Katastrofa smoleńska to był splot bardzo wielu błędów

Katastrofa smoleńska to był splot bardzo wielu błędów

Momentem przesądzającym o tym, że kończy się żałoba, a zaczyna polityka, była decyzja o pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu

Aleksander Kwaśniewski

Panie prezydencie, jest 10 kwietnia 2010 r.
– Byłem w Warszawie. Wróciłem ze spaceru z psami, przygotowywałem śniadanie, kiedy w radiu usłyszałem wiadomości. Że samolot, że coś się stało. Powiedziałem żonie, że stało się coś niedobrego, zaczęliśmy słuchać i już wiedzieliśmy, że jest źle. A potem telefony się rozdzwoniły.

Pojechał pan do stacji TVN.
– Mam niedaleko… Tam oglądałem kolejne doniesienia. Był taki moment, kiedy pojawiła się nadzieja. Dziennikarze podali listę pasażerów, był na niej Jerzy Bahr, wtedy ambasador w Moskwie, dobrze go znałem, pracował u mnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Zobaczyłem go w telewizji – więc może lista pasażerów nie jest dokładna? Ale poza Bahrem wszystko się zgadzało… A na niej… To był szok! Z Jerzym Szmajdzińskim widziałem się dzień wcześniej, na pogrzebie Krzysztofa Teodora Toeplitza. Rozmawialiśmy, mówił mi, że leci do Katynia i że chciałby, żeby poleciała z nim szefowa jego sztabu, Jolanta Szymanek-Deresz.

Szefowa pańskiej kancelarii.
– Znałem prawie każdego w tym samolocie. Generałowie… Każdy z nich otrzymał przynajmniej jedną gwiazdkę ode mnie. Znałem oficerów BOR, znałem różnych działaczy społecznych, choćby prezesa PKOl. To było wydarzenie, które zostawiło straszliwy ślad.

Zastanawiał się pan, jakie mogły być przyczyny katastrofy?
– Ja tym tupolewem przeleciałem właściwie cały świat. Byłem nim i w Chinach, i w Wietnamie, i w Korei Południowej, i w Stanach Zjednoczonych, i w Ameryce Południowej. To był dobry samolot, bezpieczny. Z jedną wadą, jaką może mieć samolot zbudowany na bazie wojskowego – podchodził do lądowania przy dużej prędkości. Dużo większej niż typowe samoloty pasażerskie. Czyli jak lądowało się na lotnisku niewygodnym, niezadbanym, takim jak Smoleńsk, a tam też kilkakrotnie byłem, to pasażerowie podskakiwali prawie że do sufitu. Ale poza tym nigdy nie było większych problemów. Moja teoria w sprawie tego wypadku jest bliska temu, co powiedziała komisja Millera – to był splot bardzo wielu błędów, popełnionych od samego początku.

Jakich błędów?
– Błędem było to, że zignorowano informację o mgle w Smoleńsku. Po takiej informacji lot powinien być opóźniony. Za moich czasów wybudowaliśmy pawilon vipowski na lotnisku wojskowym, więc było gdzie poczekać. Gdyby ten samolot wyleciał dwie godziny później, wszystko byłoby dobrze. Mgła ma to do siebie, że przychodzi i odchodzi, to nie jest trzęsienie ziemi, którego skutki trzeba usuwać latami. To był błąd zasadniczy.

A inne?
– Przyczyną drugiego był fakt, że 36. pułk był w wyraźnym kryzysie. Ja niemal zawsze latałem albo z dowódcą pułku, albo z jego zastępcą, czyli z najbardziej doświadczonymi pilotami. A ten samolot, przy takim składzie pasażerów, był prowadzony przez na pewno dobrego i doświadczonego pilota, ale mniej doświadczonego niż ci zahartowani w boju dowódcy, także psychicznie lepiej przygotowani na różnego typu sytuacje. Później… Mogę się domyślać, że wraz z informacjami, które przynosił szef protokołu dyplomatycznego, że nie da się na czas wylądować, pojawiła się nerwowość i zaczęło poszukiwanie jakiegoś rozwiązania. A takim błędem, który jak kropla przelał tę czarę nieszczęścia, było moim zdaniem poproszenie szefa wojsk lotniczych, gen. Błasika, żeby wszedł do kokpitu i zorientował się, co tam się dzieje i co można zrobić. Zawsze mówię, że jeżeli lekarz prowadzi banalną operację, np. wycięcia wyrostka robaczkowego, i w jej trakcie wchodzi do sali operacyjnej dyrektor szpitala, ryzyko śmierci pacjenta rośnie gwałtownie. Bo to dodatkowy, niepotrzebny stres itd. Dlatego obecność generała w kokpicie była wielkim błędem. Błąd popełniła również wieża w Smoleńsku, bo powinna była twardo powiedzieć, że nie wolno lądować. Ale oni mogli sądzić, że samolot polskiego prezydenta ma takie urządzenia, że wyląduje nawet w gorszych warunkach. Tym bardziej że chwilę wcześniej wylądował Jak-40 z dziennikarzami… Taki splot przyczyn doprowadził do tego nieszczęścia.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 15/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 15/2019

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 11 kwietnia, 2019, 23:45

    taki zdeprawowany człowiek jak Kwaśniewski, nie powinien sie wypowiadać w tak szczególnych sprawach.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy