Wpisy od Wojciech Kuczok

Powrót na stronę główną
Sport

Kapiszony i fajerwerki

Probierz od poprzednika różni się na razie tym, że słabość polskiej piłki nie jest dla niego zaskoczeniem

Tylko nałogowi malkontenci mogą narzekać na ideę Ligi Narodów, dzięki której przeżywamy coś w rodzaju całorocznych piłkarskich mistrzostw Europy z finałami w czasie czerwcowych interregnów między mundialami i Euro. Gadanie, że nikt tego nie traktuje poważnie, a najlepsi te rozgrywki odpuszczają, jest bezczelnym kłamstwem lub niewczesną pociechą przegranych – dość było spojrzeć na pierwsze kilka minut potyczki Francji z Belgią, kiedy sędzia zdążył wlepić trzy żółte kartki, a rywale omal się nie pobili.

Dla najsilniejszych to okazja do ustawienia nowego fantu w pucharowej gablocie, a gdyby syci nie mieli apetytu, 1% ludzkości zdołałby wyeliminować problem głodu i nędzy na naszej planecie. Z kolei dla nieatrakcyjnych przeciętniaków, do których należy reprezentacja Polski, to okazja do konfrontacji z topowymi drużynami kontynentu, które nigdy by nas nie rozpatrywały jako partnerów spotkań towarzyskich. Dla outsiderów z mikropaństewek zaś to jedyna szansa, by ucieszyć się zwycięstwami, a nawet poliderować choć przez chwilę w grupie – jak San Marino, najgorsza drużyna świata, która właśnie pierwszy raz w historii wygrała mecz o punkty (1:0 z Liechtensteinem). Stworzono bowiem grupy wedle poziomów sportowych – mocni biją się z mocnymi, słabi ze słabymi i tylko Polska jakimś cudem od początku istnienia tych rozgrywek pomimo ewidentnej słabości wciąż utrzymuje się w grupie najmocniejszych.

W Glasgow starły się dwie najgorsze drużyny ostatniego Euro: Polska i Szkocja. Wygraliśmy, ale cokolwiek szczęśliwie – tylko dlatego, że obrońcy Szkotów głupieli na widok Zalewskiego wjeżdżającego w ich pole karne. Przeciw Chorwatom Nicola mógł szarżować już tylko we własnym polu karnym, czemu zresztą zaskoczeni rywale przyglądali się równie biernie – gdyby któryś z nich wpadł na pomysł, żeby mu piłkę odebrać, przegralibyśmy wyżej – zasłużenie. Dwa mecze kadry Probierza utrwaliły stan rzeczy i pokazały, żeśmy odzyskali dawną regularność – silnym nie dajemy rady podskoczyć, ale słabych odprawiamy z kwitkiem. Feralna kadencja Fernanda Santosa była jak wstawienie kozy do ciasnego domostwa z talmudycznej przypowieści – wystarczyło się go pozbyć i już czujemy powszechną ulgę.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Droga do zaćmienia

Nie wyspałem się, bo pierwsza debata Harris z Trumpem to starcie wagi najcięższej – tu się ważą losy świata. Zgodnie z przewidywaniami reprezentantka demokratów przy stoliku wypadła o wiele lepiej, szkopuł w tym, że jej rywal w każdej chwili może ten stolik przewrócić i za to połowa kraju go wielbi. Trump jest podrzędnym demonem, prawdziwy potwór to Ameryka, która go stworzyła. A jednak jej mit jako raju na ziemi jest w eksdemoludach wciąż tak żywotny, że wszelkie bluźnierstwa przeciw USA brzmią jak świętokradztwo.

Piotr Marecki, stypendysta i profesor wizytujący szacownych amerykańskich uniwersytetów, pochodzi z polskiej wsi, gdzie kult Stanów Zjednoczonych pozostał niewygasły. Przed kilku laty przemierzał prowincjonalną „Polskę przydrożną” i rejestrował jej najdziwaczniejsze próby upodobnienia się do wyimaginowanej Ameryki. Teraz, zaopatrzony w nieodłączny termos na kawę oraz przewodnik „Roadside America”, udał się w podróż samochodem od oceanu do oceanu, poszukując „miejsc bizarnych” i zamierzając poznać ten gigantyczny kraj poza kampusowymi enklawami. Efektem jest „Ameryczka”, najbardziej zbliżona gatunkowo do reportażu i najłatwiejsza w lekturze książka autora.

Próbowałem tytułowe zdrobnienie interpretować jako pieszczotliwy oksymoron, tymczasem Marecki przyznaje, że „ameryczka” to w jego rodzinnych stronach swojski odpowiednik amerykańskiego well done. Pamiętam z wczesnych lat 90. papierosy Golden American, które zalecały się do palaczy nie tylko twardością i kolorem pudełka (w PRL takie kolekcjonowano, podobnie jak puszki po napojach), ale i napisem odwołującym się bezpośrednio do tęsknoty obywateli zza dopiero co podniesionej żelaznej kurtyny: „Oryginalny amerykański smak”. Marecki przemierza Stany wiedziony chęcią poznania tego mitycznego smaku, ale im głębiej w nie się zapuszcza, tym bardziej odnosimy wrażenie, że Ameryka nade wszystko smakuje… strachem.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Moje dna

Uczynkiem, a zwłaszcza zaniedbaniem grzeszę wciąż, bracia i siostry; przeciw ciału własnemu grzeszę, rozlewam się, otłuszczam i zapuszczam, w efekcie chwilowo znowu to ja jestem tym, którego wyprzedzają turyści, póki nie zboczę ze szlaku. Im bardziej ciała przybywa, tym prędzej ubywa sił. W zadyszkach i siódmych potach lezę jednakowoż uparcie, a nawet skrycie, w góry, po to, by schodzić w doły zapomniane, a czasem wręcz dziewicze. Zbliżam się do wymarzonej w dzieciństwie, choć przecież nie magicznej w żaden sposób ani też granicznej, liczby tysiąca spenetrowanych jaskiń. Od 40 lat prowadzę skrupulatnie speleokronikę, z której czarno na białym wynika, że jeszcze w tym roku najpewniej padnie ów tysiąc. Nie tysiąc akcji podziemnych, tych było więcej, bo do wielkich systemów wracałem po wielekroć, odwiedzając kolejne ich ciągi, w takim np. Bańdziochu Kominiarskim jest osiem den, może i znalazł się jakiś szaleniec, który je zdobył w jednej kilkudziesięciogodzinnej akcji, ale ja potrzebowałem do tego ośmiu osobnych wyjazdów. Tysiąc odwiedzin w tysiącu różnych pieczar.

W niniejszym numerze PRZEGLĄDU rozmawiam z innym obsesjonatem, Andrzejem Marciszem, który wlazł na wszystkie nazwane wierzchołki Tatr, a było ich prawie 1,2 tys. Człowiek popada w szaleństwo kolekcjonowania stopniowo – Marcisz wspinał się po Tatrach wiele dekad, zanim pojął, że zostało mu już mniej niż więcej do zaliczenia wszystkiego, czemużby więc tego nie uczynić. Mnie też okrągła liczba zaczęła kusić po kilkudziesięciu latach znikania pod ziemią, kronikę prowadziłem po to, by nie zapomnieć, z kim i gdzie przeżywałem jaskiniowe przygody.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport Wywiady

Percie, granie i zerwy

O wspinaczce na czas i czasie na wspinaczkę

Andrzej Marcisz – taternik, zdobywca wszystkich wierzchołków Tatr Andrzej Marcisz – (ur. w 1961 r.) wielokrotny mistrz Polski we wspinaniu w konkurencjach szybkościowych i na trudność. Brązowy medalista Pucharu Świata (1989) i mistrzostw Europy (1992). Wytyczył kilkadziesiąt nowych, ekstremalnie trudnych dróg wspinaczkowych w Tatrach i skałkach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. W 2015 r. dokonał samotnego przejścia głównej grani Tatr Wysokich. Dotknął każdego nazwanego wierzchołka tatrzańskiego (jest ich prawie 1,2 tys.!). Ostatnio wydał przewodnik „Żelazne percie Tatr” w wydawnictwie Bezdroża.

Mam ochotę cię przedstawić jako największego żyjącego znawcę Tatr. Chyba nie ma w tym przesady, jesteś jedyną osobą, która w tych górach była WSZĘDZIE?
– Powszechnie uważa się, że następcą Włodka Cywińskiego jest Grzesiek Folta, zna Tatry bardzo dobrze, jest młodszy i bardzo aktywny – jest duże prawdopodobieństwo, że też był wszędzie. Przeszedł również główną grań Tatr solo.

Ale w wielu miejscach to ty byłeś pierwszy. Rozmawiamy przy okazji twojej nowej książki, „Żelazne percie Tatr”, która jest w zasadzie pierwszym twoim przewodnikiem całkowicie turystycznym.
– Ta pozycja powstała rozpędem, była skutkiem moich przygotowań do większego przewodnikowego projektu. W ostatnich latach chodziłem po Tatrach bardzo intensywnie, zrobiłem dziesiątki tysięcy zdjęć, mogłem je spożytkować w książce skierowanej do szerszego grona miłośników Tatr. Przeszedłem kolejny raz te wszystkie szlaki tatrzańskie, na których są zainstalowane dodatkowe zabezpieczenia.

Dodajmy, że nie tylko na powierzchni, bo opisujesz także szlaki jaskiniowe. W Mylnej, Raptawickiej i Smoczej Jamie też są klamry lub łańcuchy.
– Przyjąłem zasadę, że jeśli na szlaku jest chociaż jeden krótki łańcuch, to już się załapuje do przewodnika – czasem to tylko jedno miejsce na długiej, łatwej drodze, jak w przypadku dojścia do Zbójnickiej Chaty. Oczywiście w Słowackich Tatrach jest tych zabezpieczonych dróg znacznie więcej, choćby na trasie na Gerlach czy Łomnicę, które opisałem w poprzednim przewodniku „Wielka Korona Tatr”. Teraz skupiłem się na drogach znakowanych, które każdy może przejść samodzielnie i legalnie.

Tytuł nawiązuje do przewodników ferratowych, ten rodzaj wykwalifikowanej turystyki staje się coraz popularniejszy, ale Tatry są pod tym względem górami szczególnymi – nie ma w nich stalowych lin, tylko łańcuchy, do których nie jest przystosowany sprzęt ferratowy.
– To prawda, nigdzie poza Tatrami nie spotkamy łańcuchów. Występuje w związku z tym problem z asekuracją. Przeprowadziłem długą rozmowę z ekspertami z firmy Petzl – niby nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby używać tych ferratowych karabińczyków i lonży, ale żaden producent nie daje gwarancji, że to zadziała przy takim łańcuchowym oporęczowaniu. Żadna firma nie robiła atestów lonży z absorberem na łańcuchy, bo w innych górach typu alpejskiego ich nie uświadczysz.

Kiedy jako dzieciaki śmigaliśmy po Orlej Perci, nie śniło nam się jeszcze, żeby zakładać w tym celu kaski i uprzęże, ale styl turystyki wysokogórskiej się zmienił, tymczasem w Tatrach zabezpieczenia w trudnych miejscach pozostały rodem z XX w.
– Liczba turystów na szlakach też wzrosła ogromnie, ale warto nadmienić, że po polskiej stronie w dużej mierze łańcuchy zostały wymienione na nowe, na Słowacji jest różnie, bywa wręcz fatalnie niebezpiecznie – wiele łańcuchów jest przerwanych…

…tylko że łańcuchy po polskiej stronie wciąż często są w fatalnych miejscach, jak choćby w Żlebie Honoratki, gdzie jeszcze w lipcu znajdują się częściowo pod stwardniałym śniegiem i nie da się z nich korzystać. To bodaj najbardziej feralny, wypadkowy punkt Orlej Perci.
– Honoratka, żleb z Granackiej i Buczynowej Przełęczy to rzeczywiście niebezpieczne miejsca, gdzie nawet w lipcu należałoby mieć raki. Ale kto o tym myśli, kiedy wychodzi w góry w 30-stopniowym upale? Tu można by próbować zasugerować Tatrzańskiemu Parkowi Narodowemu, żeby, podobnie jak to się robi w Alpach, wprowadził dodatkowy poziom zabezpieczeń, drugą linię łańcuchów, zamontowaną wyżej.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Jasny gwint w bramce

Czy Szczęsny to najlepszy bramkarz w historii polskiej piłki? Statystyki na to wskazują: 84 mecze – najwięcej w kadrze, 34 czyste konta – też rekord.

„Jak pająk się nad dziuplą bramki rozczapierza, jak krzak wystrzela w niebo, człowiek-barykada” – to oczywiście Kazimierz Wierzyński o Zamorze, ale równie dobrze pasują te wersy do Wojciecha Szczęsnego. Paradoks pozycji bramkarza polega na tym, że im gorzej gra drużyna, tym większą szansę ma golkiper na życiowe popisy. To w trzecioligowym Brentford jeszcze jako nastolatek Szczęsny zasłużył sobie na miano klubowego bramkarza dekady i wyrobił markę. To w permanentnie słabującej reprezentacji Polski zagrał najlepsze spotkania i przyciągnął uwagę świata. W topowych klubach głównie musiał dbać o koncentrację, w Brentfordzie i reprezentacji musiał być skupiony w pełnym wymiarze czasowym, bo nasi byli nieustannie bombardowani przez rywali.

Kończąc karierę w szczytowej formie, zaskoczył wszystkich, być może także samego siebie. Uczynił to akurat w tym dniu, w którym po 14 latach ogłosili powrót na scenę jego muzyczni idole – Liam i Noel Gallagherowie, założyciele zespołu Oasis. Imiona dzieci Szczęsnego – Liam i Noelia – wydawać się mogą nietypowe, dopóki nie odczyta się ich w kluczu fanowskim. Impuls do ogłoszenia zamknięcia kariery sportowej też mógł płynąć z tej rockowej strony. Nie zapominajmy jednak, że pierwszy album Oasis nosił tytuł „Definitely Maybe”.

Wstrzymajmy się zatem z ceremoniami pożegnalnymi. Jest w tej decyzji element przekory, z której Szczęsny zawsze słynął, ale i urażonej ambicji – po zwolnieniu z Juventusu nasz reprezentacyjny bramkarz czekał, aż zgłosi się klub godny jego talentu. I wyglądało na to, że się nie doczeka, choć okienko transferowe trwało do końca sierpnia, a w ostatnich godzinach często spinane są sensacyjne transfery. Pewnie musiałby zejść poziom niżej niż Stara Dama, ale wtedy miałby więcej roboty za mniejsze pieniądze. Kiedy 32-letni Zbigniew Boniek wieszał buty na kołku, także mógł z powodzeniem grać jeszcze przez lata, miał oferty z innych klubów, m.in. z Tottenhamu, ale, jak mówiono we Włoszech, „odkochał się w piłce”.

Ze Szczęsnym wygląda to podobnie, wszak właśnie oświadczył, że „ciało wciąż czuje się gotowe na wyzwania, ale serca już tam nie ma”. Jest więcej podobieństw między Bońkiem i Szczęsnym – obaj większość kariery spędzili w Juventusie i Romie, obaj trafili tam po latach sukcesów w pierwszym wielkim klubie (Szczęsny w Arsenalu, Boniek w Widzewie – tak, Widzew na początku lat 80. był europejską potęgą). Obaj też mieli pecha w kluczowych chwilach kariery reprezentacyjnej – gdyby nie przypadkowa kartka dla Bońka w meczu z ZSRR, Zibi zagrałby w półfinale mundialu ‘82 przeciw Włochom, a wtedy nasze szanse na dalszy awans i złoto wzrosłyby niepomiernie. Gdyby nie kontuzja w pierwszym meczu Euro 2016, Szczęsny jako specjalista od bronienia karnych dałby nam może awans do półfinału kosztem Portugalii (a tam czekała Walia, z którą przegrywać nie umiemy). Owóż drobne nieszczęścia obu tych wybitnych piłkarzy wpłynęły na losy narodowego futbolu.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Osierocenie

Co najmniej przez pół wieku nie mogłem sobie tego wyobrazić. Przez kilka dekad bałem się, że po śmierci matki i ja umrę z rozpaczy, w najlepszym razie odejdę od zmysłów – bałem się więc raczej o siebie niż wizji świata bez niej. Jako znerwicowane dziecko surowego ojca i nadopiekuńczej matki długo pozostawałem w niejakim uzależnieniu od rodzicielki, potem niefortunnie przenosiłem je na kolejne partnerki i żony, przeżywałem żałoby porozstaniowe, poharatany emocjonalnie, ale z każdą taką katastrofą coraz dojrzalszy, coraz bardziej uodporniony. Odnoszę wrażenie, że matka żyła, dopóki nie nabrała pewności, że sobie bez niej poradzę. W ostatnich latach świadkowała moim upadkom i widziała, jak sobie z nimi radzę, raczej ukrywając przed nią zmartwienia, niż ją nimi obciążając. Gasła przez kilka miesięcy profesjonalnie zaopiekowana w buczkowickiej Willi Seniora, którą niniejszym polecam wszystkim, którzy w okolicy podbeskidzkiej znajdą się kiedyś w nagłej potrzebie znalezienia ośrodka dla swoich bliskich.

Na pytanie, czy można się przygotować na śmierć własnego rodzica, odpowiadam trzeźwo: zdecydowanie tak, nie bez przyczyny w suplikacji katolicy błagają o to, by Bóg ich uchronił przed śmiercią nagłą i niespodziewaną – błagają niejako w imieniu przyszłych żałobników. Śmierć matki nie spadła na mnie znienacka, toteż i nie przygniotła – ostatnie miesiące były czasem czuwania i żegnania, a także oswajania z myślą, którą dotąd przez całe życie się przepędzało.

Na pocieszenie zalęknionych, którzy tę ponurą chwilę mają jeszcze przed sobą – nie umarłem z nią, nie postradałem rozumu, śmierć matki zdaje się być domknięciem dorastania, a przepracowanie tej żałoby ostatnim szczeblem dojrzewania, bez względu na wiek, w którym nas to spotyka. Mnie szczęśliwie dotknęło późno, mama przeżyła 88 lat, wśród licznych kondolencji znalazłem tę Marii Konwickiej, którą pozwolę sobie zacytować: „88 – tak jak mój ojciec. Znak nieskończoności, jeżeli cyfry położyć horyzontalnie. Dobry znak. Wiem, że dla żyjących to żadne pocieszenie, ale ja wierzę w Dalszą Podróż”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Wybawienie od przewlekłej mizoginii

Eryś może i byłby się zerwał na równe nogi ku Żylicy, by zmyć w rzece cały ten zgiełk żądz zgubnych; może i byłby zachował się intuicyjnie wedle tajnych instruktaży, dzięki którym panowie obleśnicy, gdy przyszła im ochota, chadzali na huldry (można było z demonkami sobie pozwolić na najdziksze swawole, byle w oczy im nie spojrzeć), ale miał w sobie jeszcze świeże odrzucenie Ali Markówny, sądowy zakaz zbliżania. I tak mu się dobrze zrobiło w tej nagłej a niespodziewanej bliskości, tak mu się czule zaległo biodro w biodro z tą kobiecą postacią specjalnie dla niego przybraną przez leśne dziwadło, że przegapił moment na ucieczkę.

Przyjrzał się Eryś baczniej huldrze, w jej oczach się przejrzał i przepadł, bo ona, jak to niemowa, spojrzenie miała wymowne: „Jestem już stara, kora mi się marszczy, konary mi usychają”, patrzyła do niego, „Jesteś moją ostatnią szansą na lepsze życie”, dopatrzała błagalnie. „Kochaj mnie” – to ostatnie wyspojrzała w trybie rozkazu-zaklęcia.

Eryś kręcił głową, ale odmowy w gardle mu stanęły. No bo cóż miał odpowiedzieć, kiedy jeszcze mu zimne słowa sztylety Ali po głowie się obijały („To nawet nie był oenes”), a teraz miałby je sam powtórzyć tej istocie? Uszła prześladowcom zza morza, nie miała sił wędrować dalej. „Weź mnie ze sobą”, mówiła do niego w języku swoich spojrzeń tak donośnie, że się nie mógł sprzeciwić. No i przecież zamiast w śmierć pochopną wpadł w jej sieć sprężystą, był jej winien swoje życie. „Żaden to cyrograf”, myślał sobie, patrząc na tę krasawicę. „Mogło być gorzej”, myślał dalej, spoglądając na jej kształtność pierwszorzędną. Huldry bowiem przepoczwarzały się na podobieństwo summy wszystkich fantazmatów nordyckich chłopów, zatem i ta była urody, by tak rzec, niedyskretnej. Jeśliby szukać w niej jakichś uchybień, jeśli kto zachwycić się potrafi dopiero wtedy, gdy znajdzie jakąś zadrę w doskonałości, miałby tu niejaki kłopot, mężczyźni Północy bowiem wymyślili sobie taki ideał: wysokopienna blondyna, zwierzęco wierna i niema. Nie ma takich kobiet, w zakutych łbach wikingów się wydumały, potem przetrwały w wizerunkach komiksowych heroin, ale Eryś, Głupi Eryś, który na pierwszej swojej przygodzie miłosnej z Alą potłukł się boleśnie, zaiste nie mógł narzekać – to huldrze wybawienie być może uchroniło go od przewlekłej a mstliwej mizoginii, zwanej tu i ówdzie incelstwem. Skinął więc głową, co wystarczyło huldrze za ludzkie „i że cię nie opuszczę”, bo rzuciła mu się w ramiona, a potem odtańczyła swoją radość w diabelskim pląsie, aż zaczęła się kręcić, wirować po derwiszowsku coraz to szybciej, póki nie oderwał się jej ogon i nie uleciał gdzieś między buki jak zrzut jeleni. Wtedy dopiero stanęła w uniesieniu, zdyszana i uczłowieczona, już nie pani leśna, tylko Erysiowa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Igrzyska

Deficyt złota

A gdybyśmy tak spróbowali się pogodzić z tym, że w Europie wszyscy biją po mordach mocniej, uciekają lub gonią szybciej, strzelają celniej, skaczą wyżej?

Wałęsam się po mieście stołecznym w dzień po zakończeniu igrzysk paryskich, które w klęskowej atmosferze rozgrzały ojczyste internety, bo przecież medali przywieźliśmy tyle co kot napłakał, w księgach potęgi narodu polskiego to jest manko niewybaczalne, z lewa i z prawa słychać pohukiwania frustratów, którym wreszcie podano pożywkę do szyderstw i hejtu większego kalibru niż kwestia śmierci psa wobec norm językoznawczych.

Słowem, igrzyska zakończone, jeźdźcy tzw. gównoburzy już dosiedli swoich rumaków w internecie. Miejsce 42. w klasyfikacji medalowej to rzeczywiście dorobek nieszczególny, jest nawet słabiej, niźli wypominają historycy: no bo teoretycznie to były nasze najgorsze igrzyska od 68 lat (Melbourne, 1956), ale wtedy reprezentowało nas w dziewięciu dyscyplinach 65 osób, a teraz mieliśmy prawie 200 sportowców w 28 konkurencjach, spokojnie można zatem uznać, że z polskim sportem olimpijskim nie było tak źle od czasu symbolicznej obecności na pierwszych powojennych igrzyskach w Londynie. Tam zdobyliśmy jeden medal na 24-osobową reprezentację, no ale kraj dopiero się regenerował po wojennej hekatombie, przeto bez większego ryzyka można orzec, że tak źle jak w tym roku w Paryżu nie było z nami nigdy dotąd.

Mijam warszawskie podwórka, skwerki i placyki u podnóża starych kamienic (na nowe osiedla nie zachodzę, bo bronią do nich dostępu ciecie w portierniach) – gdzie spojrzę na równy spłachetek ziemi, na którym można by zaimprowizować boisko, ze ścian straszą tablice z napisem „Zakaz gry w piłkę”. Dziatwa, która chce pokopać, musi się zapisać do oficjalnych szkółek i uczęszczać na treningi, bo orliki i hale są wynajmowane przez korporacyjne ligi szóstek. Tam, gdzie mogłaby pouganiać się za gałą lub spontanicznie poruszać, w najlepszym razie wyjdzie z kanciapy Stróż Anioł i zapyta: „Czytać nie umiecie, gówniarze?!”, w najgorszym mieszkańcy osobiście wymierzą sprawiedliwość krnąbrnej dziatwie z adehade.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Delirio amoroso

Narty mu się wypięły, jedna pociągnęła w jar, druga się zakleszczyła między konarami. Powinien był Eryś w najlepszym razie nieprzytomny leżeć, w najgorszym martwy, z karkiem złamanym, tymczasem nawet ojla nie miała mu z czego wyskoczyć, choć w buczysko mierzył w pozycji zjazdowej z głową pochyloną.

Siedział tak i przyglądał się bukowi, jego korzeniom, co oplotły omszałe kamole, dziupli głębokiej a dziwnej, bo nie wydrążonej dziobem ani próchnicą, tylko wyrośniętej razem z pniem. A i jeden z korzeni odrósł tak dziwacznie, że stworzył nieckę, w której się zbierała deszczówka. Napił się Eryś wody z buczyska, gębę sobie opłukał, drzewu przyjrzał i wciąż nie mógł pojąć, jakim cudem się nie rozbił. Dopiero kiedy promień się przebił przez korony i błysnął, zauważył sieć łowną rozpiętą na wejściu do dziupli. Nici przędnej o takiej mocy nie wytworzyłby żaden pająk, Eryś, choć głupi, znał się na rzeczy, a nawet na rzeczach, o których się nie śniło filozofom (choć śpią ci miglance więcej niż zwykli śmiertelnicy).

Gdyby pozostać przy twardym realizmie, przygrzmociłby Eryś w buka, srogi zawód miłosny przypłacając, lecz przecież delirio amoroso wytrąca człowieka z równowagi. To gorączka krwotoczna duszy, zaburzenie postrzegania wielkiego kalibru, płomień od lędźwi rozpościerający się ku zmysłom. I oto następuje radykalna zmiana konwencji: w dziupli coś się poruszyło, zajęczało i westchnęło. I byłby Eryś przysiągł, że zanim stanęło przed nim dziewczę – w może dość wymiętym, może i nieco poplamionym kabotku, ale dorodność i słuszność biustowną opinającym – że zanim stanęła przed nim kobita źrała i obfita, lecz wciąż jeszcze dziewucha nie baba, dałby rękę sobie uciąć, że nie z guni się wyswobodziła, a z sierści. Że z drzewa wyłaziła jeszcze jako zwierzyna i dopiero w świetle dziennym tak skobieciała w mgnieniu oka.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Igrzyska

Polki potrafią

Jeśli jest o czym gadać przy okazji tych igrzysk, to za sprawą naszych sportowczyń – z chwalebnym wyjątkiem siatkarzy polscy panowie nie bardzo sobie radzą.

„Ona szybciej się wspina niż ja spadam” – nie wiem, kto to powiedział, ale lepiej nie da się opisać wyczynów Aleksandry Mirosław, naszej medalistki z Paryża. Broniłaby w tym roku olimpijskiego złota, gdyby nie absurdalna decyzja organizatorów sprzed trzech lat – połączenie w wielobój konkurencji na trudność z czasówką. Wyobraźmy sobie, że Armand Duplantis dostaje medal tylko pod warunkiem udowodnienia, że i bez tyczki daje sobie radę.

Albo dwubój sprintersko-maratoński, tudzież naprzemienny rzut oszczepem i młotem. Nie zrozumiem nigdy, dlaczego tak efektowny, także telewizyjnie, sport doczekał się olimpijskiego debiutu dopiero na 22. igrzyskach, spotykając się z ignorancją i arogancją komitetu olimpijskiego, który uznał, że wspinaczom wystarczy jeden medal, żeby nie mieli much w nosie. Teraz poszli po rozum do głowy, dzięki czemu byliśmy świadkami najbardziej bezdyskusyjnej dominacji polskiej sportsmenki od lat. Mirosław jest na ściance jak Katie Ledecky w basenie – nie ulega wątpliwości, że wygra zawody, jedyną niewiadomą jest, czy pobije rekord świata. W ostatnich latach uczyniła to dziewięciokrotnie, z czego dwa razy w ciągu jednego dnia na tych igrzyskach!

Czasówka jest dyscypliną specyficzną, najodleglejszą od źródeł wspinania, czyli atawistycznego pragnienia zdobycia najwyższego punktu w okolicy bez względu na jego niedostępność. Rozwiązywanie wciąż nowych i trudniejszych problemów wspinaczkowych ma charakter eksploracyjny, jest górską lub przynajmniej skałkową przygodą; pokonywanie dziewiczych ścian to wszakże walka z naturalnymi trudnościami, połączenie pasji sportowej i odkrywczej. Tymczasem nasze medalistki – Aleksandra Mirosław i Aleksandra Kałucka wciąż odbywają tę samą drogę, identyczny układ chwytów i stopni, zaprojektowany przez najsłynniejszego routesettera Jacky’ego Godoffe’a raz na zawsze jako trasa standardowa. Nie bez przyczyny nazywają swoje starty „biegami” – one biegają po znanej na pamięć 15-metrowej ścianie, doskonaląc technikę tak, by znaleźć się u góry jak najszybciej. Szanuję i podziwiam, ale z niejaką konfuzją, bo to tak, jakby mi się kto pochwalił, że był tysiąc razy na Żabim Koniu; zdecydowanie wolałbym wejść na tysiąc różnych turni tatrzańskich. Czas upadku swobodnego z wysokości 15 m wynosi 1,7 sekundy, męski rekord świata w czasówce to 4,7. Najnowszy żeński 6,05 sekundy – zostało zatem jeszcze trochę do nadrobienia, aby ostatecznie zadrwić z grawitacji. Trzymam kciuki.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.