profesury w Wyższej Szkole Muzycznej w Essen i wyjechaliśmy.

A syn Łukasz został w kraju jako „zakładnik”?
– Tak było. Całych rodzin wtedy się nie wypuszczało za granicę. Pamiętam, jak w każdy piątek po południu wyruszaliśmy z Essen do Krakowa. Mieliśmy dobry samochód, tam były autostrady, u nas drogi gorsze, ale puste. 1,2 tys. km pokonywaliśmy w 11-12 godzin. Gdzieś po roku dostałem paszport dla Łukasza i przestaliśmy tak szarżować.

Czy dziecko dużo zmienia w relacjach małżeńskich?
– No… wiąże je po prostu. Zawsze lubiłem obecność dzieci. Często Dominika rysowała mi po partyturze, siedząc obok, tak jak po latach wnuczka, która bardzo lubi malować. Jest nawet takie zdjęcie: ja siedzę przy stole i komponuję, a tuż obok, na podłodze, Łukasz bawi się swoimi zabawkami. Bardzo kocham dzieci, nigdy mi nie przeszkadzały.

Przecież artysta potrzebuje skupienia i ciszy.
– Małe dzieci nigdy mi nie przeszkadzały, dopiero potem, te dorastające, kilkunastoletnie, gdy zaczęły słuchać głośnej muzyki – to i owszem. Wyłączałem im radio, zamykałem adapter. W końcu miały swoje pokoje.

Był pan ojcem nieobecnym? Zaproszenia sypały się przecież z całego świata.
– W sumie przez kilkanaście lat mieszkaliśmy za granicą, dzieci były zawsze z nami, ale gdy w latach 70. urodziła się Dominika, zbudowaliśmy w Krakowie dom, na Woli Justowskiej. Urodziła się w marcu, a wprowadziliśmy się w grudniu. Pamiętam, jak ją wnosiłem w specjalnym nosidełku do domu pachnącego świeżością. I stąd wyjeżdżaliśmy za granicę nierzadko na kilka miesięcy, ale zawsze razem. Mieszkaliśmy w różnych miejscach świata: w Essen, rok w Berlinie, rok w Wiedniu, prawie siedem lat w Ameryce, choć wpadaliśmy do Polski trzy, cztery razy w roku, ale wszędzie tam byliśmy z dziećmi.

A teraz szczerze – umie pan sobie wyobrazić sytuację, że rodzina zostaje w Krakowie, a pan wyjeżdża na długie miesiące?
– Póki dzieci nie poszły do szkoły, wszystko było o wiele prostsze. Żyli teściowie, którzy chętnie zajmowali się naszymi dziećmi podczas wyjazdów, zwłaszcza krótszych. Bez nich byłoby nam bardzo trudno prowadzić takie… cygańskie życie. Właściwie to oni wychowali dzieci, zwłaszcza gdy zaczęły chodzić do polskich szkół. Ale wspólnych wyjazdów, moich i żony, było nieporównanie więcej…

Drążę temat, bo Nelly Rubinstein nie puszczała męża samego, gdy zorientowała się, że Artur przepada za nocnym życiem i towarzystwem pięknych pań. Kiedy ruszała z nim na długie tournée, nad łóżeczkami trójki maluchów umieszczała fotografie rodziców, by dzieci ich poznały po powrocie.
– Pianista czasem niemal cały rok jest w trasie, a ja po pierwsze jestem kompozytorem, po drugie dopiero dyrygentem. Ponadto inaczej podchodzę do życia towarzyskiego.

Jak? Idzie się grzecznie do łóżeczka?
– Nie, przeważnie jest kolacja, którą albo my organizujemy, albo ci, którzy nas zaprosili. To takie troszeczkę sztuczne życie towarzyskie, bo niektórych ludzi widzi się raz albo przez tydzień, a potem już nigdy.

A w czasie samotnych wypraw bywał pan kuszony?
– Mam już 80 lat, ale odnosząc się do przeszłości, muszę powiedzieć, że właściwie odkąd poznałem Elżbietę, inne kobiety przestały mnie specjalnie interesować. To znaczy… każdy mężczyzna zwraca uwagę na piękną sylwetkę czy twarz, to chyba normalne, ale żebym olśnienia doznał? To mi się rzadko zdarza.

Dzisiejsze olśnienia są…
– Krótkotrwałe. I nie takie ważne. W naszym związku to żona jest otwarta na kontakty z ludźmi. I to bardzo! Ja nie. Jestem raczej skupiony. Mruk. Żeby coś napisać, stworzyć, nie mogę siedzieć przy stole i godzinami rozmawiać.

Ani zabawiać dam?
– Właśnie. I raczej jestem przyzwyczajony, że największą część dnia spędzam sam. Często zamykam się w moim pokoju i jeśli wychodzę, to na chwilę; osiem godzin dziennie jednak pracuję. Nie chodzę na prywatki, zabawy, do klubów nocnych ani na żadne szaleństwa.

Ale jako mężczyzna z temperamentem…
– …myślę, że to temperament innego typu. Mnie nawet potańcówki nie były potrzebne.

Pan profesor podrygujący? Też sobie jakoś nie wyobrażam.
– Żona potrafi nawiązać kontakt z obcymi ludźmi. Gdy znajdziemy się gdzieś przy stole, gdzie oboje nikogo nie znamy, ona natychmiast nawiązuje kontakt, ma o czym mówić, ja jestem raczej małomówny. Mnie to niepotrzebne. Ale jakoś się uzupełniamy.

UMIEM ZAPARZYĆ KAWĘ

Kiedy pan zauważył, że żona się zmienia? Że to już nie jest ta sama skromna Elżunia, z którą brał pan ślub?
– Bardzo szybko zaczęła się zmieniać. Gdy wyjechaliśmy na moją pierwszą posadę do Essen, nie znała niemieckiego i na początku nie mogła nawiązać żadnych kontaktów, ale bardzo szybko nauczyła się języka. I potem zawsze już znajdowała krąg znajomych. Tu, w Polsce, prowadziliśmy… nie, to żona prowadziła, dom otwarty. Ja tam tylko czasami bywałem. I to nie ja, to żona urządzała bardzo często przedświąteczne albo imieninowe przyjęcia. Nasz dom często był pełen gości, 70-80 osób. Mnie to przeszkadzało, muszę przyznać.

I co pan wtedy robił?
– No… musiałem być, rozmawiać z ludźmi, wypadało. I udawać.

Nigdy pan się nie buntował, nie groził absencją?
– Często nie schodziłem nawet na bankiet. Potem żonie na szczęście też trochę przeszła chętka na życie towarzyskie, które mnie tylko denerwowało.

Był jakiś spektakularny moment, kiedy okazało się, że żona ma talent organizatorski, że umie inicjować życie muzyczne?
– To nie stało się tak od razu, ale chyba wtedy, gdy rozpoczęła działalność Akademia Mozartowska, a żona została jednym z założycieli. Potem ja dostałem propozycję prowadzenia festiwalu w Portoryko jako dyrektor. Ten festiwal przez 10 lat prowadziła właściwie Elżbieta. Z pasją! Byłem dyrektorem jedynie formalnie.

A pan profesor co wtedy robił?
– Głównie komponowałem. A od 17 lat, jak wiadomo, Elżbieta jest menedżerem i organizatorem festiwalu beethovenowskiego, który przez pierwsze siedem lat odbywał się w Krakowie, a od 10 jest organizowany w Warszawie.

Dzięki żonie ma pan profesor z głowy wszystkie kłopoty dnia codziennego.
– Do tego stopnia, że teraz już nie odpowiadam na żadną korespondencję, faksy ani mejle. Rzadko odbieram telefony, tylko w ostateczności.

Ale ma pan swój adres mejlowy?
– Nie mam! Nie chcę mieć. Ma żona. Ja chcę mieć święty spokój.

To praktyczne i wygodne.

– I bardzo ważne. Bo mam tę możliwość i właściwie mogę się zajmować tylko muzyką, komponowaniem, a nie całą resztą. Nie mówiąc o prowadzeniu domu. Dwóch domów. Często bywało, że i więcej, bo mieszkaliśmy też w Ameryce, a nadal mamy mieszkanie w Szwajcarii. Choć już tam nawet nie jeżdżę, bo nie lubię.

Za to, co Szwajcarzy zrobili Polańskiemu?
– Nie tylko za to. To nie jest kraj, w którym chciałbym mieszkać. To są ludzie zamknięci, nie ma do nich dostępu, przyjaźnie są krótkie i powierzchowne.

Przyjaźń to piękne słowo.
– Racja, mówmy raczej o znajomościach. Już bym wolał mieszkać w Niemczech. Kupiliśmy mieszkanie w Szwajcarii, ale bywaliśmy tam dorywczo. Jakoś nie mogłem zapuścić korzeni. To była fikcja. A kupiliśmy je, gdy w Polsce wybuchł stan wojenny i myśleliśmy, że tu się nie da mieszkać.

Rodzina była w komplecie 13 grudnia roku pamiętnego?
– Nie. Stan wojenny zastał nas poza krajem, ale dzieci chodziły do szkoły w Polsce. To wtedy święta Bożego Narodzenia pierwszy raz spędziliśmy poza domem. Najpierw w lutym na zwiad przyjechała do Polski żona, pod koniec lutego 1982 r. wróciłem ja.

Do jakiego stopnia żona zdjęła panu profesorowi prozę życia z głowy? Umie pan w tej ładnej, jasnej i przestronnej kuchni cokolwiek zrobić?
– Jedno, co umiem zrobić, to zaparzyć kawę. Herbatę też, ale na tym się kończy ta lista. Kiedy byłem studentem, musiałem umieć zrobić jajecznicę, teraz nawet nie wiem, jak się zapala kuchenkę gazową.

Żona nadal pana pakuje, jak niegdyś?
– Oczywiście, zawsze mnie pakuje i bardzo to lubi. I zawsze mam za dużo rzeczy w walizce! Biorę tylko to, co jest na wierzchu, a walizkę mam głęboką. I tylko dwie koszule w użyciu – jedna w pralni, drugą mam na sobie. Dziesięć innych leży.

MIEJSCE NA ZIEMI

Nerwowe, trudne chwile cementują związek?
– Muszę pani powiedzieć, że teraz już bez żony bym sobie nie poradził. Odebrała mi to, co właściwie zawsze mi przeszkadzało i dla czego nie miałem nigdy żadnego zainteresowania. Wspomnianą korespondencję choćby, kontakty i podtrzymywanie relacji z ludźmi z całego świata. Cieszę się, że ma takie ambicje, ale też, że ma umiejętności. Ona to potrafi. Przeniosła festiwal z Krakowa do Warszawy i to była słuszna decyzja. Miała nosa, bo Warszawa okazała się otwarta. Normalne w małżeństwie, że się krytykuje, ma inne zdanie. Nie zawsze jest tak, że mamy takie samo zdanie, ale to chyba nic dziwnego, chodzi tylko o to, żeby szanować cudze zdolności organizacyjne, których ja specjalnie nie mam, a żona ma je w nadmiarze.

Nic dziwnego, że Lutosławski westchnął: „Chciałbym mieć taką żonę”.
– Powiedział mi to sam na festiwalu mojej muzyki, który zorganizowała właśnie Elżbieta. Był listopad, a w lutym następnego roku zmarł. Przyszedł na ostatni koncert i kolację na Zamku Królewskim w Warszawie, a był chory. „Powinieneś mieć taki sam festiwal”, powiedziałem mu, a on na to: „No ale ja nie mam takiej Elżbietki”.
Wie pani, ja właściwie nie mam prywatnego życia. Moje życie to komponowanie i twórczość. Całe moje życie jest nimi przepełnione. Czasem jadę do miasta napić się kawy, pochodzić po księgarniach, ludzie mnie rozpoznają, ale to rzadkie chwile. Denerwują mnie nawet jubileusze, obchody, koncerty okolicznościowe, powinienem komponować, a to mi tylko przeszkadza.

Każda sekunda cenna. Czy talent kompozytora to studnia bez dna, czy raczej akumulator, który się wyczerpuje?
– Na szczęście do tej pory nie ma dna. Nie wyczerpuje się, jeśli ma się coś do powiedzenia.

Niedawno w Lusławicach otwarto Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Nie ma pan czasem pretensji do żony za rozmach? Pana doba ma tyle godzin, co każdego.
– Mogę się tylko cieszyć, że znalazła swoje miejsce na ziemi. Pasja organizowania koncertów, lansowania młodych talentów muzycznych – to dla niej życie. Nie chcę jej w tym przeszkadzać ani zmuszać jej, żeby przebywała więcej w Lusławicach. To taki nasz naturalny podział, nie wchodzimy sobie w paradę. Ja komponuję, żona zajmuje się festiwalem i to jej festiwal. Nie pomagam jej, nawet nie doradzam, bo to niepotrzebne. Ma zdolności i zainteresowania. Nie oczekuję też, żeby Elżbieta wiedziała, co piszę, jak komponuję. O tym z nikim nie powinno się rozmawiać.

Gdzie tak naprawdę jest pana profesora miejsce na ziemi?
– Gniazdo rodzinne jest tu, w Krakowie, gdzie mieszkamy od 1971 r. – to już tradycja. Ale i Lusławice kupione w 1974 r., przez sześć lat remontowane, uważam za moje miejsce na ziemi. Więc i tu, i tu. A w Lusławicach jest arboretum – jedno z najbogatszych w Europie Wschodniej. Mamy podział: dla żony najważniejszy jest Kraków, bo urodziła się w mieście, choć Lusławice kocha. A ja się urodziłem w małym miasteczku, w Dębicy, gdzie przed wojną żyło raptem 5-6 tys. mieszkańców. Dla mnie powrót do Lusławic to powrót do korzeni.

Mówi pan żonie komplementy?
(W tym momencie wchodzi pani Elżbieta z ciastem morelowym domowego wypieku, kawą i karafką wody mineralnej i rzuca mimochodem: „Różne, ale za mało”).
– Ależ zawsze mówię, że jesteś ładnie ubrana, albo od czasu do czasu, że coś na tobie dobrze leży, choć w końcu nie znam się na modzie.

To nie jest wyszukany komplement.
– Przyznaję, że nie.

Jakie prezenty kupuje pan żonie?
– Z moją żoną jest tak, że cokolwiek kupię sam, okazuje się niedobre. Ile razy mi się zdawało, że zrobię żonie wielką przyjemność, tyle razy dowiadywałem się, że to, co kupiłem, jest już niemodne, wolałaby coś innego albo kolor się nie zgadza. Jeżeli więc coś kupujemy, to razem.

A biżuteria?
– Jeżeli już, to musi być coś bardzo ładnego. I tu przeważnie kupujemy razem, żebym miał święty spokój. I pewność, że żona będzie nosić i nie skrytykuje.

Czym pana teraz zaskakuje?
– Często garderobą, bo zaczęła się ubierać bardziej kolorowo. Po okresie stonowanych barw teraz nawet czerwień się pojawiła i kolory bardzo jaskrawe. Tak jest lepiej, bo się młodziej wygląda.

W moim otoczeniu jest kilka świetnych małżeństw, które, jeżeli się kłócą, to tylko z powodu dzieci: „Bo miałeś za mało czasu dla dzieci”, „Bo byłaś za pobłażliwa”. Jak jest u państwa?
– Nie ma rodziny, moim zdaniem, w której nie toczyłyby się takie dyskusje. Uważam je za część normalnego życia rodzinnego i wcale się ich nie wypieram.

Są jakieś pasje, oczywiście oprócz muzyki, które państwo podzielacie?
– Są! Przede wszystkim drzewa, co widać po Lusławicach. Dwór i park sam stworzyłem od początku, na resztkach starodrzewu, na niemal 30 ha. To olbrzymia kolekcja dendrologiczna, w tym wiele bardzo rzadkich drzew, nie z naszego klimatu. Żona podziela tę pasję o tyle, że ją akceptuje. Ale bez uniesień. Za to córka złapała bakcyla. W swoim domu i ogrodzie sadzi, co jej się podoba, a że ma dobry gust i wie mnóstwo o drzewach, stworzyła interesującą kolekcję.

Do jakiego drzewa porównałby pan swoje małżeństwo?
– Może do dębu? To najmocniejsze drzewo, najdłużej pozostaje zdrowe, nie przemija tak szybko. Kiedy urodziła się Marysia, posadziłem w Lusławicach aleję z przeszło 130 dębów. Wnuczka ma dopiero 12,5 roku, a dęby wystrzeliły wyjątkowo, ponad oczekiwania.

Dobry wybór. Dąb Bartek ma przeszło 600 lat.
– Dęby są trwałe i nasz związek jest wyjątkowo trwały, nawet jeśli w życiu nic nie jest dane raz na zawsze.

Skąd pan wiedział, że w pana przypadku będzie „do dwóch razy sztuka”?
– Nie wiedziałem oczywiście, nie mogłem wiedzieć. Pewne rzeczy robi się ad hoc, a okazują się znakomite.

Czyli nie przewidywał pan, że tym razem się uda?
– Nawet o tym nie myślałem. Byłem tak zadurzony, że żyłem chwilą i było mi wszystko jedno, co przyniesie przyszłość. A przyniosła, co najlepsze.


Jubileusz na festiwalu
Krzysztof Penderecki 23 listopada skończy 80 lat. Jubileuszowi poświęcony jest festiwal, trwający w Warszawie od 17 listopada, podczas którego światowej sławy artyści przypominają niektóre dzieła z bogatej twórczości kompozytora. Obejmuje ona: opery – „Diabły z Loudun” (1969 i 2013), „Raj utracony” (1978), „Czarną maskę” (1986), „Ubu Króla” (1991); muzykę religijną – „Psalmy Dawida” (1959), „Pasję według św. Łukasza” (1965), „Jutrznię” (1970), „Magnificat” (1973), „Te Deum” (1980), „Polskie Requiem” (1984), „Veni Creator” (1987), „Benedictus” (1992), „Sanctus” (1993), „Credo” (1998), „Zmartwychwstanie” (2002); oratorium „Dies irae”, znane również jako „Oratorium oświęcimskie” (1967), „Tren – ofiarom Hiroszimy” (1960); pięć symfonii, koncerty, sonaty, utwory kameralne, muzykę filmową (m.in. do „Egzorcysty” W. Friedkina – 1973 i „Katynia” A. Wajdy – 2007). Od 1972 r. dyryguje największymi orkiestrami świata, jego utwory wykonują najwybitniejsi artyści.
W 1980 r. zainicjował prywatny festiwal muzyczny w Lusławicach, a od tego roku działa Europejskie Centrum Sztuki w Lusławicach, służące edukacji muzycznej.
Krzysztof Penderecki jest doktorem honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu w Pittsburghu i Uniwersytetu w Lucernie. Posiada najwyższe odznaczenia państwowe, w tym Order Orła Białego, został uhonorowany wieloma prestiżowymi nagrodami w kraju i za granicą.


Jubilatowi życzmy mocy twórczych i związku trwałego jak dąb.

Ad multos annos!
 

Wydanie: 47/2013

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy